Ekologia jako god-term

Burza medialna po słowach arcybiskupa Marka Jędraszewskiego na temat “manifestu” Grety Thunberg to jedynie kolejny przykład na to, jak ogromne znaczenie mają w demokratycznym dyskursie emocje. I jak łatwo tymi emocjami manipulować.

Retoryka boskich pojęć

Rozróżnienie na god-terms i devil-terms pochodzi od Richarda Weavera (1953), konserwatywnego filozofa amerykańskiego. Dotyczy ono ładunku aksjologicznego, jaki nadawany jest słowom w debacie publicznej. God-terms to słowa o ładunku jednoznacznie pozytywnym, natomiast devil-terms, jak łatwo się domyślić, to pojęcia jednoznacznie negatywne. Wykreowanie takich pojęć, pisze Weaver, jest potężną bronią retoryczną, gdyż pozwala pomijać merytoryczny aspekt wywodu i manipulować emocjami słuchaczy.

Przykładami devil-terms są w dzisiejszym dyskursie słowa takie jak “faszyzm”, “nacjonalizm”, “rasizm”, “homofobia”. Politycy i publicyści chętnie korzystają z arsenału “diabelskich pojęć”, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że ich siłą nie jest wcale fakt, że dane zjawisko faktycznie jest złe, ale to, że źle się kojarzy. Innymi słowy wystarczy użycie słowa-klucza jako łatki, a nikt nie będzie się zastanawiał nad tym, czy jest to użycie poprawne.

God-terms działają na podobnej zasadzie. Przykładami takich “boskich pojęć” są współcześnie “demokracja”, “postęp”, “wolność”. Jakiekolwiek negatywne – lub niedostatecznie pozytywne – odniesienie się do któregokolwiek z god-terms jest gwarancją, że winny temu polityk lub publicysta zostanie wyklęty. Chociażby dlatego liberalni publicyści po kolejnej porażce opcji liberalnej w demokratycznych wyborach nie mówią o tym, że zawodzi demokracja jako taka, ale “demokracja niedojrzała”, atakowana przez “populistów” lub “rosyjskich hakerów”.

Czy ekologia jest antychrześcijańska?

Do arsenału god-terms dołączyła całkiem niedawno “ekologia”. To, co jest ekologiczne (lub pro-ekologiczne) jest z gruntu dobre. To, co jest nieekologiczne – do szpiku kości złe. Odbija się to zwłaszcza na podejściu do wszelkiego rodzaju ruchów ekologicznych – jeżeli ktoś nazywa się ekologiem, to przecież każdy, kto jest przeciwko niemu, jest przeciwko ekologii par excellence!

Tak właśnie “opinia publiczna” przez ostatnie kilka dni postrzega arcybiskupa Jędraszewskiego, który w wywiadzie dla Telewizji Republika powiedział kilka rzeczy jednoznacznie krytycznych wobec modnego tematu “protestów klimatycznych”. Skoro arcybiskup nie lubi ekologii, to zapewne jest za tym, aby śmiecić w lesie, palić gumowcami w piecach i wylewać ścieki do rzek. To nie przesada – to parafraza wypowiedzi w mediach społecznościowych i komentarzy pod artykułami relacjonującymi wypowiedź duchownego.

Oczywiście arcybiskup nie powiedział żadnej z tych rzeczy. Co więcej – wyraźnie zaznaczył, że obecna sytuacja jest wynikiem tego, że człowiek niewłaściwie dla własnych celów wykorzystywał przyrodę. Nie jest to zresztą zaskakujące: krytyka nadmiernej eksploatacji przyrody do celów ekonomicznych powtarzana jest explicite w Społecznym Nauczaniu Kościoła przynajmniej od lat siedemdziesiątych. Już w swojej pierwszej encyklice, Redemptor hominis (1979), Jan Paweł II pisał: “Ów stan zagrożenia człowieka ze strony wytworów samego człowieka ma różne kierunki i różne stopnie nasilenia. Zdaje się, że jesteśmy coraz bardziej świadomi, iż eksploatacja ziemi, planety, na której żyjemy, domaga się jakiegoś racjonalnego i uczciwego planowania. Równocześnie eksploatacja ta dla celów nie tylko przemysłowych, ale także militarnych, niekontrolowany wszechstronnym i autentycznie humanistycznym planem rozwój techniki, niosą z sobą często zagrożenie naturalnego środowiska człowieka, alienuje go w stosunku do przyrody, odrywa od niej”. Poszanowanie dla natury jako dzieła Bożego wypływa natomiast implicite z całej filozofii stanowiącej podbudowę teologii chrześcijańskiej. Arcybiskup Jędraszewski powiedział to zresztą dosłownie.

Religia ekologii nie potrzebuje innej religii

W czym więc leży problem? Otóż we współczesnym ekologizmie nie chodzi o to, aby być ekologicznym – chodzi o to, żeby być ekologicznym we właściwym sensie. A we właściwym sensie ekologicznym można być tylko wówczas, gdy bezkrytycznie przyjmuje się pozytywny wydźwięk działalności ruchów ekologicznych i wszystkiego, co ruchy te głoszą.

Narracja “ekologiczna” nie jest tymczasem niewinną próbą uczynienia świata lepszym, przekonania ludzi, żeby zastanowili się nad swoimi wyborami konsumpcyjnymi, produkowali mniej śmieci i w mniejszym stopniu zanieczyszczali środowisko. To całościowy system ideologiczny, którego luminarze mogą włączać w jego obszar takie elementy, jakie im wydają się najbardziej odpowiednie. “Manifest” Grety Thunberg, w kontekście którego (między innymi) padła wypowiedź arcybiskupa Jędraszewskiego, jest tego przykładem: obwinianie za kryzys klimatyczny “patriarchalizmu” i “rasizmu” jest absurdalne, ale niezmiernie wygodne dla liberalnych mediów i finansowych elit, które na “walce” z kryzysem klimatycznym generują zyski nie mniejsze, niż generowane wcześniej na jego wywołaniu. Dla tych środowisk każda nieortodoksyjna ekologia stanowi zagrożenie.