Bardzo dziki kraj

Od kilku lat praktycznie nie oglądam telewizji. Zdarza mi się to niezmiernie rzadko i zwykle prowadzi do smutnego wniosku, że “coś się popsuło”. Ostatni raz odpaliłem TV w wieczór wyborczy. Konkretnie: TVP Info. Trafiłem standardowo na gadające głowy komentujące ogromny sukces partii rządzącej. Nagle rozmowa została przerwana, aby przyjrzeć się szczegółom badania exit poll. Jak głosowano na wsi? PiS wygrywa z miażdżącą przewagą. Infografikom towarzyszy obowiązkowy komentarz: ludzie na wsi zaufali partii i wiedzą, że można na nią liczyć. PSL już nie broni ich interesów tak jak PiS.

Komentarz musi być. Bez tego widzowie nie rozszyfrowaliby rzeczywistości. Trzeba im to jasno powiedzieć. Pamiętam jak jeszcze w czasach medialnej dominacji Ryszarda Petru, w “Wiadomościach” cytowano jego wypowiedzi z komentarzem, że są głupie. Tak, jakby nie można było tego ocenić samemu. Oczywiście wspomniane wyniki dotyczące wyników na wsi nie zostały porównane z wynikami w mieście. A komu to potrzebne? A dlaczego?

Oczywiście problem ten nie dotyczy tylko TVP. Z podobną wybiórczością spotkamy się również w innych mediach. Najważniejsze jest przecież by za wszelką cenę poprzeć własne tezy. Po trupach do celu. Choćby oznaczało to przeprowadzenie wywiadu ze zmarłym…

Własna ocena nie jest pożądanym zjawiskiem w dzisiejszych czasach. Jest to odwrotność tego, o czym pisał Zbigniew Herbert w “Raporcie z oblężonego Miasta”: unikam komentarzy emocje trzymam w karbach piszę o faktach / podobno tylko one cenione są na obcych rynkach. Cóż, na obcych i rodzimych rynkach cenione są jasne, ideologiczne przekazy, czerń i biel, bez żadnych odcieni szarości.

Oczywiście zdarzają się wyjątki i to one najbardziej zapadają w pamięć, pozostawiając odbiorcę z garścią własnych przemyśleń. Należy do nich “Wild wild country” (Bardzo dziki kraj), dokumentalny serial Netflixa z 2018 roku.

Już sam zwiastun jest intrygujący. Klimat trochę jak z “Narcosa”, choć to zupełnie inna historia. Zamiast kartelu z Medellín mamy sektę, która w latach 80-tych XX wieku wykupuje pustkowie w Oregonie i ogromnym wysiłkiem, w krótkim czasie tworzy tam spory ośrodek.

Netflix zrobił bardzo dobry serial. Świadczyć o tym może fakt, że całość obejrzałem w ciągu 24 godzin. Z 6 odcinków żaden ani przez chwilę się nie dłużył. Idealnie poprowadzona narracja. Większość scen to archiwalne nagrania. Są one przeplatane wypowiedziami osób z pierwszej linii frontu z obu stron barykady. Jest to bowiem historia o konflikcie konserwatywnych mieszkańców Oregonu z niepożądanymi sąsiadami. Film zdaje się być pozbawiony oceny. Każdy może wyrobić ją sobie sam na podstawie podanych faktów.

Dla mnie “Wild Wild Country” jest potwierdzeniem przekonania, że brak zasad moralnych to droga donikąd. Nawet jeśli towarzyszą jej piękne hasła. Wolność, miłość, pokój i róbta co chceta – oto idea Osho, znanego też jako Bhagwan Shree Rajneesh. Guru uważał, że wolność jest wartością najwyższą, w imię której należy m.in. zlikwidować małżeństwo i instytucję rodziny. Rozwiązłość seksualna w jego “filozofii” to fundament, a dzieci powinna wychowywać komuna, nie rodzice. Kto ma żonę/męża powinien się rozwieść. Nie ma innej drogi do stworzenia “nowego człowieka”. Tak powiedział Bhagwan. A wyznawcy go słuchali.

Mapa wpływów “radżniszan” na świecie. Pojawiła się na sekundę w 4 odcinku. Mnie zaintrygowała nazwa niemieckiej filii.

Najciekawsze jest to, że nie było ich mało. Trwa to zresztą do dziś. W samym Nepalu w 2008 roku (czyli 18 lat po jego śmierci) działało 60 “radżniszańskich” ośrodków z 45 tysiącami “uczniów”. Co by nie mówić, ale Osho był szurem z niewiarygodnie skutecznym marketingiem. To tak jakby Sanjayi, “Królowi Lehji”, udało się zebrać kilkanaście tysięcy zwolenników wokół idei płaskiej Ziemi. I to nie jakichś Kowalskich czy Nowaków, ale ludzi ze świecznika. Jest to fascynujące i przerażające zarazem.

Przerażające jest również to, do czego może doprowadzić brak norm moralnych. Nie bez przyczyny “Wild Wild Country” skojarzył mi się “Narcosem”. Oczywiście punktem wyjścia była forma i użycie materiałów archiwalnych nagrywanych domowymi kamerami. Oglądając serial dostrzegłem jednak wiele innych podobieństw: rozmach, niewyobrażalne bogactwo i… bezwzględność. W “Narcosie” możemy zaobserwować jak dobry chłopak Limón zamienia się w mordercę. W “Wild Wild Country” wyznawcy Bhagwana z tańczących pacyfistów zamieniają się w fanatyków z bronią automatyczną. Gotowi są zabić, byle tylko osiągnąć cel. Ot, wolność, miłość i pokój. Ale okazuje się, że to droga donikąd, a na końcu i tak triumfuje amerykański wymiar sprawiedliwości. Przynajmniej pozornie, bo tak naprawdę “Wild Wild Country” to serial o kryzysie wartości, który pogłębia się z każdą dekadą, a którego żaden wyrok sądu nie rozwiąże. Ale to już jest moja ocena, bo produkcja Netflixa robi coś, czego brakuje w polskich mediach – pozostawia interpretacje faktów samemu widzowi.