Liberalna wojna sprawiedliwa

Czy wojnę można usprawiedliwić? Na to pytanie jest tylko jedna odpowiedź – można, jeżeli tylko bardzo się chce. I niestety nie jest to wcale zabawne.

Prace współczesnych psychologów ewolucyjnych pozwoliły na potwierdzenie Arystotelesowskiej intuicji w odpowiedzi na pytanie, gdzie leży przyczyna sukcesu ewolucyjnego gatunku ludzkiego. Jako ludzie posiadamy zwierzęce instynkty, które stanowią często motywy naszych zachowań, i dzielimy z naczelnymi wiele popędów, którym niejednokrotnie ulegamy. Ale to, co stanowi o tym, że jesteśmy ludźmi, to zdolność do współpracy.

Nie jest to uwaga trywialna. Wielkość naszych mózgów, a także nasza inteligencja, zależy w dużej mierze od wielkości grupy społecznej, do której przynależymy. Robin Dunbar (1992) ustalił przeciętną liczbę w naszej sieci na sto pięćdziesiąt osób – taka grupa nie byłaby możliwa do utrzymania, gdyby opierała się jedynie na rywalizacji o dominację. Potrzebujemy współpracy, aby budować złożone sieci społeczne i organiczne wspólnoty, które służą realizacji coraz wyższych celów.

Konflikt zbrojny i przemoc stanowią więc naturalne (biologiczne) przeciwieństwo rozwoju. Czy zatem wojna zawsze jest niemoralna? Udzielenie na to pytanie odpowiedzi pozytywnej – jak robią to pacyfiści – byłoby nierozsądne, zwłaszcza politycznie. Dlatego analizujący to zagadnienie myśliciele starożytności i średniowiecza odpowiadali: wojna jest sprawiedliwa jeżeli jest wojną obronną, ponieważ obrona ma na celu zaprowadzenie pokoju, a więc powrót do porządku.

Nie ma wolności dla wrogów wolności

Kiedy wchodzimy na poziom konfliktu politycznego w warunkach demokracji masowej, sytuacja staje się jeszcze bardziej skomplikowana. Bo o ile atak militarny jest łatwo definiowalny, o tyle atak polityczny – już nie za bardzo. Tutaj niezmiernie łatwo jest wykreować konflikt, w którym jest się ofiarą.

W ostatnich dniach internet obiegło nagranie pikiet antyrządowych w Wielkiej Brytanii po zwycięstwie Torysów w ostatnich wyborach parlamentarnych. Młoda dziewczyna, deklarująca, że zostanie w przyszłości lekarzem, życzyła Borisowi Johnsonowi “bolesnej i okropnej śmierci”. Boris Johnson nie zrobił jej nic osobiście – ba, nie zdążył zrobić jeszcze nic, co mogłoby kwalifikować się jako już uczyniona szkoda jej krajowi. Przyszła lekarka życzy popularnemu politykowi śmierci na bazie zapowiedzi i przedwyborczych obietnic, ponieważ jej się nie podobają.

Nie jest to zresztą żadne novum. Politycy i zwolennicy partii, które z jakichś powodów nie podobają się liberalnym mediom i wielkomiejskim “elitom”, stają się obiektem bezwzględnych seansów nienawiści od kilku już lat. Wystarczy zajrzeć na antypisowskie czy antytrumpowskie  grupy i strony na Facebook. I przewija się zawsze ten sam motyw: to ONI są nazistami, faszystami, rasistami; to ONI są agresywni i winni przemocy; to ONI przeprowadzili zamach na nas. My tylko bronimy się i chcemy powrotu do “normalności”.

Nie ma nic dziwnego w tym, że liberalne i lewicowe media fenomen ten nie tyle ignorują, co życzliwie go podsycają, jednocześnie histerycznie wyszukując realnych i urojonych przykładów “prawicowej przemocy”. Liberalizm, jako politycznie bezpłodny, musi posługiwać się protezami politycznych wrogów, aby utrzymać się przy życiu. Problem w tym, że liberalni propagandyści nie do końca chyba wiedzą, na co się piszą.

Rewolucja pożera własnych ojców

Na pierwszy rzut oka obrzydzanie politycznych przeciwników, graniczące z ich dehumanizacją, jest – nawet jeżeli desperacką i wedle wszelkich prognoz mało skuteczną – to jednak pewną strategią politycznej walki, dzięki której można w przyszłości pozyskać zwolenników, którzy zwrócą się przeciwko obecnie rządzącym (politycznie lub fizycznie). Trudno prognozować, czy faktycznie fala słownej przemocy kiedykolwiek przetransformuje się w przemoc realną – również z Polski mamy przykłady, że kiedy zwolennicy partii “centrowych” i “liberalnych” decydują się na działanie, to potrafią sięgnąć po środki ostateczne.

Jednak nie jest to aż tak proste. Manichejski obraz świata, jaki tworzony jest w liberalnej propagandzie, nie dotyczy przecież wyłącznie polityków. Wszakże to wyborcy partii przeciwnej są głupi, źli. To oni są niewykształceni i nieodpowiedzialni, i to oni winni są tego, że dana partia jest przy władzy. To oni powinni ponieść karę za to, jacy są. Ale co, jeżeli jest ich większość?

Problemem z retoryką wojny sprawiedliwej jest taki, że jeżeli atak może być wyimaginowany, to druga strona również może (i to z większym powodzeniem) zacząć sobie go wyobrażać. Ta wyszydzana przez lewicowe i liberalne media większość dała znać o sobie już kilkakrotnie – w ostatnich wyborach prezydenckich w USA, w referendum na temat Brexit, dwukrotnie w wyborach parlamentarnych w Polsce, wreszcie ostatnio w wyborach w Wielkiej Brytanii. Wszystkie te zwycięstwa opcji “populistycznej” powodują jedynie zaostrzenie retoryki wojny sprawiedliwej. Jeżeli więc eskalacja nastąpi, to kto stanie się jej ofiarą? Kto będzie miał liczebną przewagę? Czy faktycznie garstka osób, karmiona frazesami o obronie konstytucji i wystarczająco zdeterminowana estetycznym obrzydzeniem wobec demokratycznej większości dokona wtedy liberalnego przewrotu? Podkładając pożar trzeba uważać, żeby samemu się nie poparzyć.

Do tych retorycznych pytań należy dodać na końcu tylko jedno – kiedy liberalne media wyjdą z informacyjnej bańki, która każe im myśleć, że reprezentują większość? Zważywszy na to, że kontynuowanie obecnej strategii będzie oznaczało ich koniec, należy życzyć im tego, aby nigdy się to nie wydarzyło.