Inflacja nie taka straszna

Wzrost cen nie jest niczym niezwykłym w okresie szybkiego rozwoju gospodarczego. Lepiej mieć inflację i dobrą koniunkturę niż deflację z recesją.

W ostatnim czasie inflacja jest odmieniana przez wszystkie przypadki i stała się wręcz najpopularniejszym wskaźnikiem gospodarczym, tak jakby najpełniej tłumaczyła ona aktualną rzeczywistość ekonomiczną. Przeróżne portale gospodarcze, i nie tylko, na wyścigi informują o każdym wzroście cen pietruszki, jajek czy masła, a odczyty GUS w tej sprawie podają w tonie „łamiących wiadomości”. Inflacja ma pożerać nie tylko wzrost płac, ale też uruchomione w ostatnim czasie świadczenia socjalne, które rzekomo w całości idą na pokrycie wyższych opłat i innego rodzaju kosztów. Prawda jest jednak taka, że obecne wzrosty cen nie są niczym nadzwyczajnym przy obecnym poziomie wzrostu gospodarczego, a nawet więcej, przez ostatnie kilka lat wzrost cen w Polsce był zadziwiająco niski.

Deflacja w pakiecie z recesją

            Umiarkowanie wysoka inflacja, tzn. na poziomie 3-5 procent, to wbrew pozorom zjawisko świadczące zazwyczaj nie o problemach gospodarczych, lecz o koniunkturze. Deflacja (spadek cen) lub inflacja na poziomie bliskim zeru to zaś zjawiska towarzyszące zwykle kryzysom lub stagnacji gospodarczej. Gdyby się nad tym zastanowić, jest to zupełnie oczywiste. Koniunkturze towarzyszy po pierwsze wzrost płac, który musi się przekładać w jakiś sposób na wzrost cen – wszak płace to część kosztów wytworzenia produktu lub usługi. Po drugie koniunkturze towarzyszy zwiększony popyt, który bierze się zarówno ze wzrostu płac, jak i wzrostu zatrudnienia. Sprzedawcy mają więc pewne pole do podwyższania cen, a co za tym idzie swoich zysków, bez ryzyka, że klienci nagle odpłyną.

Działające według podobnej logiki mechanizmy sprawiają, że deflacja idzie w parze z recesją gospodarczą. Podczas kryzysu ludzie tracą pracę, przez co spada popyt wewnętrzny. Pracownicy niejednokrotnie godzą się na ograniczenie płac, byle tylko zachować miejsca pracy. Koszty produkcji nie rosną, a czasem wręcz spadają, nie ma więc powodu do wzrostu cen. Przy zmniejszonym popycie sprzedawcy zaczynają konkurować o coraz mniejszą ilość klientów, więc niejednokrotnie decydują się na obniżki cen. Co gorsza, deflacja jest mechanizmem samonapędzającym się – klienci wolą przełożyć większe zakupy, np. sprzętu elektronicznego lub samochodów, by kupić je za nieco mniejszą cenę. Poza tym podczas deflacji trzymanie pieniędzy na koncie jest bardziej opłacalne, gdyż ich realna wartość rośnie. Z tego powodu niektóre kraje wychodziły z deflacji latami. W gospodarce rynkowej, w której ceny są uwolnione, trudniej jest zwalczyć uporczywą deflację niż inflację.

Jest wzrost, jest inflacja

W dwóch poprzednich latach Polska była jednym z najszybciej rozwijających się krajów UE. Według Eurostatu, w 2017 roku osiągnęliśmy wzrost PKB na poziomie 4,9 proc., a w 2018 r. nawet 5,1 proc. Mimo to polska inflacja była zadziwiająco niska, za każdym razem osiągając poziom niższy niż średnia UE. W 2017 r. inflacja nad Wisłą wyniosła 1,6 proc., a w 2018 r. 1,2 proc. Obok Polski, najszybciej rozwijającymi się krajami były Węgry i Rumunia, w których wzrost był niemal identyczny z polskim. Jednak inflacja była tam znacznie wyższa. Na Węgrzech wyniosła ona 2,4 proc. i 2,9 proc. Co prawda w Rumunii w 2017 roku wzrost cen osiągnął poziom tylko 1,1 procenta, jednak już rok później inflacja sięgnęła tam czterech procent.

Faktem jest, że w tym roku wzrost polskich cen przyspieszył. Jednak wciąż znajduje się na poziomie znacznie niższym, niż wskazywałby na to wzrost gospodarczy. Według Eurostatu, w październiku inflacja nad Wisłą wyniosła 2,3 proc., przy średniej UE 1,1 proc. Nasz wzrost cen był więc nieco ponad dwa razy wyższy. Najwyższą inflację zanotowały Węgry (3 proc.) i Rumunia (3,2 proc.). Jednak polski wzrost PKB w III kwartale wyniósł 4 proc., przy średniej UE 1,3 – więc nasz wzrost był ponad trzykrotnie wyższy. Pod względem wzrostu PKB Polska jest obecnie na drugim miejscu w UE, za Węgrami, a przed Bułgarią i Rumunią, za to pod względem wzrostu cen dopiero na szóstym miejscu.

W jakich krajach inflacja była najniższa? Między innymi w Grecji, Hiszpanii, Portugalii i Włoszech – we wszystkich była minimalnie powyżej lub poniżej zera. A więc w krajach, które wychodzą właśnie z ciężkiej stagnacji lub, jak Włochy, wciąż się w niej znajdują.

Tutaj warto też przypomnieć, że wzrost PKB jest podawany w ujęciu realnym, a więc z uwzględnieniem już inflacji. Hipotetycznie więc, jeśli kraj uzyskuje 5 proc. wzrostu PKB przy 7 proc. inflacji, to nie oznacza to, że realnie zbiedniał o 2 proc. Wciąż oznacza to, że rozwinął się o 5 procent, gdyż siedmioprocentowa inflacja została już uwzględniona odczycie, zmniejszając odpowiednio końcowy wskaźnik.

Pensje wciąż na plusie

Wiemy już, że polski wzrost cen wciąż jest na całkiem niskim poziomie, zważywszy na szybki rozwój gospodarczy. Jednak za PKB ludzie niczego w sklepach nie kupią, warto więc sprawdzić, jak się polski wzrost cen ma do nadwiślańskich płac. Według GUS, w październiku tego roku ceny wzrosły o 2,5 proc. (a więc minimalnie więcej, niż podaje Eurostat). Jednak płace w październiku wzrosły o 6 procent – oczywiście rok do roku. Tak więc pensje rosną w Polsce prawie 2,5 razy szybciej niż ceny. Oczywiście ktoś mógłby zauważyć, że to średnie wynagrodzenia, a więc nie każdy miał tyle szczęścia, by uzyskać 6-procentową podwyżkę. Jednak inflacja to też jest średnia, tylko że ważona. I nie każdy produkt zdrożał w ostatnim czasie. Nikt nie wydaje wszystkich pieniędzy tylko na te produkty, które akurat zdrożały.

Do obliczania inflacji GUS tworzy odpowiedni koszyk cenowy, odpowiadający wydatkom przeciętnego gospodarstwa domowego. Grupuje on poszczególne produkty w 12 kategoriach – między innymi żywność, odzież, energia, transport, zdrowie. Każda kategoria ma inny wpływ na ogólną inflację – czyli inną „wagę” w koszyku – odpowiadając temu, jak dużą część budżetu wydaje na nie statystyczne gospodarstwo domowe. Tak więc żywność odpowiada za 25 procent koszyka, energia i utrzymanie mieszkania za 19 proc., a wydatki na transport 10 proc. Następnie bada się wzrost cen produktów z każdego koszyka i przekłada to na ogólny wzrost cen zależnie od wagi każdej z kategorii. W ten sposób powstaje wskaźnik, który pokazuje, o ile więcej (lub czasem mniej) przeciętne gospodarstwo domowe wydaje na niezbędne dobra i usługi. Dlatego właśnie wzrost cen masła i pietruszki nawet o kilkaset procent nie podwyższy drastycznie inflacji – bo nikt nie wydaje całego swojego budżetu tylko na masło i pietruszkę.

Jak to wygląda w dłuższym terminie? Obliczany w podobny sposób, co wyżej opisano, zharmonizowany wskaźnik cen konsumpcyjnych wzrósł od października 2016 roku o 5,5 procenta. Jednak przeciętne wynagrodzenie wzrosło w tym czasie o 22 procent – w ostatnich kilku latach wzrost płac zdecydowanie przewyższa wzrost cen.

Na koniec warto rozwiać jeszcze jeden mit związany z cenami. Często się słyszy, że polskie ceny są na podobnym poziomie co np. w Niemczech. Niedawno sieć podbijał mem, według którego w Europie Środkowej ceny są zachodnie, a pensje jak w Azji Centralnej. Do porównywania cen służy wskaźnik „comparative price level”, dla krajów UE publikowany przez Eurostat. Według niego w 2018 roku polskie ceny wyniosły 57 procent średnich cen unijnych. Taniej niż w Polsce jest jedynie w Rumunii i Bułgarii. Ceny w Niemczech wynoszą 104 proc. cen unijnych, a więc koszty życia są tam prawie dwukrotnie wyższe niż w Polsce.

Załamywanie rąk nad wzrostem cen w Polsce jest więc zupełnie nieuprawnione. Wzrost płac nad Wisłą obecnie nie tylko nie jest zjadany przez inflację, ale wręcz przebija ją ze sporą nawiązką. Obecny wzrost cen jest zupełnie normalny przy szybkim wzroście PKB, jakiego w ostatnim czasie doświadcza Polska – w innych szybko rozwijających się krajach UE inflacja jest jeszcze wyższa. Zdecydowanie lepiej mieć inflację i koniunkturę, niż brak inflacji i stagnację.

Piotr Wójcik

Publicysta ekonomiczny. Współpracuje z „Nowym Obywatelem”, "Krytyką Polityczną'„Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.