Biało czerwony sztandar Trojga Narodów

22 listopada mieliśmy okazję oglądać piękne sceny. W chłodnym, choć ogrzewanym promieniami listopadowego słońca Wilnie wezbrało morze białoczerwonych flag. Nie pojawiły się tam jako znak „narodowej buty” Polaków albo pańskiego rewizjonizmu, którym czerwone/trójbarwne sowiety straszyły w ciągu ostatnich stu lat mieszkańców Litwy, Białorusi i Ukrainy. Byliśmy świadkami spontanicznego wybuchu dawno niewidzianej, naturalnej i historycznej solidarności między narodami dawnej Rzeczypospolitej. Białorusin, Litwin i Polak – każdy stanął pod biało-czerwonym sztandarem – swoim sztandarem.

Generał Zygmunt Erazm Gaspar Józef Sierakowski, pseudonim „Dołęga” – naczelnik wojenny województwa kowieńskiego (według podziału administracyjnego przygotowanego przez Rząd Narodowy, który ukonstytuował się w czasie Powstania) już podczas swoich studiów na Uniwersytecie Petersburskim prowadził nielegalną działalność patriotyczną. Równolegle prowadził propagandę patriotyczną wśród ludu wiejskiego na Litwie. Co ciekawe działalność patriotyczna nie przeszkodziła mu piąć się po szczeblach kariery w armii Imperium Rosyjskiego, którą trzy lata przed wybuchem Powstania reprezentował na Międzynarodowym Kongresie Statystycznym w Londynie.

Po wybuchu powstania, jako naczelnik wojenny dowodził 2500-osobowym oddziałem, operującym na Żmudzi, po początkowych sukcesach w symboliczny dzień 3 maja wyruszył ze swoim źle uzbrojonym oddziałem w kierunku Kurlandii, gdzie jego zadaniem było odebranie transportu broni wysłanej przez emisariuszy z Wielkiej Brytanii. Po bitwie pod Birżami odniósł ciężkie rany i dostał się do rosyjskiej niewoli. Mimo zabiegów dyplomatycznych między innymi dworu angielskiego i Giuseppe Garibaldiego na polecenie gubernatora Michaiła Murawjowa „Wieszatiela” został powieszony 27 czerwca 1863 r. na placu Łukiskim w Wilnie. Jego ciało pogrzebano w tajemnicy przed rodziną.

Zwłoki generała Sierakowskiego ze związanymi z tyłu rękoma udało się zidentyfikować dzięki obrączce ślubnej z datą i wygrawerowanym po polsku napisem: „Zygmunt Apolonija 11 Sierpnia/30 Lipca 1862 r.”. Kolejnym i na wskroś symbolicznym bohaterem był Wincenty Konstanty Kalinowski herbu Kalinowa – dziennikarz, prawnik, rewolucjonista – komisarz Rządu Narodowego na województwo grodzieńskie. Jego praca konspiracyjna i niepodległościowa prowadzona była w realiach iście osadzonych w tradycji wielokulturowej Rzeczypospolitej. Podobnie jak generał Sierakowski, studiował w stolicy imperium carów – Petersburgu. Tam szybko związał się z kołami polsko-rosyjskiej konspiracji wymierzonej carat.

Po ukończeniu studiów osiadł na grodzieńszczyźnie, gdzie wydawał swoją białoruskojęzyczną (lecz pisaną łacinką) gazetę o tytule „Mużyckaja Prauda”, poza tym wydawał jeszcze dwa rewolucyjne czasopisma w języku polskim. W pismach Kalinowskiego odnajdziemy ducha już wtedy przykrytej kurzem historii Unii Lubelskiej. Kalinowski na łamach wydawanych przez siebie gazet postuluje uniezależnienie się Litwy od Rosji, ochronę języka białoruskiego i federację z Polską. Jego uwadze nie uciekają również ważne reformy społeczne. Sukces powstania widział przede wszystkim w zaangażowaniu do niego mas chłopskich, które tak usilnie starał się budzić z wielowiekowego letargu. Po wybuchu Powstania wziął udział w tworzeniu  Prowincjonalnego Komitetu Litewskiego w Wilnie, gdzie szybko został mianowany komisarzem Rządu Narodowego na województwo grodzieńskie.

Jego talenty organizacyjne i poprzednie doświadczenia w pracy konspiracyjnej wkrótce zaowocowały awansem na Komisarza Pełnomocnego na Litwę. Mówiąc obrazowo – Kalinowski stał się hetmanem wielkim litewskim – głównodowodzącym wszystkich oddziałów walczących na terenie byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Zdradzony przez jednego spośród własnych żołnierzy został przekazany w ręce Rosjan. Czekając końca, w osamotnieniu napisał Zapiski spod szubienicy (które notabene stały się treścią jednego z powszechnych dyktand białoruskich). Przed organami rosyjskimi dał się poznać jako silny i śmiały patriota, nie krył się ze swoim wkładem w Powstanie, o swojej roli mówił otwarcie, nikogo nie wydał. Skazano go na karę śmierci przez rozstrzelanie, jednak zdecydowano się wyrok ten zamienić na bardziej hańbiące powieszenie. Został stracony 22 marca 1864 r. na Rynku Łukiskim w Wilnie.

I tak w sposób niepełny i krótki można opisać żywot obydwu bohaterów Powstania, którzy po ponad 150. latach doczekali się godnego pochówku. W czym te pogrzeby różnią się w swej doniosłości od innych ekshumacji np. Żołnierzy Wyklętych, których byliśmy świadkami w ostatnich latach (co jest zdecydowanie bardzo słuszne)? Powstanie styczniowe było drugim z kolei i przy okazji największym polskim zrywem narodowowyzwoleńczym w XIX wieku. W polskiej historii i kulturze zapisało się jako powstanie przełomu – przełomu romantyzmu i pozytywizmu.

We krwi powstańców Trojga Narodów utonął romantyczny Pan Tadeusz, partie szlacheckie i sejmiki. Z krwi tej powstaje Józef Piłsudski i Roman Dmowski. Z traumy roku 1863 odradza się w 1918 roku nowoczesne polskie państwo i nowoczesne polskie społeczeństwo. Czy jednak nie zgubiliśmy jakiegoś kawałka polskości podczas tego narodowego zmartwychwstania? Polskości nie tyle rozumianej jako przynależność do konkretnego etnosu, mówiącego jednym językiem i wyznającym jedną wiarę, ale tej polskości, której dzisiaj smakujemy niestety tylko od święta – u Sienkiewicza i Kaczmarskiego. Polskości rozumianej jako ponadnarodową wspólnotę ludzi wolnych, którzy sami – bez kacapskiego knuta chcą rządzić swoją Rzeczą Pospolitą.

Powstanie styczniowe wybuchło na tyle późno, że jego uczestnicy dobrze rozumieli, że jego sukces zależał będzie od poparcia szerokich mas, mówiących różnymi językami, wyznających różne wyznania, pochodzących z różnych szczebli drabiny społecznej. Przywódcy powstania widzieli jego szansę w swego rodzaju uniwersalizmie polskości, która w ich mniemaniu mogła połączyć wszystkich uciemiężonych we wspólnym wysiłku zmierzającym do zrzucenia carskich kajdan.

Tej międzynarodowej (jakbyśmy dzisiaj powiedzieli) współpracy sprzyjał dodatkowo fakt, że geograficzne postrzeganie swojego historycznego państwa przez Polaków znacznie różniło się od współczesnego. Bezsprzecznie i równoprawnie polskie były zarówno Kraków, Poznań Lwów czy Wilno, jak i Witebsk, Mińsk czy Połock. Wyobraźnia polityczno-geograficzna nie kończyła się tak jak dzisiaj – na Bugu lub jak przed drugą wojną światową – nie ograniczała się tylko do Wilna i Lwowa (które przecież były raczej centralnymi niż kresowymi miastami Rzeczypospolitej).

Rozważając fenomen, który mieliśmy okazję oglądać 22 listopada, musimy jednocześnie odpowiedzieć sobie, czy ta uniwersalna współpraca mająca na celu wskrzeszenie tego trójjedynego organizmu państwowego byłaby możliwa 10/15 lat później? Powstanie szczęśliwie wybuchło na tyle wcześnie, że rozminęło się z narodzinami zdecydowanie ograniczających możliwości nacjonalizmów: polskiego, ukraińskiego i litewskiego. Mimo marzeń Piłsudskiego (wychowanego przecież w kulcie powstania 1863 r.) nie udało się wskrzesić korzystnej przecież dla obydwu stron unii z Litwą (bo przecież o związku z Ukrainą i Białorusią po roku 1922 nie mieliśmy co marzyć). Po jego upadku każdy poszedł swoim torem, ze zmiennym szczęściem. Przygnieciona moralnie i ekonomicznie Polska musiała zacząć troszczyć się przede wszystkim o jako taki dobrostan swojego etnicznego terytorium, dając się kulturowo odeprzeć na zachód. Pobudzona świadomość narodowa Litwinów i Ukraińców szczęścia własnych narodów zaczęła upatrywać w totalnej niezależności – od Polski, od Rosji – od wszystkich.

Jesteśmy w Europie Środkowej, w roku 2019. Nasz skrawek planety był w ciągu ostatnich stu lat świadkiem jednych z najbardziej krwawych i traumatycznych wydarzeń w historii ludzkości. Bici i poniżani okopaliśmy się w ciernie naszej frustracji przez wiele lat nie znajdując siły, żeby wyjść poza nie.

W uroczystościach wzięli udział m.in. prezydenci Polski i Litwy, Andrzej Duda i Gitanas Nauseda, premier Mateusz Morawiecki, szef MON Mariusz Błaszczak oraz przedstawiciele Sejmu i Senatu, a także reprezentanci władz Litwy, Ukrainy i Białorusi, w tym wicepremier Białorusi.  Do Wilna przyjechało również bardzo wielu Białorusinów wywodzących się ze środowisk niezależnych i prodemokratycznych. „Jesteśmy tutaj także jako depozytariusze wielkiego dziedzictwa Rzeczypospolitej wielu narodów, którą nasi przodkowie kiedyś współtworzyli.” – mówił w Wilnie Prezydent Rzeczypospolitej Andrzej Duda. Wielkie słowa w obecności przywódców państw, które wspólnie z nami odziedziczyły ten wielki kulturowy ładunek, którego często same nie potrafiły docenić, albo starano się im go wyrwać. Po częstokroć na pasku zaborców, nieważne czy słowiańskich, czy germańskich często stawały przeciwko sobie w bratobójczej walce.

Takich jednoczących motywów w historii Rzeczypospolitej jest o wiele więcej, to na nich powinniśmy budować nasze relacje z sąsiadami. Wystrzegając się jednocześnie obcej naszej kulturze politycznej zaborczości opartej na chłodnej kalkulacji, musimy wrócić do przekonania, że nasze losy były są i będą nieodwołalnie wzajemnie splecione. To wszystko pozwala mieć nadzieję, że państwa Europy Środkowej powoli będą wracać do wspólnych naturalnych związków między sobą, opartych na wnioskach wyciągnięty z trudnej historii naszych narodów.