Albania – zapomniany reżim, który walczy o lepszą przyszłość cz. 1

Tirana to miasto, które przez lata pozostawało niemal w całkowitej izolacji od świata. Pjongjang Europy otwiera się obecnie na świat i bardzo zyskuje przy bezpośrednim poznaniu.

Porównanie stolicy Albanii do serca reżimu Korei Północnej nie jest bezzasadne. Rządy Envera Hoxhy były być może mniej krwawe niż działania dynastii Kimów, ale albański pomysł na siebie w czasach głębokiego komunizmu tworzył równie pustelniczą, samowystarczalną krainę. Można zaryzykować twierdzenie, że to Pjongjang nawet był i jest bardziej otwarty na zagraniczne pieniądze, a Albania przez blisko cztery dekady najgorszego totalitaryzmu nie brała pomocy od nikogo.

Takie podejście pozostawiło trwałe ślady na psychice mieszkańców. Każdy ma w rodzinie historie aresztowań, obozów pracy, cierpienia i śmierci. Bezwład systemu sądowego, który rozstrzyga sprawy na korzyść tych, którzy dają więcej, trwa od początku lat 90. ubiegłego wieku i trudno jednoznacznie liczyć na to, że zapowiadana kilka lat temu reforma sądownictwa cokolwiek zmieni. W Albanii rządzi apatia, która tworzy koalicję ze wszystkimi. Jest zarówno opozycją jak i partią rządzącą. Politycy obecnego rządu na czele z premierem Edi Ramą na spotkaniach wyglądają jak ludzie zmęczeni całą sytuacją. Podobnie zresztą brzmią urzędnicy unijni, którzy od pięciu lat nadzorują proces akcesyjny Tirany do Brukseli.

Jest jednak nadzieja. Premier Rama, którego wizerunek ucierpiał od wielu korupcyjnych zarzutów (m.in. sprawa zdjęcia z Obamą, za które Rama miał wpłacić 80 tys. dolarów na rzecz wyborczej kampanii amerykańskiego prezydenta ubiegającego się o reelekcję w 2012 roku), wie że Unia Europejska to jedyny gwarant przyszłości dla jego kraju. Podkreśla wagę drogi do integracji, ponieważ to właśnie możliwość zmieniania każdej płaszczyzny działania Albanii jest w stanie wszechobecną inercję zatrzymać.

Pozostawiając skomplikowaną sytuację politykom idziemy na spacer po centrum. Rządowe budynki otaczają główny bulwar Dëshmorët e Kombit, poległych za ojczyznę. Kancelaria premiera to prostopadłościenny budynek pozbawiony jakichkolwiek wystających elementów. Z jego bryłą kontrastuje jedynie dach zawieszony nad głównym wejściem – w nocy staje się jednym wielkim neonem, który pulsuje reklamując urząd szefa rządu szeregiem lampek niczym nocny klub. Premier Rama zlecił stworzenie tej instalacji niedługo po objęciu urzędu. Na trwaie za budynkiem strefa kibica, jedna z szeregu takich zon dostępnych dla mieszkańców Tirany. Rzędy plastikowych krzesełek, telebim i uzbrojona ochrona kancelarii to widok pojawiający się za każdym razem, gdy na Euro rozbrzmiewa kolejny gwizdek. Tuż obok z ziemi wyrasta betonowa piramida. Zbudowano ją w 1988 roku, trzy lata po śmierci dyktatora, jako nieoficjalne muzeum jego pamięci. Piramida, która kosztowała zrujnowaną Albanię 700 mln dolarów, dziś straszy potłuczonym szkłem i bazgrołami na betonowych ścianach. Młodsi i sprawniejsi mieszkańcy stolicy wspinają się na jej szczyt, by zrobić sobie zdjęcie.

Nieopodal wciąż podążając główną ulicą ciągną się gmachy ministerstw. Ich zmęczona słońcem żółć o ciepłej barwie oraz długie fasady kojarzące się, jakby wyszły spod ogromnej drukarki 3D przywodzą na myśl obrazy de Chirico. Całości surrealistycznego obrazu dopełnia niedokończony wieżowiec-szkieletor górujący nad centrum. Jego towarzyszem na wysokości chodnika jest tzw. Dom Liści, Shtepia e Gjetheve, była siedziba okrutnej służby bezpieczeństwa Sigurimi. Wzdłuż całej konstrukcji tempo pięcia się w górę wytrzymuje jedynie budowlany dźwig, z którym tirański drapacz chmur tworzy parę niczym Flip i Flap. Skrzyżowanie dróg Ibrahima Rugovy i Myslyma Shyriego mieści jeszcze ministerstwo ekonomii oraz ortodoksyjną katedrę zmartwychwstania Chrystusa, która podczas II wojny mieściła kwaterę Gestapo.

Za oknem na siedemnastym piętrze budynku, w którym znajdują się unijne biura jedna koparka metodycznie rozbija gruz i przekłada go na wywrotkę. W Albanii praca nie wrze, ona metodycznie postępuje z dnia na dzień pomimo kurzu, palącego od rana słońca, blaknących kolorów i szarzejących od narastającej inercji twarzy. Całości obrazu dopełniają bezdomne psy, których Tirana jest pełna. One też, podobnie jak polityczny klimat, nie są czymś wyjątkowym na tle Bałkanów. Miasto się nawet nimi zajmuje, prowadzi schroniska, dba o szczepienia i chipuje zwierzęta kolorowymi klipsami podobnymi do tych, które muszą nosić krowy. Jednak po psach doskonale widać, jak bardzo wszystkim brakuje uczucia i ciepła. Snują się z miejsca na miejsce, wchodzą w grupy przyjeżdżających coraz częściej do Albanii wycieczek i patrzą oczami, które zdają się nie pamiętać dobra.

Trudno się dziwić psom, jeżeli ludzie musieli przejść przez cztery dekady piekła Envera Hodży. Albański przywódca przeszedł do historii jako paranoik żyjący w ciągłym strachu przed inwazją. Kraj mieli najechać wszyscy: imperialiści, szeroko rozumiany Zachód, nieznane siły – zaskoczenie mogło nadejść w każdej chwili. Poza zdruzgotaną psychiką swoich obywateli i rodzinnych opowieści o rodzicach i dziadkach wysyłanych do obozów pracy Hodża pozostawił po sobie ok. 700 tysięcy bunkrów. Jednoosobowych mini kopuł z wizjerami i uchwytami na karabiny maszynowe. Można je znaleźć wszędzie. Bunkry rosną z ziemi w parkach, obok meczetów, rządowych budynków, w górach, nad morzem (tam dodatkowo plaże szpikowano kolcami na wypadek ewentualnego desantu spadochroniarzy od strony Włoch) – są tak nierealne, że w pierwszej kolejności traktuje się je jak instalację nowoczesnego rzeźbiarza, który chciał zwrócić na siebie uwagę i przy okazji miał dostęp do nieograniczonych ilości betonu.

Niektóre z bunkrów można zwiedzać. Dziś ich absurdalna obecność jest coraz częściej przykrywana młodzieżowymi grafitti w rodzaju “Eminem” czy „The only good system is sound” („Jedyny słuszny system to dźwięk”, gra słów odnośnie określenia „sound system”). Hodża żadnego rapera do obrony kraju jednak by nie wynajął i teraz jego dziedzictwo przyprawia o zawrót głowy. Trop sztuki nowoczesnej jest jednak prawidłowy. W Tiranie w wielu miejscach można trafić na rzeźby, instalacje i plastikowe modele grzybów wielkości dorosłego człowieka, które mają chyba łagodzić skutki obcowania z bunkrami. Albańska sztuka przekładana jest na język turystów przy pomocy rozumianego na całym świecie hasła „Made in China”, ale szwankujące od nowości (czyli wyjęcia z folijki z tekturowego pudełka) papierośnice z czarnym, dwugłowym albańskim orłem po jednej i Skanderbegiem na koniu, symbolem walki o niepodległość sprzed ponad 500 lat, wyposażone we wbudowaną zapalniczkę oraz instrukcję obsługi po chińsku doskonale wpisują się w historię kraju.

nawet miejsce dla Polaka, Kazimierza Mijala, który przed 48 laty zbiegł pod albańskim nazwiskiem pod skrzydła Hodży i tworzył polską część komunistycznej rozgłośni Radia Tirana. Deng Xiaoping popsuł braterstwo dostosowywaniem Chin do kapitalizmu, dlatego na nowo trzeba było popaść w izolację. Po latach Chińczycy wracają z nowymi obietnicami inwestycji, milionów dolarów i wizją albańskich portów działających w ramach Nowego Jedwabnego Szlaku. Politycy pozostają na razie sceptyczni, bo w rzeczywistości chiński plan nie wychodzi poza urzędowe dokumenty. Chiński kapitał obiecywany Tiranie pozostaje natomiast alternatywą odnośnie środków płynących od Unii.

Szef rządu także ma związek ze sztuką. Pytany o to, czy wciąż znajduje czas na malowanie obrazów w wolnym czasie, ze spokojem odbija kierunek rozmowy i swoim niskim głosem wyjaśnia, że zawsze ma czas na tworzenie i że najczęściej maluje w godzinach urzędowania. Jego gabinet nie przypomina zresztą tradycyjnego biura polityka. Na ścianach kolorowa tapeta w futurystyczne obrazy przypominające skrzyżowanie komiksów o Tytusie, Romku i A’Tomku z kubizmem. Żyrandol pełen strusich piór, na biurku przybornik z pełną gamą kolorowych mazaków, rządowe dokumenty mieszają się z nowymi rysunkami Ramy, a on sam, kiedy potrzebuje odskoczni od pracy i sztuki przechodzi dwa kroki do przedsionka z sekretarkami i… celuje rzuty osobiste do kosza zawieszonego na odpowiedniej, koszykarskiej wysokości. Edi Rama sam był kiedyś koszykarzem. Jego służbowy wieszak na ubrania pełen jest rozmaitych piłek z autografami, na oparciu skórzanego fotela  wisi zmęczona długotrwałym prasowaniem plecami premiera koszulka kapitana albańskiej kadry, Lorika Cany. Piłkarze, którzy nie zdołali wyjść z grupy na swoim pierwszym w historii Euro w 2016 roku, byli witani jak bohaterowie narodowi i w podziękowaniu za piękną postawę podczas trzech meczów (byli o włos od zremisowania z Francją po znakomitej taktycznej rozgrywce) każdy z nich dostał dyplomatyczny paszport. Żeby nie trzeba było stać w długich kolejkach na lotniskach świata.

Po zmroku atmosfera miasta trochę się zmienia. Psy co prawda pozostają i niczym zombie wynurzaja się z mroku, ale Tirana wcale się nie wyludnia. Większość pieszych zastępuje na ulicach personel sprzątający, a mieszkańcy idą do klubów. Te bardziej modne i młodzieżowe można znaleźć w dzielnicy Blloku, w której mieszkali dawni aparatczycy reżimu Hoxhy. W willi dyktatora obecnie znajduje się amerykańska szkoła. Atmosfera zabawy nie przypomina opowieści o albańskiej gjakmarrze, honorowej zemście, której musieli przestrzegać wszyscy mężczyźni. Tirańczycy rozmawiają, atmosfera sprawia nawet bardziej zachodnie wrażenie niż w polskich klubach. Nad wszystkich unosi się pamięć o tym, co jeszcze dwie dekady temu trzymało kraj w żelaznym uścisku.

Jednym z przykładów zmian, które mogą niedługo nadejść do Tirany, jest plan zagospodarowania dzielnicy studenckiej. Qyteti Studenti składa się obecnie z wydzielonego od miasta kampusu, na którym znajdują się budynki uniwersyteckie, akademiki oraz sklepy. Ministerstwo rozwoju wraz z kancelarią premiera rozpisało oficjalny przetarg na projekt architektoniczny dający miejscu powiew świeżości. Włoskie studio (dp)a proponuje wstęgę nowoczesnych apartamentowców wijących się niczym wąż po uniwersyteckim wzgórzu. Być może to właśnie przebudowa dzielnicy studenckiej, z której nadszedł sygnał do ostatecznego obalenia Hoxhy, da potrzebny całej Albanii impuls do uwierzenia, że zmiany na lepsze są naprawdę możliwe.