Duchologia, czyli inaczej o historii polskiej transformacji

Antropolożka Olga Drenda opowiada m.in o fascynacji kulturą codzienności przełomu lat 80. i 90. Przenosimy się zatem do świata kaset video, niepokojących czołówek programów TV, gumy Turbo i muzyki disco polo.


Cóż to jest budynek typu potężny chrabąszcz? Pisała mi Pani o nim smsie, zanim się spotkałyśmy.


Warto zacząć od tego, że to wyrażenie wzięło się z memu. Pierwotnie to była niepochlebna opinia wyrażona na temat, zdaje się, lokalu z kebabem, gdzie miał chodzić właśnie potężny chrabąszcz. I ktoś temu niezadowolonemu klientowi odpisał ,,Jedynym chrabąszczem w tym lokalu jestem ja!”

A wracając do architektury, plomby projektu pana Jarząbka wyglądają jak skorupiaki! Mają nawet nóżki przy balkonach – są jak skorupiaki widziane od strony podwozia. Dlatego bardzo lubię architekturę lat 90. Lubię też architekturę wrocławską, dlatego zanim się z panią spotkałam, musiałam sprawdzić, jak się miewa.


Zatem przejdźmy do rzeczy. Czym jest duchologia? Czy ma to cokolwiek wspólnego ze spirytyzmem?


Są takie zabawne nieporozumienia na tym tle – czasem księgarnie wrzucają moją książkę do działu Wiedza Tajemna. Wyjaśniam jednak, że jest to zwyczajna gra słów. Celowo niedokładnie przetłumaczyłam termin hauntology. Ten do filozofii przedostał się do przede wszystkim z dziennikarstwa i krytyki muzycznej – określał klimat nagrań, które przywołują coś nostalgicznego, dzięki użyciu technologii syntezatorów czy efektów symulujących brzmienie lat 70. i 80. z drugiej strony jest w nich też coś niepokojącego. Pisali o tym m.in Mark Fisher czy Simon Reynolds. Potem to pojęcie przeniosło się do pisania o kulturze w ogóle. Ja trochę na zasadzie żartu – który zaczął być coraz bardziej poważny, aż w końcu stał się moją pracą – zaczęłam tworzyć polski odpowiednik. Okazuje się, że wiele wspomnień z życia codziennego okresu transformacji jest zamazanych. Pod kątem ekonomicznym i politycznym ten okres jest dobrze przebadany, a o życiu codziennym wiemy niewiele, same proste opowieści.

 
Ten okres w szkołach wykładany jest raczej z perspektywy wielkiej historii. Duchologia skupia się zatem na rzeczach błahych, ale w sumie meblujących naszą rzeczywistość.


Obecność kaset VHS i telewizji satelitarnej też zazębiała się z wielką polityką – to nie były przedmioty, które można było dostać ot tak – były przecież procedury reglamentacji, ale na targi i bazarki przymykano oko. Dostarczały produkty życia codziennego, których w latach 80. nie było, bo gospodarka nie wyrabiała z ich dostarczaniem. Za to przedsiębiorstwa półprywatne, spółdzielnie, firmy polonijne, piractwo kasetowe – wszystko wręcz kwitło, można było kupić filmy ,,z bagażnika” – sąsiad zgrywał od sąsiada i jakoś to działało, to była gospodarka równoległa. 

Czy opisywanie okresu transformacji bez doświadczenia go, bo po prostu się w nim nie żyło, pomaga czy przeszkadza w zachowaniu obiektywizmu?


Ja jestem w tym szczęśliwym położeniu, że pamiętam ten okres troszeczkę, tak w sam raz by mieć wrażenia, ale nie na tyle, by mieć osąd. W 1989 roku miałam pięć lat, więc nie mogłam wtedy za bardzo wyrobić sobie opinii. Ale interesowało mnie wtedy wszystko –  prasa, babcine gazety, telewizja, uprawiałam wtedy potężny przemiał informacji. Teraz bardzo zainteresowało mnie to, że grono moich rówieśników pamięta czołówki neutralnych programów (tj. naukowy Kwant czy Panoramę) jako…straszne – a to ze względu na typ ścieżki dźwiękowej oraz na odbiorniki telewizyjne, mające odbarwienia, powidoki, zakłócenia sygnału, które mogą wpływać na kształt naszych wspomnień.


Czołówki Panoramy czy Wiadomości z tamtego okresu stylistyką wahają się między kiczem a powagą…


Tak, w nich często używano np. kosmicznych efektów dźwiękowych! To jest ciekawe zjawisko. Np. wytwórnia Gad Records zajmuje się wydawaniem reedycji starych ścieżek dźwiękowych filmów, ale również programów telewizyjnych, m.in Sondy. To produkcja użytkowa, obecnie mamy nią spore zainteresowanie – ale nie traktuje się jej jako tło, tzw. library music, ale jako muzykę do słuchania.


Wciąż powracająca moda na klimaty retro teraz skupia się na latach 80. i 90. Kogo i co można by uznać za wyróżniki tamtych czasów?


Zacznę od tego, że tutaj kryje się pewne niebezpieczeństwo. Bardziej przebojowa i silna opowieść wypiera tę faktyczną – często jest tak, że mamy zaszczepione wspomnienia zjawisk, których nie doświadczyliśmy. Na przykład, gdy myślimy o latach 80., to nie w kontekście Pewexu, giełd pirackich i kryzysu ekonomicznego po stanie wojennym, tylko wyobrażamy sobie, że wszystko wyglądało jak w serialu Stranger Things. Obraz kinowy i serialowy jest bardzo efektowny, sugestywny, projektowany tak, że my uznajemy te treści za naszą własną pamięć! Pamięć video okazuje się naszą własną. To samo jest z latami 90. –  zamiast jajcarskiego rocka, Listy 30 Ton, koszulek z bazaru i kaset pirackich, pamiętamy superciuchy oglądane w przedrukach magazynów dla młodzieży.


Gdy patrzę na zdjęcia rodziców z tamtych czasów, to ich ciuchy równie dobre mogliby nosić teraz ludzie, którzy podążają za współczesnymi trendami. Moda wraca…


To prawda, chociaż gdyby przyjrzeć się z bliska makijażom czy ubraniom z tamtych czasów, to wyszłaby na jaw niedoskonałość tamtych produktów. Teraz mamy o wiele bardziej zaawansowane technologie. Okazałoby się, że tkanina nie jest taka przyjemna w dotyku, a makijaż wysusza skórę. Magia i jednocześnie oszustwo retro polegają na tym, że przedstawiają pewien wzór, model, ale doskonalszy. Tak piękny, jak ze wspomnienia.

A na nas jak będą patrzeć przyszłe pokolenia? Da się już nakreślić sznyt naszych czasów czy utonęliśmy już w różnorodności?


Myślę, że da się. To jest coś, co zaczęłam zauważać ostatnimi czasy. To wbrew pozorom… ujednolicenie. Mamy teraz bardzo dużo sklepów sieciowych, które mają jednakowy design. Nie trzeba należeć do żadnej sieci, by korzystać z podobnych wzorów czy dekoracji, bo istnieje tzw. ilustracja stockowa, która dostarcza podobnych lub identycznych fotografii. W jednej dzielnicy możemy mieć kilka salonów fryzjerskich albo kosmetycznych, które wcale nie należą do jednej sieci, ale posługują się jednym zdjęciem.


Pięknej, nierealnej pani…


Tak, z orchideą we włosach. Kolega grafik mówił mi, że to jego zdaniem to jest odpowiednik węża eskulapa w aptece. To ma być wyróżnik, który nie mówi wcale ,,Tu jest najlepszy fryzjer”, ale sygnalizuje, że tu po prostu fryzjer jest! To się dzieje mimo woli. Wydawałoby się, że reklama ma wyróżniać – tak anonsowały się agencje w latach 90. Okazuje się, że jeżeli mamy darmowe zasoby, ludzie chcą powielać coś, co działa. Kłopot w tym, że do końca nie wiemy, co działa.


Kiedy coś staje się duchologiczne? Ile musi upłynąć czasu?


Teraz to przyspiesza. Patrząc na to, o czym rozmawiam w kontekście duchologiczym w Internecie, to teraz wałkujemy wczesne lata 2000. To kilkanaście lat. Musimy nabrać odpowiedniego dystansu czasowego.


Przejdźmy zatem do tematu reklamy. Różni spece od marketingu mówią, że jeżeli chcemy zobaczyć, jak działa świat i jakie są obecnie potrzeby ludzi, warto przyjrzeć się temu, jak wyglądają reklamy. Co zatem mówią o świecie reklamy z lat 90.?


Bardzo ciekawe rzeczy! Na początku reklamy, zwłaszcza telewizyjne, nie były tworzone przez agencje reklamowe, ale przez studia filmowe i telewizyjne. Reklamowały one często albo firmy polonijne, albo przedsiębiorstwa państwowe – to było ciekawe zjawisko, bo ze względu na wąski wybór towarów i tak z góry było wiadomo, że pewnie kupi się maszynę górniczą tego a tego zakładu. Do tego w reklamach często wykorzystywano tropy filmowe, np. w środku tej maszyny górniczej nagle pojawiała się rozebrana modelka albo złodziej za którym ruszał pościg. Mam wrażenie, że próbowano wtedy powielać scenariusze reklam z Zachodu, ale zupełnie bez know-how marketingowego i świadomości tego, że reklamy służą do tego, by sprzedawać aspiracje i marzenia, a nie maszynę górniczą.


Na koniec nie mogę nie zapytać o disco-polo. Jakie ono było na samym początku? Bo teraz ten gatunek zmienił się w pełni profesjonalną branżę.


Na początku to była muzyka typu ,,zrób to sam”. Kilkoro znajomych spontanicznie zakładało zespół, trochę na zasadzie punkowej, uczyli się wszystkiego sami. Przecież nie było tak łatwo dostać się do Opola, mając jedynie pasję śpiewania. Disco-polo taką szansę na rozgłos dawało.


Warto zatem spojrzeć na historię kultury popularnej też z tego punktu widzenia – jest to wojna jakości z dostępnością.


Dziękuję za rozmowę.

Olga Drenda – antropolożka, pisarka, tłumaczka, autorka książek Duchologia. Rzeczy i ludzie w latach transformacji (2016) oraz Wyroby. Pomysłowość wokół nas.(2018). Obie wydane nakładem wydawnictwa Karakter.