Od emotywizmu do wokeizmu.

Patrząc na ostatnie wydarzenia w przestrzeni publicznej można zacząć się zastanawiać skąd się w ogóle wziął ten cały „wokizm”, kolorowa rozwydrzona alternatywna młodzież na ulicach, coraz częściej, także i naszych miast?

Jeżeli przypatrzeć się problemowi od strony filozoficznej, to protoplastą „wokizmu” jest bez wątpienia emotywizm. Chociaż sam w sobie nie jest szeroko znanym kierunkiem w metaetyce, to poprzez takie postaci jak Virginia Woolf, Keynes (oboje byli homoseksualistami) i reszta grupy Bloomsbury przedostał się do kultury i edukacji, a następnie, poprzez kulturową dominację Angloameryki, rozpowszechnił się na cały świat. Członkowie grupy Bloomsbury z kolei kształtowali swoje poglądy etyczne w dużej na pracy Principia Ethica Moore’a, która stanowiła obronę stanowiska “non-kognistywistycznego” w etyce, do której należy emotywizm, a mającą wśród tego grona status niemalże Biblii.

To oczywiście tylko hipoteza, ale jeżeli popatrzy się na podstawową tezę emotywizmu – że wypowiedzi moralne nie stanowią zdań, którym można przypisać prawdziwość lub fałsz, a jedynie ekspresję wewnętrznego stanu osoby je wypowiadającej, to bez trudu dojdzie się do wniosku, że właśnie w ten sposób funkcjonuje alternatywna młodzież.

O ile bowiem sam emotywizm jako stanowisko metaetyczne jest prawie na pewno fałszywy, o tyle już jego replikacja poprzez kulturę i edukację spowodowała powstanie typu ludzi, którzy rzeczywiście są tacy, jacy byliby wszyscy, gdyby emotywizm był prawdziwy – ich przekonania moralne są jedynie wynikową ich stanu emocjonalnego z pominięciem procesów racjonalnych.

Jest to wniosek dość przykry, bowiem kolejnym musi być stwierdzenie, że jakikolwiek zrozumienie dla zwolenników tradycyjnych norm moralnych ze strony „przebudzonych” będzie bardzo trudne do osiągnięcia.
Z oczywistych powodów wszelkie próby nawracania (i to nie nawet na chrześcijaństwo, ale na jakiekolwiek resztki tradycyjnie rozumianej normalności) w zwykły sposób muszą spalić na panewce.
Najwidoczniej zacząć trzeba od podstaw. Skoro mamy do czynienia z mimowolnymi zwolennikami emotywizmu, to trzeba przedstawić alternatywne stanowisko metaetyczne.Kandydatów jest wielu, ale z przyczyn zupełnie utylitarnych możemy czerpać z twórczości angielskiej filozof o wdzięcznym imieniu i nazwisku: Philippy Foot.

Foot przez całe życie zajmowała się prawie wyłącznie metaetyką i etyką cnót z pominięciem metafizyki czy prawa naturalnego, czyli zagadnień tak silnie działających na nerwy wielu współczesnym. A do tego, w przeciwieństwie do dwóch innych wybitnych brytyjskich krytyków nowoczesnej moralności, czyli Alsadaira MacIntyre’a i swojej długoletniej koleżanki Elizabeth Anscombe, którzy konwertowali się na pewnym etapie swoje życia na rzymski katolicyzm (i poddali swój niezależny rozum pod osąd Watykanu – jak być może stwierdziłby sceptyk), była ateistką.

Foot broniła realizmu moralnego za pomocą argumentów typowych dla filozofii analitycznej, które mają zazwyczaj tę zaletę, że “działają” same w sobie, bez szerszego kontekstu, jak to ma miejsce w przypadku tradycyjnych systemów filozoficznych i tradycyjnych gigantów filozofii.
Emotywizm, podobnie jak i inne podobne stanowiska, bazuje na przekonaniu, że istnieje nierozwiązywalny – zauważony przez Hume’a, a zreinterpretowany przez Moore’a jako “błąd naturalistyczny” problem, polegający na tym, że aby mówić z sensem o normach etycznych, musimy wykonać przeskok z “jest” do “powinno być”, a dla takiego przeskoku nie ma żadnego racjonalnego uzasadnienia.

Foot wykazywała, że problem jest iluzoryczny, a znaczenie, jakie nadajemy słowu “dobro” kiedy mówimy o rzeczach albo zwierzętach (niewątpliwie nie bezsensowne) jest takie same, jak wtedy gdy mówimy o ludziach i ludzkiej moralności, a co za tym idzie wcale nie pozbawione sensu, jakby tego chcieli emotywiści.

Kot, który ma cztery nogi to “dobry kot”. Kot, któremu zwyrodnialec obciął jedną z nich albo który w wyniku defektu genetycznego urodził się tylko z trzema, jest w jakimś sensie kotem wybrakowanym – a już z pewnością nie może robić skutecznie tego, co robią koty ze względu na swoją kocią naturę, czyli łapać myszy.

Jednocześnie nasz język podpowiada nam istnienie pewnych norm. Zdanie “koty mają cztery nogi” jest w oczywisty sposób fałszywe, jeżeli potraktujemy je jako kwantyfikator ogólny – są przecież koty trójnogie. Ma ono sens tylko, jeżeli milcząco zakładamy, że „czworonożność” jest kocią normą.

W analogiczny, zdaniem Foot, sposób możemy mówić o ludziach. Jako część świata naturalnego posiadamy wewnętrzną inklinację do pewnych stanów, w których jesteśmy spełnieni, jednak ze względu na naszą rozumną naturę nasze spełnienie zależy także od naszych czynów, a więc tego, czy będziemy praktykować cnotę, czy występek.

Stanowisko Foot jest jednocześnie pozbawionego jakichkolwiek odniesień do metafizyki i oparte w gruncie rzeczy na racjonalnym namyśle nad obserwowanym przez nas światem i choćby dlatego powinno być bardziej atrakcyjne dla osób niereligijnych albo nawet religii wrogich. Jest również metaetyczne, co oznacza, że możemy o nim rozmawiać z ludźmi absolutnie nie podzielającymi naszych norm etycznych.

I chociaż trudno zakładać, że alternatywna młodzież będzie specjalnie skora do dyskusji, a to, co proponuje Foot, to tylko jedno z potencjalnych rozwiązań problemu, to bez wątpienia problem wygląda następująco: jeżeli nie odbudujemy (albo po prostu nie dostosujemy się do, niskiego, poziomu odbiorcy) zdolności do prowadzenia racjonalnej dyskusji o normach moralnych, to w warunkach społecznego upadku tych norm, nasz przekaz będzie się jawił jako kompletnie bezsensowny dla wszystkich, którzy zostali uformowani przez nowoczesną kulturę i edukację.