“Irlandczyk” – nowy film Martina Scorsese’ego

Jeszcze przed oficjalną premierą filmu, w świecie kinowym było już bardzo głośno na temat nowego dzieła Scorsese’ego. Nic dziwnego poza samym reżyserem, głównym atutem produkcji jest fenomenalna obsada.

Mnie przyciągnęła od razu i wiedziałam, że film bardzo szybko będę musiała zobaczyć. Mowa oczywiście o takich gwiazdach jak Robert De Niro, Al Pacino, Joe Pesci, Bobby Cannavale czy Anna Paquin. Dodajmy do tego klimat starego, dobrego kina gangsterskiego. Czy z tego przepisu mogło wyjść coś niedobrego? I tu się narażę – odpowiedź brzmi i tak i nie.

Postaram się w tym tekście zebrać plusy i minusy “Irlandczyka”. Wiem, że film ma już swoich “wyznawców”, którzy nie godzą się na żadną krytykę. Ja jednak przyznam, że odczuwam nieco gorzkie rozczarowanie, chociaż gra aktorska uwielbianych przez mnie – Roberta De Niro i Al Pacino nieco go łagodzi.

Kilka faktów o samej produkcji, kręconej z epickim rozmachem: 209 minut długości, kręcony za 159 mln dolarów dziewięcioma kamerami przez 108 dni, w 117 miejscach, w których rozgrywa się 309 scen. Od 27 listopada możecie zobaczyć go na Netflixie.

Film porównywany jest z innym dziełem tego reżysera – “Chłopców z ferajny”. Szczególne podobieństwa poza wspominanym rozmachem widać w formie, stylu czy temacie. I za to należy się pochwała. “Irlandczyk” to bardzo klimatyczne dzieło. Jeśli szukacie odpoczynku od współczesnego kina naszpikowanego efektami specjalnymi, a tematyka mafijna jest Wam bliska, to faktycznie te kategorie zostały spełnione. Ciekawe i zabawne dialogi, szczegółowe odwzorowanie tamtych czasów – od wąskich uliczek, starych samochodów po płaszcze i znane wszystkim kapelusze głównych bohaterów.

Pomysłem wykorzystania życiorysu Sheerana, Scorsesego zaraził Robert De Niro po przeczytaniu książki “I Heard You Paint Houses” [polski tytuł: “Słyszałem, że malujesz domy”] Charlesa Brandta. Jest to opowieść-wyznanie Franka Sheerana, wysoko postawionego “żołnierza” mafii, który tuż przed śmiercią w 2003 roku wyznał, że jest odpowiedzialny za zabójstwo Jimmy’ego Hoffy, wieloletniego działacza związkowego, zamieszanego w szemrane interesy i układy biznesowo-polityczne. Artyści podjęli wyzwanie – i do współpracy zaprosili swoich najlepszych kompanów: Joe Pesciego i Ala Pacino, a także kilku innych dobrych znajomych, wśród których znaleźli się Harvey Keitel, Bobby Cannavale i Stephen Graham. Do adaptacji przystąpił znany scenarzysta Steven Zaillian (“Lista Schindlera”, “Gangi Nowego Jorku”, a niedawno ciekawy serial “Długa noc”). Sporo pracy mieli również charakteryzatorzy. W końcu opowieść o 40/50-latkach grają wiekowi już aktorzy, a mimo ich geniuszu, z naturą nie można wygrać. I tu wielu krytyków podkreśla, że w niektórych scenach nie udało się zatuszować tej różnicy wieku. Nie chodzi o same gesty i ruchy, ale faktycznie są momenty, że ciężko w twarzy, chociażby De Niro dostrzeć człowieka, a bardziej postać z filmu “Dom woskowych ciał”. Jednak akurat nie to sprawiło, że film oceniam słabiej niż chciałam. Myślę, że te drobne niedoskonałości są niczym w porównaniu z tym że możemy tych aktorów zobaczyć koło siebie, w naprawdę dobrej formie. Podkreśla się, że to pewnie ostatni film, w którym zgromadzono ich wszystkich razem (oby nie). Wyobrażacie sobie bez nich światowe kino? Ja nie. Przyjrzyjmy się jednak nieco fabule.

De Niro gra Sheerana – poznajemy go jako młodego kierowcę firmy przewozowej, który dorabia na boku u mafiosów. Dość szybko pnie się w hierarchii i zaprzyjaźnia z Russellem Bufalino (Pesci), głową rodziny Bufalino, a następnie zostaje prawą ręką Hoffy (Pacino). Dostaniemy tu niesamowitą historię i mieszankę wielu uczuć — przyjaźni, lojalności, ale również brudnych interesów, polityki i zdrady. Film zmienia się wraz z doświadczeniem, jakie zdobywają postaci dzieła, rośnie napięcie, pojawia się nieco przemocy i zaskakujących momentów.

Dodatkowo nakreślona zostaje powojenna Ameryka ze wszystkimi jej ułomnościami – korupcją i szarą strefą. Scorsese i Zaillian przyłożyli się do każdego ujęcia i kadru, stworzyli niebanalne dialogi, a wszystko to podkreśliła gra mistrzów światowego kina.

Co w takim razie oceniam negatywnie? Miałam wrażenie, że film ciągnie się w nieskończoność, szczególnie w niektórych sytuacjach. Można by obejrzeć go i pozaznaczać fragmenty, które kompletnie nie wnoszą nic do opowieści, nie mają charakterystycznych dialogów, a sprawiają, że masz ochotę przewinąć nudne sceny aż będzie coś wartego uwagi – a masz pewność, że będzie. Nie chodzi mi o samą akcję, znam wiele filmów, które toczą się na przykład w jednym pomieszczeniu i wszystko opiera się na dialogach i gestach aktorów. Po prostu “Irlandczyk” zyskałby w moich oczach, gdyby skrócono pewne ujęcia, historia byłaby znacznie milsza dla oka. Mimo to dla samego klimatu i wspomnianych aktorów polecam zobaczyć ten film.