Uczmy się od Niemców energomakiawelizmu – stwórzmy polską Energiewende

Polska ze względu na profil swojej energetyki i ograniczone wysiłki na polu transformacji tego sektora ma opinię energetycznego pariasa Europy. Tymczasem niewiele trzeba, by zmienić ten wizerunek – wystarczy zaczerpnąć z doświadczeń Niemiec, które zręcznie kamuflują m.in. to, że są największym światowym konsumentem węgla brunatnego.

Dziel się swoją wiedzą i pasją z innymi, zgłoś się na merytoryczny.pl@gmail.com

Machiavelli a Energiewende

Gdyby Niccolo Machiavelli przyszedł na świat w XXI wieku, jeden z rozdziałów „Księcia” z pewnością dotyczyłby Energiewende, niemieckiej transformacji energetycznej. Ta potężna machina polityczno-gospodarcza, stworzona, wdrażana i udoskonalana przez kolejne niemieckie rządy od prawie 20 lat, jest bowiem narzędziem idealnym z punktu widzenia geniusza z Florencji.

Oficjalnie, Energiewende stawia sobie za cel takie przekształcenie niemieckiej energetyki, które umożliwi wygaszenie mocy w węglu kamiennym i brunatnym (a w perspektywie: w paliwach kopalnych w ogóle), budowę potężnego parku odnawialnych źródeł energii oraz odejście od energetyki jądrowej. Ten ambitny projekt, którego koszty (wg ministra gospodarki RFN Petera Altmaiera) przekroczą w latach 30-tych XXI wieku bilion euro, ma stanowić wkład Niemiec w walkę ze zmianami klimatycznymi i budowę gospodarki przyszłości. To tyle, jeżeli chodzi o narrację oficjalną.

W rzeczywistości niemiecka transformacja energetyczna jest niczym więcej, jak tylko narzędziem budowy i ugruntowania gospodarczych oraz politycznych wpływów Berlina w Europie.

Wegiel

Niemcy największym konsumentem węgla brunatnego

Niemcy przez lata kłady ogromny nacisk na konieczność rychłego wygaszenia energetyki węglowej w Europie. Tymczasem, to właśnie RFN jest największym światowym konsumentem węgla brunatnego, czyli bardziej emisyjnej odmiany tego paliwa. Co więcej, nad Łabą generuje się z niego praktycznie tyle samo energii, co w 1992 roku. Przez ostatnie 15 lat moc niemieckich elektrowni węglowych pozostała prawie niezmienna – w 2002 roku wynosiła ona 22,3 GW, a w 2018 roku 21,2 GW. Niewiele większe postępy RFN odnotowała na polu redukcji zużycia węgla kamiennego. Choć Niemcy z pompą zamknęli swe ostatnie kopalnie tego surowca, to moc ich elektrowni nim zasilanych również skurczyła się nieznacznie (w ciągu analogicznego okresu 15 lat – o 4,1 GW). Jednostki te dalej będą spalać węgiel kamienny – teraz po prostu będzie on pochodził z importu (jak wskazują statystyki – głównie z Rosji). Nie przeszkodziło to jednak niektórym mediom głosić, że „w Niemczech skończyła się era węgla”.

Dlaczego zatem Niemcy tak intensywnie naciskają na postulat, którego same spełniają? Za wytłumaczenie może służyć kształt proponowany przez Energiewende – transformacja ta odrzuca energetykę jądrową (czyli praktycznie bezemisyjne, duże i stabilne źródło energii, którego rozrost postuluje m.in. Międzyrządowy Panel ds. Zmian Klimatu) i zawęża płaszczyznę rozwoju energetycznego do zakresu rozbudowy mocy w energetyce odnawialnej (OZE) oraz gazowej. Innymi słowy mówiąc, kraje chcące naśladować Niemców i ich energotransformację będą musiały inwestować w potężny park źródeł odnawialnych wspieranych równie dużym segmentem energetyki gazowej – współcześnie OZE nie są bowiem w stanie zagwarantować nieprzerwanych dostaw energii, gdyż pracują w sposób niekontrolowany, całkowicie zależny od warunków zewnętrznych, a technologia magazynów energii nie jest rozwinięta w stopniu pozwalającym na zbilansowanie źródeł odnawialnych.

Kopalnia odkrywkowa

Niemieckie zasoby

Taka sytuacja jest Niemcom na rękę – to oni bowiem dysponują zapleczem firm wyspecjalizowanych w produkcji i instalacji odnawialnych źródeł energii. Na terenie RFN działa też całkiem sporo urządzeń (głównie w energetyce wiatrowej), które mogą trafić na eksport jako jednostki używane, choć dalej sprawne. Jednakże co najważniejsze – Niemcy stają się obecnie potężnym kontynentalnym hubem gazowym, który będzie w stanie zaspokajać potrzeby krajów Europy na błękitne paliwo. Wszystko dzięki gazociągom Nord Stream i Nord Stream 2, podbałtyckim owocom współpracy Berlina i Moskwy. Patrząc na historię tych dwóch projektów można wręcz odnieść wrażenie, że Niemcy zapatrzyli się w rosyjskie metody grania surowcami energetycznymi na płaszczyźnie międzynarodowej – RFN poprzez swą Energiewende i przenoszenie jej na grunt europejski buduje przecież rynki zbytu dla towaru, którego już teraz ma nadmiar (Niemcy eksportują rocznie ok. 30 mld m3 gazu; to mniej więcej dwa razy więcej, niż wynosi roczne zapotrzebowanie Polski na to paliwo). Jeśli kraje ościenne podążą niemiecką drogą transformacji energetycznej będą potrzebować przecież ogromnych ilości surowca gazowego. Kupując je od Niemców wzmocnią tym samym Berlin i gospodarczo, i politycznie.

WIatraki

Rzeczywiste gesty

Wbrew pozorom, makiaweliczne oblicze Energiewende wcale nie jest głęboko skrywaną tajemnicą – postulat rozprzestrzenienia niemieckiej wizji transformacji energetycznej zapisany został w umowie koalicyjnej rządzących obecnie RFN chadeków i socjaldemokratów. W dokumencie tym przeczytać można, że „osadzenie Energiewende w kontekście europejskim otwiera szansę na zmniejszenie kosztów i wykorzystanie efektu synergii”. Wpływ Energiewende na Europę został szerzej opisany w książce autora niniejszego artykułu „Energiewende. Nowe niemieckie imperium”.

Podsumowując: niemiecka transformacja energetyczna udaje proklimatyczny gest państwa i społeczeństwa, które troszczą się o przyszłość planety. W rzeczywistości jest to jednak partykularny program osiągnięcia wymiernych korzyści gospodarczych i politycznych. Jakby to powiedział Machiavelli: „nie jest przeto koniecznym, by książę posiadał wszystkie owe zalety, które wskazałem, lecz jest bardzo potrzebnym, aby wydawało się, że je posiada”.

Polskie elity polityczne, zdając sobie sprawę z rzeczywistych celów Energiewende, mogą wykorzystać niemieckie doświadczenia na tym polu i… zaprojektować własną, polską Energiewende, czyli taką transformację energetyczną, która wymiernie wesprze interesy polityczne i gospodarcze Polski.

Energia z atomu

Na czym oprzeć polską Energiewende? Jako część rozwiązania jawi się tu energetyka jądrowa.

Kluczowym problemem przy inwestycjach w atom są początkowe nakłady kapitałowe, które przewyższają koszty budowy innych elektrowni. Z tą kwestią boryka się obecnie także rząd w Warszawie, Jednakże to właśnie elektrownie jądrowe – według raportów wspomnianego już wyżej Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatu – muszą zwiększyć posiadane moce, by wyhamować postępujące zmiany klimatyczne. Na tym polu Polska mogłaby wykazać się proponując, dajmy na to, System Atomowych Certyfikatów, oparty na podatku od emisji historycznych. Takie rozwiązanie pozwoliłoby zdobyć kapitał potrzebny do inwestowania w jednostki jądrowe nie tylko w Europie, ale także i na świecie, czyli m.in. w Afryce i Azji, gdzie eksplozja demograficzna i rozwój gospodarczy warunkują zapotrzebowanie na tanią energię. A tak się składa, że po wybudowaniu elektrowni jądrowej, generowany przez nią prąd należy do najtańszych. Z kolei o klimatycznych zaletach takiego rozwiązania dobrze świadczy porównanie emisyjności Niemiec i Francji. Jak się bowiem okazuje, RFN, pomimo miliardów włożonych w rozwój sektora OZE, nie jest w stanie dobić do rekordowo niskich poziomów emisji CO2, które standardowo osiągają Francuzi, dzięki swemu potężnemu parkowi ponad 50 reaktorów jądrowych.

Elektrownia jądrowa

Budowa wizerunku

Proponując takie rozwiązania Polska mogłaby skorzystać z międzynarodowych platform politycznych, do których należy (m.in. UE, NATO) oraz zagregować siłę sojuszników, którzy mają zbieżne cele w tym zakresie. Państwem takim są chociażby Stany Zjednoczone, które obecnie starają się postawić na nogi własny przemysł jądrowy.

Jednakże zanim przystąpi się do tak ambitnych zamiarów, warto doszlifować bardziej podstawowe umiejętności. Jako kluczowa jawi się tu zdolność do budowy przekazu propagandowego – Niemcy wykorzystują ją do budowy „zielonego” wizerunku Energiewende. Polska mogłaby stworzyć na ten wzór odpowiednią machinę komunikacyjną, która nie tylko wspierałaby propozycje polityczne rządu w Warszawie, ale również maskowała niedostatki polskich działań wewnętrznych. Oznaczałoby to odejście od takich działań, jak obrona górnictwa i energetyki węglowej na rzecz spójnej komunikacji, bardziej wpasowującej się w ramy debaty europejskiej, która pozwoliłaby osiągać te same cele mniejszym kosztem wizerunkowym.

Ktoś z czytelników może zapytać teraz: dlaczego autor nakłania Polaków do wspinania się po niemieckich śladach na zawrotne wyżyny hipokryzji? Czy nie stać nas na wykazanie wyższych standardów? Zarzut taki można odeprzeć fragmentem piosenki Przemysława Gintrowskiego „Machiavelli”: „W polityce bowiem, koncept ów prostaczy, czy sprawa jest słuszna, niezbyt wiele znaczy”. Skoro realia stosunków międzynarodowych sprowadzają się do chłodnej kalkulacji interesów, to – pomimo chęci – trzeba postrzegać tę sferę przez ten pryzmat. Jednakże warto w tym momencie przypomnieć, że proponując Europie i światu model transformacji, który byłby bardziej skuteczny w wyhamowywaniu zmian klimatu niż oryginalna Energiewende, Polska – poza realizacją swych interesów – spełniałaby także wymogi politycznych moralistów.


Dołącz do zespołu autorów – napisz i przedstaw się na merytoryczny.pl@gmail.com
Jakub Wiech

prawnik, dziennikarz, zastępca redaktora naczelnego serwisu Energetyka24, stypendysta James S. Denton’s Transatlantic Fellowship, autor książki „Energiewende. Nowe niemieckie imperium”.