Afryka – tykająca bomba klimatyczna

Wzrost demograficzny w Afryce może zachwiać światowymi planami ratowania klimatu. Jeśli społeczność globalna nie znajdzie recepty dla tego kontynentu, globalne ocieplenie będzie postępować.

Według szacunków Organizacji Narodów Zjednoczonych, najwyższy wzrost ludności nastąpi w krajach najbiedniejszych, m.in. w Afryce i Ameryce Południowej. Z punktu widzenia Europy, warto skupić się na tym pierwszym kontynencie, gdyż jest on geograficznie bliższy.

Dane ONZ oznaczają, że w najbliższych dekadach w regionach tych żyć będzie coraz więcej młodych, zdolnych do pracy ludzi. Będą oni chcieli założyć rodzinę, znaleźć zatrudnienie, rozwijać się. Żeby osiągnąć te wszystkie cele, potrzebna im będzie energia – tak, ta sama energia, która pozwala żarówkom oświetlać hale fabryk, pociągom przewozić towary, a samochodom dowozić ludzi do pracy. Regiony doświadczające eksplozji demograficznej (bo tak można nazwać to, co ma wydarzyć się m.in. w centralnej Afryce) należą do najbiedniejszych zakątków świata, więc energia, której będzie tam potrzeba musi być tak tania, jak to tylko możliwe.

W tym momencie Afryka to w zasadzie wielka energetyczna pustynia – dostęp do energii elektrycznej porównywalny do poziomu europejskiego istnieje tylko na północnym i południowym krańcu tego kontynentu (z kilkoma wyjątkami na zachodnim wybrzeżu). Warto zaznaczyć, że dla tamtejszej ludności stagnacja na tym poziomie energetycznym oznaczać będzie wyludnianie i migracje, gdyż zabraknie energii nie tylko do rozwoju, ale nawet do zapewniania podstawowych zasobów niezbędnych do przetrwania (niektórych z tych zasobów zresztą też braknie; żeby tego uniknąć lub chociaż zminimalizować to zjawisko również potrzeba energii)

Jeśli społeczność globalna nie opracuje szerokiego planu energetycznego dla Afryki, to jeszcze za życia obecnego pokolenia Europejczyków przez Morze Śródziemne przepłyną kolejne fale uchodźców czy imigrantów, uciekających od nędzy i niedoboru kluczowych zasobów. Nie będą mieli bowiem żadnego powodu, by pozostać u siebie. Jeśli zaś uzna się, że kraje te same sobie poradzą, to w najlepszym wypadku polityki dotyczące redukcji emisji będzie można będzie wyrzucić do kosza, bo biedne państwa sięgną po tanią, dużą energetykę, która Protokół z Kioto użyje jako podpałkę. W najgorszym zaś razie powracają scenariusze z ogromnymi falami migracji i potężnymi kryzysami humanitarnymi.

Po drugie, jeśli zachodni świat umyje ręce od problemu, to jego miejsce z chęcią zajmie świat wschodni, czyli przede wszystkim Chiny. Te zresztą już teraz inwestują w Afrykę miliardy dolarów, a energetyka – według wyliczeń The Economist – jest na drugim miejscu (po transporcie), jeśli chodzi o sektory, w które pakowane są chińskie pieniądze. A za takimi inwestycjami idą wymierne wpływy polityczne.

Ci ciekawe, taka sytuacja jest polem do popisu dla… Polski. Może to właśnie Warszawa przygotuje tego typu projekt i przedłoży go na jednym z forów międzynarodowych, do których przecież należymy? Może to służyć jako instrument do robienia polityki zagranicznej (bo otwiera nowe platformy do rozmów), ocieplania wizerunku (bo przestajemy być krajem chcącym tylko spalać węgiel) a nawet budowy mechanizmów służących do rozwoju gospodarczego (bo doskonałym źródłem energii dla takiej Afryki są elektrownie jądrowe, które przecież też chcemy u siebie budować; poza tym, taki program byłby motorem napędowym dla wielu spółek energetycznych).

O tym, że Polska ratowałaby klimat i ludzi wspominać nie trzeba.

Jakub Wiech

prawnik, dziennikarz, zastępca redaktora naczelnego serwisu Energetyka24, stypendysta James S. Denton’s Transatlantic Fellowship, autor książki „Energiewende. Nowe niemieckie imperium”.