Hongkong, port pachnący gazem łzawiącym cz. 1

Większość historii o Chinach rozpoczyna się od starego przysłowia po mandaryńsku. Tym razem jednak zaczniemy od przekleństwa i to w wersji kantońskiej. Jeżeli mieszkańcy południa Chin, czyli prowincji Guangdong i Hongkongu, chcą kogoś obrazić, mówią 屌你老母. Brzmi to podobnie do angielskiego zwrotu “delay no more” (nie opóźniaj już więcej) i oznacza dosłownie seks, którego celem ma stać się czyjaś matka. Ponieważ kantoński uwielbia językowe żarty, matki co chwila muszą wytrzymywać coś nowego. Obelgi pod ich adresem sypią się od początku czerwca i nie zanosi się, żeby szybko miały się zakończyć.

W Hongkongu od 9 czerwca trwają protesty. Poprzednie, których świat był świadkiem, przeszły do historii jako rewolucja parasoli. Polegała głównie na tym, że młodzież okupowała ulice i na chodnikach odrabiała lekcje. Było pokojowo, starcia z policją i gaz łzawiący pojawiały się sporadycznie. Parasole wytrzymały tak od końca września do grudnia 2014 roku 79 dni. Pięć lat później ten rekord został szybko pobity i 1 października, gdy Pekin świętował 70-lecie proklamowania Chińskiej Republiki Ludowej, w Hongkongu mijał 115. dzień protestu.

Miało być tak pięknie 

Zanim rozpoczął się 2019 rok, wiadomo było, że dla Chin nie będzie w nim ważniejszej daty niż właśnie 1 października. Partia chciała pokazać swoją wielkość, tym bardziej, że chiński socjalizm obchodzący 70. urodziny trwałby dłużej niż jego radziecki pierwowzór. Wielka feta na 70-lecie była zatem uzasadniona, można było wtedy chwalić się wszystkim: wyciąganiem setek milionów ludzi z ubóstwa, realizacją chińskiego snu o gospodarczej potędze oraz rozmaitymi wojskowymi innowacjami jak np. nowe pociski balistyczne. 

Kłopoty pojawiły się 15 miesięcy wcześniej. 6 lipca 2018 roku Donald Trump wprowadził pierwsze cła na chińskie towary i tym samym rozpoczęła się wojna handlowa. Amerykanie i Chińczycy prowadzili przez wiele miesięcy szereg negocjacji, ale nie udało się osiągnąć porozumienia i w maju 2019 roku rozmowy niespodziewanie załamały się po jedenastu rundach.

W grudniu 2018 roku w Kanadzie na polecenie USA aresztowano Meng Wanzhou, dyrektor finansową Huawei, prywatnie także córkę założyciela koncernu. Rozpoczęła się kolejna nagonka na Chiny. Huawei oskarżono o szpiegowanie na rzecz władz, a oferowany przez firmę sprzęt do 5G, nowego standardu łączności wykluczano z przetargów na świecie. Waszyngton wywierał coraz większą presję. Kto chciał dalej mieć Amerykanów za sojuszników, musiał ograniczać kontakty z Pekinem. 
Nic zatem dziwnego, że gdy 9 czerwca 2019 roku w Hongkongu doszło do protestu uznawanego za pierwszy w ramach obecnej rewolucji, władze zaczęły doszukiwać się obcych wpływów mających własne interesy w destabilizacji relacji miasta z Chinami. 

To ty powiedziałaś, że pokojowe marsze nie odniosą skutku

Pierwsze protesty przebiegały wyłącznie pod hasłem 反送中, czyli “nie dla ekstradycji do Chin”. Mieszkańcy wyrażali swój sprzeciw wobec projektowi nowej ustawy, w myśl której osoby podejrzane będą mogły być deportowane z Hongkongu do “większych” Chin, by tam podlegać procesom sądowym. Hongkong nie wierzy w bezstronność chińskiego wymiaru sprawiedliwości i obawia się, że takie deportacje mogą stać się środkiem uciszania sprzeciwu wobec Pekinu. Mówiono 送羊入虎口, że to tak, jakby niewinne jagnię wkładać do paszczy tygrysa. Tym samym narażać bezbronny wobec Chin Hongkong na ogromne niebezpieczeństwo.

Powodem do napisania ustawy o ekstradycji na nowo stała się sprawa młodego studenta z Hongkongu, Chan Tong-kaia, który w połowie lutego 2018 roku zamordował na Tajwanie swoją dziewczynę. Ciało ofiary znaleziono na przedmieściach Tajpej 13 marca 2018 roku. Chan był już wtedy w Hongkongu, skąd nie można go było wysłać przed tajwański sąd. Od tamtej pory rozpoczął się żmudny proces budowania poparcia dla zmian w prawie. Petycja nawołująca do uregulowania statusu Hongkongu odnośnie ekstradycji z Tajwanem i przy okazji z Chinami kontynentalnymi zebrała ponad 800 tys. podpisów, ale to milion osób 9 czerwca na ulicach pokazał prawdziwą siłę społecznego sprzeciwu.

Przez dwa tygodnie cenzurowano wiadomości i o tym, że ulicami Hongkongu manifestowano przeciwko władzy w większych Chinach nie można było się dowiedzieć. Sytuacja szybko jednak eskalowała i pokojowe marsze zmieniały swój charakter.

Tydzień po pierwszym marszu, 16 czerwca przez Hongkong przeszły już dwa miliony osób. Przynajmniej tak twierdzili organizatorzy z CHRF (Civil Human Rights Front). Policja szacowała liczebność odpowiednio na 240 tys. (9 czerwca) i 380 tys. (16 czerwca). Protesty nabierały tempa, policja użyła w ciągu jednego dnia (12 czerwca) dużo więcej gazu łzawiącego i gumowych kul niż przez cały czas trwania rewolucji w 2014 roku. Pojawiły się oskarżenia o nieuzasadnioną brutalność pod adresem funkcjonariuszy. Gubernator miasta, pani Carrie Lam Cheng Yuet-ngor zaapelowała o rozsądek, mówiła, że sama jako matka nie jest w stanie spełniać każdej zachcianki swoich synów. Nagrano jednego z policjantów jak krzyczy do reportera 記你老母, dosłownie “dziennikarz swoją matkę” (wym. gejnej lołmo) wykorzystując jako bazę wspominane popularne przekleństwo. Kolejne protesty odbywały się w obronie dzieci przed brutalnością policji i wypieraniem się takiej matki jak gubernator Lam Cheng.

Żeby rozumieć tempo rozwoju wydarzeń, cały czas trzeba było mieć przed oczami kalendarz. 12 czerwca protestujący uniemożliwili parlamentarzystom dostanie się do siedziby władz i tym samym nie odbyła się kolejna debata nad kontrowersyjną nowelizacją. Pod koniec czerwca, trzy tygodnie po marszu numer jeden w japońskiej Osace przywódcy G20, w tym przewodniczący Xi Jinping, mieli dyskutować o przyszłości świata. Mieszkańcy Hongkongu zebrali pieniądze za pośrednictwem crowdsourcingu i opublikowali na łamach największych zagranicznych dzienników apel do polityków, żeby wstawili się za nimi w rozmowach z Xi. Chiny puściły te apele mimo uszu, dlatego niedługo później, gdy 1 lipca mijała kolejna rocznica przekazania miasta, demonstranci zdecydowali się na zmianę taktyki. 22 lata po pożegnaniu z Londynem przypuszczono szturm na siedzibę lokalnych władz i zdemolowano tzw. LegCo, hongkońską legislatywę. Wybito szyby, zamalowano chińskie godło czarną farbą, a na ścianach parlamentu pozostawiono wiadomość dla pani gubernator: “To ty powiedziałaś nam, że pokojowe marsze nie odniosą skutku”.

Biali biją czarnych

Potem było już tylko gorzej. Kolejne tygodnie protestów przynosiły coraz więcej wyrywanych fragmentów chodnika, którymi rzucano w policję. Znaki drogowe, deski do prasowania, klapy od toalet a nawet deskorolki przerabiano na tarcze. Z każdym dniem skuteczniej uczono się unieszkodliwiać ładunki z gazem łzawiącym. Demonstrant z 2019 roku nie przypominał już swojego kolegi sprzed pięciu lat. Twarze szczelnie zasłaniały nowoczesne maski przeciwgazowe kosztujące ok. 100 dolarów za sztukę. Kolana i łokcie chroniły osłony wykorzystywane w sportach ekstremalnych. Na głowach pojawiły się kaski, przeważnie w żółtym kolorze, które szybko urosły do rangi symbolu protestu. Demonstracje zmieniły także całkowicie swój charakter. Z pokojowych protestów okupacyjnych, statycznych i długotrwałych, podczas których nie działo się nic i nawet nie trzeba było się mierzyć z policjantami wzrokiem, uczestnicy zaczęli błyskawicznie przemieszczać się po mieście organizując kolejne działania na bieżąco za pośrednictwem internetu (głównie komunikatora Telegram i forum LIHKG). Szukano zwady z policją, szybko budowano barykady w jednym miejscu, by przed przybyciem oddziałów przenieść się już gdzieś indziej. 

21 lipca doszło do kolejnego zwrotu akcji. Późnym wieczorem, po zakończeniu kolejnego weekendu protestów, na stacji metra Yuen Long pojawiły się uzbrojone w kije bojówki ubranych na biało mężczyzn. Grupy atakowały wracających do domów uczestników demonstracji. Nieznanych napastników szybko skojarzono z triadami, lokalnymi gangami. Policja nie interweniowała, co spotkało się z ogromną krytyką mieszkańców miasta. 
“Biali” bili “czarnych” – czarne ubrania stały się od początku wyróżnikiem protestujących – jeszcze kilka razy w innych punktach miasta. Za każdym razem funkcjonariusze pozostawali bierni, przyjeżdżali na miejsce za późno albo bagatelizowali zgłoszenia o atakach. 

Rewolucja naszych czasów 

Epizod z bojówkami wprowadził kolejne hasło protestów: 五大诉求, 缺一不可, “pięć głównych żądań, ani jednego mniej”. Walczono już teraz nie tylko o całkowite wycofanie projektu nowelizacji z obrad (撤恶法), ale także o rezygnację z oskarżeń wobec dotychczas aresztowanych przez policję (销控罪), nienazywanie ich buntem (非暴动), niezależne dochodzenie w sprawie przypadków policyjnej brutalności (查警暴) oraz o wprowadzenie powszechnych wyborów (真普选). Za udział w buncie groziło nawet do 10 lat więzienia, a kary siedmiu lat wymierzano już uczestnikom zamieszek z 2016 roku. Dla młodych w większości ludzi oznaczało to przekreślenie szans na normalne życie. 

Wydarzenia z początku 2016 roku wróciły także podczas obecnych protestów. Dwa lata po czasie parasoli, gdy wiadomo było, że tamten protest nie przyniósł żadnego przełomu, w dzielnicy Mong Kok doszło do starć z policją. Noc z 8 na 9 lutego, ówczesny chiński nowy rok, nazwano rewolucją rybnych klopsików (魚蛋革命). Prodemokratyczni aktywiści bronili lokalnych sprzedawców ulicznego jedzenia, których od kilkunastu miesięcy z rynku chciała usunąć policja i tamtejszy Sanepid. Chiński nowy rok był szansą na dobre zarobki, a zakaz handlu traktowano jako ograniczenie wolności. Twarzą ruchu został Edward Leung Tin-kei, który trzy tygodnie później uzyskał dobry wynik podczas wyborów uzupełniających do Legislatywy w swoim okręgu. Nie zdobył mandatu, sam niedługo później trafił do więzienia, ale hasło jego kampanii: 光復香港, 時代革命, czyli “odzyskać Hongkong, rewolucja naszych czasów” (wym. głonfa hłenkon, sidoj gapmin) zostało zapamiętane. 

“Odzyskanie” Hongkongu, 光復 oznacza dosłownie “światło powraca”. Wyrażenie opisuje wyrwanie narodu ze szpon ciemności czy niegodziwych władców. Na przestrzeni wieków w Chinach zmieniały się dynastie, a cesarzy można było pozbawiać władzy, jeżeli tracili tzw. mandat niebios, pozwolenie na rządy. Szczególnie końcowe 150 lat ostatniej dynastii Qing upłynęło pod znakiem wielu rebelii. Powstania o głównie chłopskim charakterze wybuchały w wielu miejscach. Chciano obalić Qingów jako obcych najeźdźców z Mandżurii i przywrócić prawdziwie chińskiego cesarza na wzór Zhu Yuanzhanga, założyciela Ming, ostatniej dynastii uważanej za rdzennie chińską.