Bieda polska

17 października przypadał Międzynarodowy Dzień Walki z Ubóstwem. To idealna okazją, by przyjrzeć się biedzie w Polsce. I przypomnieć, że wbrew pozorom nie jest ona wcale problemem już rozwiązanym.

            Okres dobrej koniunktury gospodarczej sprawił, że rzadziej zaczęliśmy mówić o ubóstwie. A przynajmniej rzadziej, niż jeszcze kilka lat wcześniej. Nawet obchodzony 17 października Międzynarodowy Dzień Walki z Ubóstwem przeszedł w Polsce bez większego echa, choć przecież ubogich mamy w Polsce bez liku – nie musimy ich szukać po całym globie, wystarczy wsiąść w autobus i podjechać do jednej z licznych w polskich miastach dzielnic biedy. W mediach głównego nurtu dominują obecnie inne tematy, głównie światopoglądowe lub polityczne. Mogłoby się wydawać, że dzięki ofensywie socjalnej obecnego rządu oraz relatywnie szybko rosnącym płacom problem biedy w Polsce został zmarginalizowany. Byłaby to jednak błędna optyka. Bieda w Polsce nadal istnieje, choć stała się mniej medialna. Nie jest już na bardzo wysokich poziomach, nie rozpala też politycznego sporu, jednak nadal ma się całkiem nieźle. Lepiej więc nie tracić jej z radaru, żeby niepostrzeżenie znów nie eksplodowała, bo wsadzić dżina ubóstwa do butelki dobrobytu jest niezmiernie trudno. Tym bardziej, że po uruchomieniu bardzo dużych nakładów na transfery społeczne wystrzeliliśmy już sporo pocisków, które mogliśmy w tym celu użyć. Na szczęście wciąż jeszcze nie wszystkie.

Chcesz dla nas pisać – wyślij maila na merytoryczny.pl@gmail.com

Przeciętny prymus

            Z okazji Międzynarodowego Dnia Walki z Ubóstwem Eurostat opublikował dane pokazujące, które z krajów UE robią to najskuteczniej. Publikacja ta była dla Polski bardzo pozytywna. Trafiliśmy do trójki państw, które zniwelowały poziom biedy w największym stopniu. W 2018 roku 18,9 procent Polaków było zagrożonych ubóstwem, co oznacza, że od 2008 roku zmniejszyliśmy ten wskaźnik o 11,6 punktu procentowego. Minimalnie przed nami znalazły się Rumunia (11,7 pkt. proc.) oraz Bułgaria (12 pkt. proc.). Jednak kraje te schodziły ze znacznie wyższych poziomów – dość powiedzieć, że wciąż są na dwóch pierwszych miejscach pod względem ryzyka ubóstwa (w Bułgarii aż 33 proc. społeczeństwa jest zagrożona biedą). Tak więc proporcjonalnie Polska ograniczyła swoje ubóstwo dużo bardziej, niż Rumunia i Bułgaria. To obiektywnie bardzo dobry wynik i sukces Polski.

            Problem w tym, że od krajów, w których bieda jest najmniej rozpowszechniona, wciąż dzieli nas sporo. Z tym niemal 19-procentowym wynikiem jesteśmy mniej więcej w środku stawki, zaraz przed Niemcami, w których odsetek zagrożonych ubóstwem jest niemalże identyczny. Oczywiście Niemcy są wciąż prawie dwukrotnie bardziej rozwinięte, więc bieda w Hamburgu wygląda inaczej niż bieda we Wrocławiu, nie mówiąc już o Bytomiu czy Wałbrzychu. Jednak w sąsiednich Czechach zagrożonych ubóstwem jest zaledwie 12 proc. obywateli, a na Słowacji 16 proc. A przecież to kraje na zbliżonym poziomie rozwoju i mające podobną historię gospodarczą do Polski (najpierw brak państwowości, następnie krótka niepodległość, wojna, czasy komunizmu, a finalnie transformacja i wejście do UE). Mimo to należą do krajów, w których zasięg biedy jest jednym z najwęższych na świecie. Wystarczy więc zerknąć za Olzę, by się przekonać, że odsetek biednych może być dużo mniejszy niż nad Wisłą – nawet po tym rekordowym spadku.

 Zacięty mechanizm

            Powyższe dane Eurostatu wykazują nie tylko tych, którzy żyją w biedzie, ale też tych, którzy balansują na granicy ubóstwa lub żyją na niewiele wyższym poziomie. Żeby zobaczyć odsetek samych biednych, musimy sięgnąć do danych Głównego Urzędu Statystycznego. GUS wykazuje trzy rodzaje biedy i stosuje metodę wydatkową, czyli bada, ile wydajemy, a nie ile zarabiamy. Poziom ubóstwa relatywnego to odsetek gospodarstw domowych, których miesięczne wydatki nie przekraczają 50 proc. średniego dochodu rozporządzalnego w kraju. Ubóstwo ustawowe to odsetek osób żyjących na poziomie, który kwalifikuje do uzyskania pomocy społecznej. Natomiast ubóstwo skrajne pokazuje, jaki odsetek obywateli żyje na poziomie, który zagraża ich biologicznej egzystencji. I to jest kluczowy wskaźnik z tych trzech.

            Od początku 2015 do końca 2017 roku wszystkie rodzaje ubóstwa systematycznie spadały. Szczególnie dobre były w tym aspekcie lata 2015-2017. W tym okresie ubóstwo skrajne spadło z 6,5 proc. do 4,3 proc., a więc w dwa lata zostało zniwelowane aż o jedną trzecią. Znacznie mniej, ale również bardzo wyraźnie, spadły pozostałe rodzaje ubóstwa – relatywne spadło z 15,5 do 13,9 proc., a ustawowe z 12,2 do 10,7. W przypadku ubóstwa relatywnego i skrajnego, większość tego spadku miała miejsce w 2016 roku, możemy więc powiedzieć z dużą dozą pewności, że jest to wynik przede wszystkim uruchomienia programu „Rodzina 500+”. Program ten wsparł biednych w szczególnym stopniu, gdyż rodziny wielodzietne zwykle są zagrożone ubóstwem lub nawet żyją poniżej tej granicy. W 2017 roku weszła w życie minimalna stawka godzinowa, która również miała duże znaczenie, gdyż zwiększyła płace pracowników niewykwalifikowanych pracujących na umowach zlecenie – np. sprzątaczek czy ochroniarzy. To najwyraźniej zadziałało na ubóstwo ustawowe, gdyż w 2017 to właśnie ono zaliczyło największy spadek.

            Problem w tym, że pozytywne efekty tych dwóch rozwiązań w ubiegłym roku już się wyczerpały (co nie znaczy oczywiście, że należy z nich zrezygnować). Ubóstwo skrajne w 2018 roku wzrosło do poziomu 5,4 proc., a więc straciliśmy połowę tego, co zyskaliśmy w dwóch poprzednich latach. Pozostałe rodzaje ubóstwa wzrosły dużo słabiej – relatywne do 14,2 proc., a ustawowe do 10,9. Jednak drastyczny wzrost ubóstwa skrajnego w 2018 r., bo aż o jedną czwartą, powinien być dzwonkiem alarmowym. 5 procent może się wydawać mało, ale oznacza to ni mniej ni więcej, że ok. 2 milionów Polek i Polaków żyje na granicy biologicznej egzystencji. Jeśli nie umierają z głodu, to głównie dlatego, że otrzymują bezpłatne wsparcie w jadłodajniach lub od rodziny i znajomych.

Obszary występowania biedy

            Tradycyjnie szczególnie trudna jest sytuacja rolników oraz rencistów. Wśród rolników poziom ubóstwa skrajnego wynosi aż 11 proc., czyli więcej niż co dziesiąty rolnik żyje poniżej minimum egzystencji. Realnie jednak zapewne jest ich mniej – rolnicy mogą spożywać także to, co sami wyprodukują, więc ich wydatki mogą być zaniżone. Jednak wśród rencistów skrajna bieda wynosi aż 8,4 proc., a oni siłą rzeczy mają bardzo niewielkie możliwości polepszenia swojego bytu, gdyż w większości nie są zdolni do pracy. Sytuacja pracowników oraz emerytów jest dwukrotnie lepsza – nic dziwnego, ci pierwsi zarabiają, a ci drudzy zbierają owoce tego, co sami wypracowali przez lata. Mimo to i tak prawie 5 proc. obu grup żyje poniżej minimum egzystencji. Szczególnie niepokojący jest ubiegłoroczny wzrost ubóstwa skrajnego wśród pracowników – z 3,3 do 4,7, a więc o ponad jedną trzecią. Tym samym po raz pierwszy od lat ubóstwo skrajne wśród pracujących jest wyższy niż wśród emerytów.

            Oczywiście wśród najbiedniejszych dominują osoby z wykształceniem podstawowym lub gimnazjalnym – stopa ubóstwa skrajnego wynosi wśród nich 11,9 proc. Im wyższe wykształcenie, tym poziom ubóstwa niższy. Poniżej minimum egzystencji żyje tylko jeden na 77 absolwentów uczelni wyższych (1,3 proc.) oraz jeden na 27 absolwentów szkół średnich. Bardzo trudną sytuację mają szczególnie rodziny z trójką lub więcej dzieci w wieku 0-17 na utrzymaniu – aż co dziesiąta taka rodzina żyje poniżej progu ubóstwa skrajnego. Tym samym można stwierdzić, że „500+” nie zniwelowało ubóstwa wśród dzieci – a przecież były takie przewidywania.

            Oczywiście bieda jest w Polsce rozłożona nierównomiernie terytorialnie. Ubóstwo skrajne najwyższe jest w podkarpackim i warmińsko-mazurskim, gdzie sięga prawie 10 procent. Co oznacza, że w tych województwach jest ono nawet 3-4 razy wyższe niż w śląskim i pomorskim. Kontrast widać szczególnie w regionach sąsiadujących ze sobą. Skrajne ubóstwo w Małopolsce jest trzy razy wyższe niż na położonym obok Śląsku, a w warmińsko-mazurskim jest 3-4 razy wyższe niż leżącym obok pomorskim. Jeśli w kilku regionach kraju prawie co dziesiąty mieszkaniec żyje poniżej minimum egzystencji, to trudno uznać walkę z ubóstwem za wygraną.

Kolejna runda

            Pytanie więc, co dalej. Rozszerzenie „500+”, które zostało wprowadzone w tym roku, będzie miało bez porównania mniejszy efekt, niż jego pierwsza wersja. Po prostu w dużo większym stopniu trafi do rodzin zamożnych – po pierwsze dlatego, że one często mają jedno dziecko, a po drugie, ponieważ większość najbiedniejszych rodzin już dostaje świadczenie na pierwsze dziecko, więc w ogóle na tym rozszerzeniu nie skorzysta. Pozostałe zmiany wprowadzone w ostatnim czasie – obniżenie PIT o 1 pkt. proc., podwojenie kosztów uzyskania przychodu oraz ulga w PIT dla młodych – będą miały znaczenie raczej kosmetyczne.

            Należałoby więc zadziałać dwutorowo. Po pierwsze, rząd powinien wyraźnie obniżyć opodatkowanie wynagrodzeń najmniej zarabiających, na przykład wprowadzając dwie niższe stawki PIT – 12 i 6 proc. Powstałą z tego tytułu lukę w dochodach budżetowych należałoby uzupełnić wprowadzeniem także górnej stawki PIT – np. 40 proc. – oraz likwidacją podatku liniowego dla przedsiębiorców.

            Z drugiej strony, należałoby wyraźnie podnieść i rozszerzyć okresowe świadczenia dla osób w trudnej sytuacji materialnej – przede wszystkim mowa o zasiłku dla bezrobotnych, który jest koszmarnie niskiej wysokości oraz przysługuje ledwie 15 procentom bezrobotnych. Celowane świadczenia skierowane tylko do najbiedniejszych będą kosztować niewielki ułamek tych transferów, które rząd uruchomił w ostatnich latach.

            Nie da się zwalczyć biedy bez większego opodatkowania najzamożniejszych. Po prostu niwelowanie ubóstwa kosztuje, a środków należy szukać u tych obywateli, którzy większych podatków nawet specjalnie nie odczują. Bo 500 zł różnicy dla górnego jednego procenta to nieistotny szczegół, a dla dolnych 10 procent to kwestia życia lub śmierci.

Masz inne zdanie i chcesz opublikować polemikę? Napisz do nas merytoryczny.pl@gmail.com
Piotr Wójcik

Publicysta ekonomiczny. Współpracuje z „Nowym Obywatelem”, "Krytyką Polityczną'„Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.