Hongkong, port pachnący gazem łzawiącym cz. 3

Zobacz część pierwszą!

Zobacz część drugą!

Kolejny przełom pojawił się zgodnie z przewidywaniami 1 października. Chiny świętowały urodziny, tzw. 国庆 czyli święto narodowe, a w Hongkongu królował hashtag #NotMyNationalDay (czyli “nie moje święto narodowe”). Policja spodziewała się kolejnej eskalacji protestów, demonstranci chcieli popsuć wielką fetę przewodniczącego Xi. Podczas gdy ten od rana przyjmował wielką defiladę na placu Tian’anmen, w Hongkongu już strzelano gazem łzawiącym. Na murach pisano 賀你老母, “celebruj swoją matkę”. 

Nazywam się Tsam Tsz Kin

Tego dnia pojawiła się również pierwsza ofiara ostrej amunicji. Chłopak o imieniu 曾志健, Tsam Tsz Kin (wym. Cam Cy Gin), uczeń przedostatniej klasy liceum, został postrzelony z bardzo bliskiej odległości przez policjanta. Kula przeszła trzy centymetry od serca, odłamki utkwiły w płucu. W internecie błyskawicznie pojawiło się wiele nagrań całego zajścia. Moment samego strzału oraz spore fragmenty tego, co działo się przed nim i po nim zarejestrowało wiele świadków zajścia. Policja szybko potwierdziła doniesienia, a jej szef, komisarz Stephen Lo bronił decyzji funkcjonariusza tłumacząc je obroną konieczną. Na filmach widać, jak chłopak wraz z grupą kilku kolegów osacza innego policjanta i dopiero strzał z pistoletu chroni go przed linczem przeważającej grupy demonstrantów.

Demonstranci spodziewali się prowokacji ze strony policji. Apelowali, by “wszyscy wpuszczali koszule w spodnie” (全民攝衫), żeby było widać ewentualne pistolety czy radiotelefony ukryte za paskiem. Od początku sierpnia funkcjonariusze z oddziałów nazywanych “duchami” podszywali się podczas marszy pod protestujących. Ubrani na czarno, w maskach i maskach nie odróżniali się od tłumu, by nagle dokonywać aresztowań i przywoływać oddziały prewencji.

Wszelki opór jest bezcelowy

70. urodziny Chin oznaczały 17. tydzień protestów w Hongkongu. Nie widać na razie szans na jakiekolwiek rozwiązanie sytuacji. Wszyscy w obecnym układzie tracą: Pekin wizerunkowo, Hongkong gospodarczo, turystycznie, mieszkańcy miasta jako ludzie, których próśb nikt nie chce słuchać. Wydaje się, że sytuacja przekroczyła już granicę, zza której nie ma już powrotu do poprzedniej równowagi. Ze trzeba będzie wymyślić stosunki między Hongkongiem i Pekinem na nowo. 

Hongkong jako część Chin ma obecnie status specjalnego regionu administracyjnego, tzw. SAR, Special Administrative Region. 1 lipca 1997 roku przeszedł oficjalnie pod władzę Pekinu. Wcześniej należał do Brytyjczyków, którzy od 1842 roku po wygranej pierwszej wojny opiumowej konsekwentnie wykrajali kolejne fragmenty chińskiego cesarstwa dla siebie. Najpierw przejęto wyspę Hongkong, następnie po drugiej wojnie opiumowej półwysep Kowloon, by wreszcie w 1898 roku ustanowić wieczystą, czyli w rozumieniu prawa międzynarodowego 99-letnią, dzierżawę na Nowe Terytoria, jeszcze większy fragment terenu wokół miasta graniczący z obecnym miastem Shenzhen. 99 lat minęło i 1997 roku Londyn musiał z Hongkongiem się pożegnać. Nie bacząc na łzy Chrisa Pattena, ostatniego, 28. gubernatora miasta i ulewny deszcz, brytyjska administracja (Hongkong z Pattenem żegnał również książę Karol) ceremonialnie opuściła byłą kolonię na pokładzie królewskiego jachtu “Britannia”. 

Wjazd chińskiego wojska do miasta pełnego wieżowców wywoływał dreszcze. Nie wiadomo było, czego po Pekinie można się będzie spodziewać. Czy status Hongkongu jako międzynarodowego centrum finansów zostanie utrzymany? Czy przypadkiem władza centralna nie wpadnie na kolejny szalony pomysł rodem z Wielkiego Skoku za czasów Mao i nie zdecyduje się przerobić drapaczy chmur na stalową surówkę w przydomowych dymarkach? Rozmaite myśli rodziły się w głowach analityków, sinologów i biznesmenów. Mianownik był jednak wspólny – Chiny, te większe, kontynentalne, mogły okazać się wszystkim. W końcu pokazały na co je stać w czerwcu 1989 roku. Osiem lat przed przejęciem Hongkongu w Pekinie demonstrację studentów rozpędzono czołgami. Wiadomo było, że wobec władzy chińskich komunistów wszelki opór jest bezcelowy.

1984 na żywo 

Przyszłość Hongkongu miała być jednak dość dokładnie przewidziana. W 1984 roku – jakby chichot historii ze względu na skojarzenia z Orwellem – ówczesna premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher podpisała z premierem Chin Zhao Zhiyangiem dokument opisujący polityczne ramy miasta po przejściu w 1997 roku. Ustalono, że przez kolejne pół wieku będzie obowiązywać zasada “jeden kraj, dwa systemy”, na podstawie której Hongkong jako część Chin będzie mial własny system prawny i niezależność od Pekinu. 

Podstawy tej nowej rzeczywistości ustalono dwa lata wcześniej, w 1982 roku w Pekinie na spotkaniach między Thatcher i następcą Mao, przewodniczącym Deng Xiaopingiem. Rozmowy były jednak tajne, a media zapamiętały, jak Żelazna Dama potyka się opuszczając Wielką Halę Ludową i spada ze schodów. Premier Zhao został w 1989 odsunięty od władzy za to, że chciał rozmawiać ze studentami na placu Tian’anmen. Lokalne media pisały o 盲婚啞嫁, aranżowanym małżeństwie, w którym panna młoda nie ma nic do powiedzenia. Między wierszami można zatem było odnieść wrażenie, że przyszłość Hongkongu nie będzie jednoznacznie różowa. 

Perła na marginesie

Przez lata, zarówno pod rządami Brytyjczyków jak i Chin Ludowych w Hongkongu co pewien czas wybuchały protesty. Zmieniały się ich powody i sposób rozwiązywania. Bywały momenty, gdy ulice miasta dosłownie spływały krwią. 

10 października 1956 roku, w rocznicę “podwójnej dziesiątki” (powstania w Wuchangu z 1911 roku, które doprowadziło do proklamowania Republiki Chińskiej, “konkurencyjnych” Chin istniejących do dziś na Tajwanie) w Hongkongu sympatycy komunistów i nacjonalistów (z Tajwanu) starli się w regularnej bitwie. Zanim Brytyjczycy opanowali sytuację, zginęło 59 osób, a 500 zostało rannych. Dziesięć lat później iskrą do kolejnych zamieszek stała sie podwyżka cen biletów na prom kurusujący między wyspą Hongkong a półwyspem Kowloon (chodziło o tę samą linię Star Ferry, z której można korzystać do dziś). Protesty trwały cztery dni na początku kwietnia 1966 roku. Podpalano sklepy, autobusy, dewastowano wszystko, co tylko się dało. Zginęła jedna osoba, ale aresztowano już blisko półtora tysiąca. 
W 1966 roku po raz pierwszy brytyjskie władze miasta doszły do wniosku, że powodem problemów nie jest dotychczasowy konflikt na linii komuniści-nacjonaliści, ale że do głosu dochodzi nowe pokolenie coraz bardziej rozczarowane brakiem odpowiednich perspektyw. Zdawano sobie sprawę, że młodzi Hongkończycy urodzeni po drugiej wojnie i powstaniu Chin Ludowych nie będą godzić się na te same trudne warunki, które ich rodzice akceptowali bez wahania. Młodzi chcieli żyć w lepszej rzeczywistości, więcej zarabiać i mieć równe szanse co dotychczasowa klasa średnia. 

Kilka miesięcy później nadeszły kolejne protesty, które tym razem określono jako “bunt lewicowców”. Niezadowolenie robotników w fabrykach w Hongkongu szybko wykorzystał Pekin podżegając do dalszej walki w imię komunistycznych ideałów. Większe Chiny mobilizowały środowiska lewicowe, zachęcane do stawiania czoła brytyjskim kolonizatorom ramię w ramię w rozpoczynającą się w Pekinie rewolucją kulturalną. Hongkong na kilka miesięcy od wiosny do jesieni 1967 roku ponownie pogrążył się w zamieszkach, które kosztowały życie 51 osób. 
Natężenie protestów z końca lat 60. zmusiło jednak Londyn do szukania metod wyjścia z sytuacji. Poprawiono standard życia, Hongkong zaczął zarabiać i zyskiwał status jednego z azjatyckich tygrysów. Trudno jednak powiedzieć, że Wielka Brytania traktowała mieszkańców kolonii jako obywateli tej samej kategorii co reszty imperium. Hongkończycy nie dostali propozycji uzyskania brytyjskiego obywatelstwa jak mieszkańcy sąsiedniego Makau oddawanego przez Portugalię Pekinowi pod koniec 1999 roku. Państwo nie budowało wystarczająco wiele mieszkań dla obywateli, nie wykorzystywano ziemi na potrzeby nowych osiedli jak to miało miejsce w Singapurze. Hongkong jako perła brytyjskiego imperium traktowano jako maszynkę do zarabiania pieniędzy, okno na niedostępny chiński rynek, a miejscowi mieli być po prostu wdzięczni, że nie wydano ich na łaskę komunistów. 

Kwestia czasu

Wiadomo było, że wybuch kolejnych protestów był jedynie kwestią czasu. Pierwszy raz po przejęciu przez Pekin Hongkończycy oburzyli się na nowych “właścicieli” w 2003 roku. W lipcu 2003 roku masowe protesty zebrały 500 tys. osób, którzy domagali się, by Pekin wycofał się z forsowania tzw. artykułu 23., zapisu w konstytucji, który zdelegalizowałby jakąkolwiek opozycję. 1 lipca tamtego roku wściekli mieszkańcy miasta przemaszerowali przez miasto, a ich gniew skutecznie zamroził prace nad kontrowersyjnym prawem. Artykuł 23. trafił na półkę, ale w obliczu obecnych wydarzeń może powrócić jako ostateczny sposób na zakneblowanie ust tym, którzy sprzeciwiają się Pekinowi.
Wcześniej tego samego roku w Hongkongu pojawił się tzw. SARS, ciężka ostra niewydolność oddechowa. Według danych Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) w czasie epidemii w lutym i marcu 2003 roku tą nieznaną wcześniej chorobą zaraziło się w mieście ponad 1700 osób, z czego prawie 300 zmarło. Powszechnie uważa się, że choroba przybyła z Chin kontynentalnych, a Pekinowi zarzucano wówczas próby ukrycia epidemii przed światem i krajową opinią publiczną.  

Równolegle z Hongkongiem tę samą chińską rzeczywistość przeżywa sąsiednie Makau. Mniejsze i teoretycznie mniej rozwinięte cieszy się relatywnym spokojem na tle spowitego gazem łzawiącym większego brata.

Stanie na dwóch nogach

W Makau chińscy żołnierze nie budzą przerażenia. Sprzątali tamtejsze ulice w sierpniu 2017 roku po tajfunie Hato i nikt specjalnie nie odwracał się ze wstrętem na ich widok. Mieszkańcy Makau zostali potraktowani przez Portugalię zupełnie inaczej niż obywatele Hongkongu przez Londyn. Ci urodzeni przed 20 listopada 1981 roku (czyli osiągający pełnoletniość w momencie przekazania miasta Chinom) dostali możliwość otrzymania portugalskiego obywatelstwa. Wielka Brytania robiła wszystko, żeby ten fakt przed mieszkańcami Hongkongu ukryć, aby nie mieć podobnego kłopotu – tyle że na większą skalę, bo Hongkończyków było kilka razy więcej. Dziś mieszkańcy Makau zarabiają blisko półtora raza więcej niż sąsiedzi w Hongkongu (86,4 tys. do 50,5 tys. dolarów PKB per capita wg danych MFW z kwietnia 2019 roku). Wynik Makau pozostaje drugi na świecie, więcej notuje się tylko w Luksemburgu. 

Gra się o większą stawkę, bowiem w regionie ma pojawić się megamiasto grupujące 11 obecnych w delcie Rzeki Perłowej. Twór o nazwie “Greater Bay Area” ma powstać do 2035 roku, a Makau i Hongkong mają w nim gwarantowane pozycje liderów we własnych dziedzinach – odpowiednio finansjera oraz turystyka otwarta na Portugalię i Brazylię – na równi z pozostałymi miastami. Fernando Chui Sai On, gubernator miasta kończący kadencję 20 grudnia 2019 roku, odpowiednik gubernator Lam Cheng z Hongkongu, mówi o “chodzeniu na dwóch nogach” (w oryginale: 两条腿), czyli poleganiu na więcej niż jednej podstawie przy dążeniu do najważniejszego celu.

16 sierpnia Li Ka-shing, najbogatszy biznesmen w Hongkongu i do niedawna również w całych Chinach, zamieścił w prasie dwie reklamy. Obie zachęcały do zaprzestania protestów i zachowania rozwagi. W pierwszej Li zaapelował prostym językiem o “koniec przemocy” (dokładnie było to przekreślone słowo 暴力 i apel 最好的因可成最壞的果, “najlepsze intencje mogą prowadzić do najgorszego”). Druga została oparta o stary wiersz z czasów epoki Tang o zrywaniu “melonów z Huangtai”. Li napisał tym razem osiem znaków: 黄台之瓜何堪再摘, “melon z Huangtai nie zniesie ponownego zerwania”. 

W oryginalnej wersji wiersz to zaledwie 30 znaków, ale choć wiersz pochodzi z dalekich czasów VII wieku, dla Chińczyków wciąż pozostaje symbolem zrozumiałym do dziś. Melon z Huangtai to coś, czego nie można zrywać bez końca, nie myśląc o konsekwencjach. Li Ka-shing przestrzegł mieszkańców Hongkongu, że ich protesty też mogą zakończyć się jak dzieje autora tego wiersza, księcia Li Xiana, którego matka, najsłynniejsza cesarzowa w historii Chin, Wu Zetian, oskarżyła o zdradę i zmusiła do samobójstwa.

Na przestrzeni kilkunastu tygodni stracono w Hongkongu co najmniej dwoje oczu, kilka razy otarto się o śmierć, aresztowano 4000 osób, z czego kilkaset usłyszało zarzut o branie udziału w buncie. 23 października na wolność wyszedł Chan Tong-kai, który zamiast za morderstwo na Tajwanie odsiadywał krótki wyrok za kradzież pieniędzy z karty kredytowej zabranej swojej byłej dziewczynie. Będzie mógł bez przeszkód opuścić Hongkong. 

Wyborcze tsunami

Początek szóstego miesiąca protestów przyniósł zaostrzenie sytuacji w mieście. W nocy z 3 na 4 listopada w niewyjaśnionych okolicznościach spadł z wysokości Alex Chow Tsz-lok. Nie odzyskał przytomności i po czterech dniach zmarł w szpitalu. Przez kilka dni był pierwszą ofiarą śmiertelną demonstracji, a w jego intencji zbierano się na ulicach. W pobliżu piętrowego garażu, gdzie doszło do tragedii, pojawiały się napisy “你在踐踏学生鮮血”, “stoicie na krwi ucznia”. Chow miał 22 lata, tyle samo, ile Hongkong przebywał pod władzą Pekinu. W mediach społecznościowych krążyła grafika, z której wynikało, że chłopak w różnych okresach życia przechodził przez takie same trudne chwile jak i pozostali mieszkańcy miasta. Zakończenie jego przedszkola trzeba było przełożyć ze względu na wybuch epidemii SARS (2003), szkoły podstawowej przez wzgląd na świńską grypę (2009), liceum z kolei Chow kończył podczas rewolucji parasoli (2014), by wreszcie umrzeć w 2019 roku razem z gasnącą nadzieją mieszkańców na porozumienie z rządem. 
Tydzień po wypadku chłopaka rozpętało się prawdziwe piekło. 11 listopada policjant z drogówki postrzelił innego młodego człowieka, a zajście było transmitowane na żywo w internecie. Rozwścieczeni studenci zaczęli barykadować się na uniwersytetach i blokować główne arterie miasta. Świat wstrzymał oddech w oczekiwaniu na chińskie czołgi pacyfikujące CUHK (czyli Chiński Uniwersytet w Hongkongu) czy PolyU (czyli tamtejszą politechnikę). Młodzież okopała się na swoich pozycjach, zbudowała katapulty, rozpoczęła produkcję koktajli mołotowa i niezmordowanie umacniała barykady wszystkim, co tylko było pod ręką. Napisy na murach ponownie zadawały kłopotliwe pytania: “然後又有学生死了,你郤生活如常?”, czyli “Potem jednak ginie student i wasze życie tak po prostu wraca do normy?”. Bramy uczelni ozdabiano czterema znakami: 革大反抗, “rewolucyjne uniwersytety protestują”. 

Policyjna blokada politechniki zakończyła się po 11 dniach. W międzyczasie, 24 listopada wybory do lokalnych rad zakończyły się bezprecedensowym zwycięstwem środowisk prodemokratycznych. 17 z 18 okręgów miasta przypadło im w udziale. Wiadomo także, że przeciwnicy Pekinu będą w stanie wystawić 117 miejsc (wszystkie przynależne władzom lokalnym) w liczącym 1200 członków komitecie odpowiedzialnym za wybór ścisłego kierownictwa Hongkongu. Kompetencje lokalnych rad są niewielkie, jednak dla Pekinu był to sygnał, że protesty mają się w Hongkongu dobrze i wciąż cieszą społecznym poparciem.

Wybory się odbyły, protesty się nie kończą, a chińskich czołgów jak nie było, tak nie ma. Sześć miesięcy po rozpoczęciu demonstracji nie ma na horyzoncie także żadnych przełomowych rocznic, przed którymi Pekin wolałby unikać dalszego zaogniania sytuacji. Miasto znalazło się w recesji, a władze twierdzą, że zamieszanie skutecznie odstrasza turystów i zagranicznych inwestorów. Może zatem lepiej posłuchać Li Ka-shinga i zatrzymać się, póki jeszcze nie jest za późno?