Duńska lewica przeciw imigrantom

Dwaj amerykańscy ekonomiści Lant Pritchett i Michael Woolcock sformułowali swego czasu problem “dostania się do Danii” (getting to Denmark). Nie chodzi tu, rzecz jasna, o logistykę, ale ekonomię i politykę. W zaproponowanym przez nich ujęciu ten kawałek Skandynawii ma symbolizować wysokorozwinięty, demokratyczny i liberalny kraj z dobrze funkcjonującymi instytucjami państwowymi. Chodzi tu zatem o swoisty typ idealny, która ma stanowić punkt odniesienia dla innych. W swojej książce o “budowaniu państw” Francis Fukuyama pytał: “co należy zrobić, aby kraje, takie jak Irak, Afganistan czy Somalia wyglądały bardziej jak Dania?”.

W czasie, gdy uczeni zadawali sobie tego rodzaju pytania tysiące ludzi, którzy zamieszkiwali te państwa uznało, że istnieje prostszy sposób, aby “dostać się do Danii”. Można tam po prostu pojechać i mieć “Danię” natychmiast. W ciągu niewiele więcej niż dwóch dekad małe królestwo zamieniło się z kraju monoetnicznego w wielonarodowy, a co jeszcze ważniejsze – wielokulturowy. Liczni przybysze z Turcji, Iraku, Syrii, Libanu czy Afganistanu dość wyraźnie dali bowiem do zrozumienia, że ich celem jest żyć w Danii, nie zaś stać się Duńczykami. Pozostawali zatem przy swojej religii, języku, obyczaju. Klęskę polityki zmierzającej do uzyskania “społecznej spójności” najlepiej obrazuje fakt, że drugie pokolenie gorzej sobie radzi na rynku pracy i popełnia więcej przestępstw niż pierwsze. Niczym średnie dziecko w rodzinie, druga generacja jest na ogół najbardziej problematyczną. Już nie Turcy, Irakijczycy, Somalijczycy, a jeszcze nie Duńczycy. Kim zatem są?

Pytanie pozostaje w zawieszeniu, ale ze wszystkich stron podsuwana była odpowiedź: “przede wszystkim, jesteście muzułmanami”. Nie może zatem dziwić, że to po publikacji karykatur Mahometa w kopenhaskim Jyllands-Posten to młodzi protestowali najgłośniej i najbrutalniej solidaryzując się z napaścią świata islamskiego na Danię, jej ambasady, gospodarkę i obywateli. To także z ich grona zrekutowano 150 osób z duńskim paszportem, które udały się na Bliski Wschód walczyć w szeregach ISIS.

Pół wieku temu nikt by przecież nie uwierzył, że akurat Duńczycy będą zmagać się z kwestiami, takimi, jak cenzura prewencyjna przeciw bluźnierstwu, obrzezanie dziewczynek, aranżowane małżeństwa podlotków z dojrzałymi mężczyznami. Czy jednak mogło być inaczej, skoro populacja zaimportowana imigrantów z krajów, gdzie takie sprawy są na porządku dziennym wzrosła od 1980 z 1% do 8.5%? W oczach wielu pytanie Fukuyamy: co zrobić, aby Somalia czy Irak zaczęły wyglądać jak Dania stało się bezprzedmiotowe, odrzucono je wraz z całą narracją o końcu historii. W jego miejsce pojawiło się pytanie nowe: co zrobić, aby sama Dania, a przynajmniej całe jej dzielnice, nie zaczęły wyglądać jak Somalia czy Irak?

Dania po wyborach

5 czerwca obywatele Danii właściwej, a także Grenlandii i Wysp Owczych wybrało 179 posłów do Folketingu, tamtejszego parlamentu. Największe poparcie uzyskali Socjaldemokraci, którzy przy poparciu drobniejszych partii lewicowych zdołali utworzyć rząd na czele którego stanęła Mette Frederiksen. Był to, sam w sobie, fakt godny odnotowania. Podczas gdy w całej Europie tradycyjna socjaldemokracja przeżywa kryzys, duński bastion się trzyma. Co zatem sprawia, że Socialdemokraterne stanowią wyjątek?

Po pierwsze: tradycje. W warunkach duńskich to umiarkowana lewica jest naturalną partią władzy. W latach 1924-2001 nieprzerwanie wprowadzała ona najwięcej posłów do Folketingu. Cała kultura polityczna Danii jest socjaldemokratyczna, określone przez nią socjalne i liberalne minimum jest akceptowane przez wszystkie najważniejsze siły polityczne. W przypadku Danii program partii naprawdę stał się programem całego narodu. Oczywiście partia z takimi tradycjami ma również potężne i dobrze zorganizowane struktury oraz zaplecze.

Po drugie: pod przywództwem Frederiksen można powiedzieć, że Socjaldemokraci stali się “Nową Starą Lewicą”. Inaczej niż większość stronnictw dziś skupionych w Międzynarodówce odrzucili oni bowiem taktykę zbierania mniejszości (etnicznych, seksualnych…), aż uzbiera się z nich większość. Ich nie dotyczy żart Bertolda Brechta o tym, że partia rozczarowana ludem postanowiła lud rozwiązać. Przeciwnie – Socjaldemokraci chcą stworzyć ofertę dla większości, dla przeciętnego wyborcy. Nie trzeba było tymczasem posiadać doktoratu z politologii, aby ustalić, że ów wyborca mnie dwie troski, o których jak dotąd mówiła wyłącznie prawica: islam oraz imigrację.

Jeszcze terminując w opozycji lewica uwiarygodniła się jako urgupowanie, które będzie w tych kwestiach stanowcze. Socjaldemokraci poparli nie tylko wzorowaną na francuskiej ustawę o zakazanie noszenia burki, ale podnieśli nawet ręce za drakońskim prawem, które dopuszcza odbieranie migrantom pieniędzy i biżuterii – rzekomo na poczet opłacenia ich pobytu. Zgodzili się również na to, aby uchodźcy, którzy dotrą do Danii byli przymusowo transportowani do najbliższego ośrodka w Afryce, gdzie dopiero będą przeprocesowane dokumenty i podjęta decyzja w ich sprawie. Ustosunkowali się też pozytywnie do stworzenia specjalnych regulacji prawnych dla gett imigranckich. Wedle nowych przepisów obszary zamieszkałe głównie przez “nie-zachodnich imigrantów” (czyli muzułmanów), cechujące się wysokim bezrobociem i przestępczością znajdują się pod specjalnym nadzorem. Dzieci tam urodzone muszą obowiązkowo uczęszać do przedszkola na lekcje, gdzie mają się uczyć duńskiego oraz poznawać “duńskie wartości”. Nie wolno im też przebywac dłużej niż rok w kraju pochodzenia. Dopiero przy propozycji zesłania migrantów na wyspę, gdzie dawniej eksperymentowano na zwierzetach wstrzymali się od głosu, a gdy szło o ustanowienie godziny policyjnej w 25 gettach imigranckich zagłosowali na nie. Nie mniej, widać wyraźnie, że partia Mette Frederiksen spozycjonowała się na swoistą “Prawicę Plus”. W zakresie “bezpieczeństwa kulturowego” oferuje to samo, ale jednocześnie ma własną, atrakcyjną ofertę socjalną i długą tradycję udanych, stablinych rządów w przeszłości. Tuż po przejęciu władzy pani premier zapowiedziała koniec austerity: będzie więcej inwestycji w służbę zdrowia, edukację, żłobki i system pomocy społecznej. Oprócz tego jej gabinet ma walczyć z nierównościami społecznymi m.in. poprzez dociążenie podatkowe najzamożniejszych.

Szefowa rządu nie kryje klasowości swojego programu. “Przez cała lata nie docenialiśmy wyzwań zwiążanych z masową imigracją” – powiedziała na spotkaniu z partiami lewicowymi całego kontynentu – “Polityka zagraniczna i gospodarcza państw europejskich była zbyt liberalna. Zawiedliśmy obywateli, nie dotrzymaliśmy umowy społecznej, która jest fundamentem socjaldemokratycznego modelu”. Z kolei gdy widziała się z wyborcami w robotnicznej dzielnicy Kopenhagi stwierdziła: “to właśnie w miejscach takich jak to, ludzie cierpieli z powodu błędnej polityki imigracyjnej. Dlatego Socjaldemokracja traciła głosy klasy pracującej. Ale teraz je odzyskuje”. Przy innej okazji krytykowała globalizację jako fenomen, który służy bogatym, ale krzywdzi biednych. W istocie, istnienie rezerwowej armii pracy złożonej z imigrantów lub po prostu ludzi dostępnych w krajach, gdzie produkuje się taniej było istotną przyczyną dla której pensje najgorzej zarabiających nie rosły, a stabilność zatrudnienia i pewność jutra spadały.

Przy tej okazji warto dodać, że nie jest przypadkiem, że państwo opiekuńcze narodziło się i najtrwalej się zakorzeniło właśnie w tych krajach, które cechowała społeczna spójność właściwa silnym państwom narodowym. Przeciętny człowiek jest gotów ponosić ofiary na rzecz solidarności z innymi przede wszystkim wtedy, gdy wierzy, że łączą go z nimi wspólnota wartości, doświadczeń, losu; dobrze też, aby miał poczucie, że może w tej mierze liczyć na wzajemność. “Społeczeństwo otwarte to oksymoron”, napisał niedawno amerykański myśliciel polityczny Mark Lilla. Z kolei nestor szwedzkiej socjaldemokracji Per Albin Hansson mówił, że dla tyumfu jej modelu społecznego trzeba dwóch rzeczy: równości i wzajemnego zrozumienia.

Z powyższego nie wynika, że imigrację należy wygasić zupełnie, ale naturalną wydaje się konstatacja, że należy ją spowolinić tak, aby asymilacja była możliwa. Można także wysnuć wniosek o potrzebie uprzywilejowywania migrantów z krajów kulturowo bliskich, tacy bowiem rokują najlepiej pod kątem integracji. W tym przypadku mówilibyśmy o obszarze Unii Europejskiej. Przedwojenna lewica w Danii była bardziej restrykcyjna: starała się przyjmować głównie innych Skandynawów. Frederiksen stwierdziła zresztą, że nie jest “heroicznym, ani humanitarnym” wpuszczać do kraju ludzi, którym nie może się zaoferować dobrego życia. Jej zdaniem Dania “nie jest najlepsza w integracji” osób należących do innych kultur. Faktycznie, kraj ten zupełnie nie ma takich tradycji – a przecież nawet Francja, która przez setki lat z obcych językowo, etnicznie i kulturowo ludów z Prowansji, Bretanii, Katalonii, Korsyki robiła Francuzów, a później próbowała robić to samo w Algierii, Wietnamie czy Czadzie wobec masowej imigracji okazała się w dużej mierze bezradna.

Warto nadmienić, że obecnie rolę duńskiego ministra ds. integracji, a zatem osoby firmującej politykę opisaną powyżej,  pełni Mattias Tesfaye – syn Etiopczyka i Dunki. Zapytany w jednym z wywiwadów, czy “zapomniał o swoich pochodzeniu”, odpowiedział dumnie, ale ponad wszystko celnie, że o pochodzeniu pamięta, ale pamięta również, że był kiedyś murarzem. A zatem raz jeszcze: solidarność klasowa w ramach wspólnoty narodowej zdaje się być nową-starą formułą zwycięskiej socjaldemokracji.

Problem islamu, a konkretnie jego zwulgaryzowanej na potrzeby politycznione formy – islamizmu jest już łatwiejszy do przepracowania przez lewicowych polityków i wyborców. Socjaldemokraci są przecież odruchowo antyklerykalni, wyczuleni na wystąpienia wystąpienia wrogie prawom kobiet czy mniejszości seksualnych, uparci w kwestii wolności i swobód obywatelskich jako świętości ponad wszelkie świętości. Wystarczy, aby odsunęli na bok zarzut rasizmu i zaczęli bigoteryjne czy nienawistne słowa imama traktować tak samo, jak gdyby powiedział je pastor. W istocie, człowiek, który chciałby widzieć to inaczej sam powinien zostać posądzony o to, co Maajid Nawaz nazywa “rasizmem niskich oczekiwań”; tworzenie specjalnego, niższego standardu dla muzułmanów w kwestii np. praw kobiet czy wolności artystycznej nie świadczy przecież o tym, że uznaje się ich za równych sobie.

Tesfaye stwierdził w jednym z wywiadów, że duńskie oczekiwania wobec imigrantów są proste i dobre zarówno dla nich, jak i dla kraju: “musicie zaakceptować świeckość państwa, w którym panuje wolność religijna, ale gdzie spory rozstrzyga się wyłącznie na gruncie świeckich argumentów; wasze dzieci muszą znać duński; nie możecie mieszkać w odizolowanych wspólnotach, jedynie pośród uchodźców”. Teraz tak wyglądają trzy warunki “dostania się do Danii”. Sądzę, że są to też warunki “ostania się Danii”.