Istota fenomenu niewidomego geniusza

Za co się wziął, było dobre, czym się zainteresował, okazywało się hitem, po co sięgnął, było kopalnią złota – taki właśnie był Ray Charles. Zmieniał style jak rękawiczki, łączył je – country z soulem, soul z jazzem, bluesa z soulem, gospel z bluesem – i ze wszystkiego wylewała się wspaniała muzyka. Nie szukał popularności i nie gonił za zyskiem – wszystko przychodziło do niego samo. 

Niewielu ludzi, potrafiłoby podźwignąć się z dramatycznych wydarzeń swojego młodego życia i osiągnąć sukces robiąc z pasją to, co kocha się praktycznie od urodzenia. Tragiczny los może podwyższyć człowiekowi wrażliwość, percepcję, świadomość, a nawet ekspansję, których być może nigdy nie doświadczyłby gdyby nie fizyczne dolegliwości. Cokolwiek było powodem fenomenu Raya Charlesa, jedno jest pewne – ten niewidomy, niezwykle utalentowany artysta, zrewolucjonizował amerykańską muzykę i zyskał status legendarnego, zanim zmarł. Może należało mu się to za niespodziewaną utratę wzroku we wczesnym dzieciństwie. Swój głos potrafił dopasować do gatunku, jaki chciał śpiewać, a może odwrotnie – może to styl, jaki wybierał, naginał do swoich potrzeb. Dzięki temu, że sięgał do różnych źródeł, miał gigantyczny repertuar. Czerpał wprost ze wszystkiego, choć koncertowy zestaw podstawowy powtarzał się: „Georgia, I Can’t Stop” – tak musiało być zawsze, potem „You Don’t Know Me” i „Unchain My Hart”. W latach pięćdziesiątych Frank Sinatra nazwał go geniuszem. I tym geniuszem pozostał do końca życia.

To chyba muzyka soulowa daje tę łatwość śpiewania w różnych gatunkach, tak jakby soul był ponad wszystkim, jakby swymi ramionami ogarniał wszystkie gatunki – „umiesz soul, umiesz wszystko”. Ray Charles był tego soulu architektem. Można śmiało powiedzieć, że to on wynalazł soul, stworzył go, łącząc R&B z muzyką gospel. I ta muzyka dała mu mocne podstawy i zapewniła przetrwanie, gdy jak w kalejdoskopie zmieniała się moda we współczesnej muzyce rozrywkowej: po Beatlesach przyszła fala British Invasion, potem rock, hard rock, następnie new romantic, świat zalała fala muzyki disco, jeszcze wcześniej punk i post punk. A on regularnie wydawał fantastyczne płyty: w 1966 roku jego Let’s Go Get Stoned było numerem jeden na liście soulowej, w roku 1985 Seven Spanish Angels – numerem jeden na listach country, a cztery lata później utwór „I’ll Be Good to You” stał się kolejną jedynką, tym razem na liście R&B.

Prawdziwe lata świetności zaczęły się dla Raya Charlesa od roku 1954 i płyty „I Got A Woman”. Zajęła ona pierwsze miejsce na listach muzyki R&B. Muzyk zawarł na niej elementy muzyki gospel, przenosząc ją w świeckie otoczenie. Na tej płycie Ray zaczął śpiewać z wnętrza siebie, bardzo emocjonalnie i intensywnie. Muzykę tę nazwano „muzyką duszy”. A on sam mówił, że wreszcie wprowadził w życie rady swojej matki, która mówiła mu, że ma być sobą.

Tak jak na początku jego idol Nat King Cole zdobył sławę wokalu, tak Ray w końcu przedarł się do „białej Ameryki”. Nazwano go „geniuszem”. Choć czasami sukces wystarczy, aby się podporządkować do określonego stylu czy gatunku i spocząć na laurach, to w przypadku Charlesa tak się nie stało. On wciąż piął się na same szczyty list przebojów, tworząc utwory przesiąknięte mieszaniną gatunków: soulu, R&B, jazzu i gospel. Wszystko, czegokolwiek się dotknął, zamieniał w hity. Nie ulega wątpliwości, iż fenomen artysty tkwił w jego sercu i duszy. Ray występował w dużych teatrach dla dużych odbiorców w każdym kolorze. Znalazł idealne muzyczne brzmienie jak nikt inny. Jego styl muzyczny pełen był emocji. A ci, którzy go słuchali, przeżywali emocje razem z nim. Słuchali go również biali Amerykanie i nie krytykowali, a raczej zachwycali się i rozpływali w jego muzyce.

      W 1954 roku Ray Charles skomponował, a rok później nagrał swą pierwszą dojrzałą kompozycję, „I Got a Woman”. Już wtedy mówiono, że miesza style i gatunki, ale w efekcie wyszło mu to tylko na dobre. W roku 1959 skomponował „What’d I Say”, utwór klasyczny, znów mieszając style: bluesa, rock and rolla, R&B, soul z elementami gospel i call and response, czyli „zawołanie i odpowiedź” (pastor śpiewa wersety z Biblii, a wierni mu odpowiadają). To na pewno jeden z największych przebojów muzyki ubiegłego wieku, nagrany na tle elektrycznego fortepianu  powtarzających jego słowa ciemnoskórych dziewczyn z zespołu The Raelettes. Nagrywał wtedy wszystko: gospel, rock and roll, soul, country, miękkie ballady w stylu Georgia, a w roku 1960 dodał także jazz – w konwencji soulowo-jazzowej nagrał płytę „Genius + Soul = Jazz” w aranżacjach swego przyjaciela, Quincy’ego Jonesa, z muzykami ze swingowej orkiestry Counta Basiego. Rok później powtórzył sukces brawurową piosenką „Hit the Road, Jack”, a potem uspokoił słuchaczy melodyjnym „Baby It’s Cold Outside”, nagranym w duecie z wokalistką Betty Carter. Później nadeszły ballady i piosenki drogi z muzyki country, kompozycje Hanka Williamsa („You Win Again”, „Hey, Good Lookin’”, „Your Cheating Heart”) i… właściwie już nie musiałby nic robić, tylko śpiewać to do końca życia, zapewniając sobie sławę i pieniądze.

Wiele z utworów Raya Charlesa stało się kamieniami milowymi muzyczno-kulturalnymi. Jego nowatorskie podejście do muzyki było legendarne. Mimo, iż Ray cały czas kontynuował R&B oraz jazz i soul, to stwierdził, że potrzebuje czegoś jeszcze. Nigdy nie przestawał kochać swojego kraju, a przy tym zachodnią muzykę. Zdecydował się więc nagrać album country. Eksperci z branży muzycznej mówili mu, że popełnia błąd. Odradzali mu to. Mówili, że straci wielu fanów, bo nie lubi i nie rozumie tego rodzaju muzyki. Jednak Ray nikogo nie słuchał. Zaryzykował i wykorzystał szansę. I udało mu się to. 

Na płycie, która ukazała się w 1962 r. „Modern sounds in country and western music” artysta pokazał fanom muzykę country w stylistyce rytm bluesowej. Początkowo płyta została odebrana niezbyt przychylnie, a sam muzyk został oskarżony o to, że komercjalizuje swoją muzykę. Jednakże historia pokazuje, że ważne dla muzyki płyty nie od razu stawały się rozumiane i doceniane. Na tej płycie bowiem znajduje się wielki przebój Charlesa „I can’t stop loving you”, który to w Anglii zdobył tytuł piosenki roku w plebiscycie pisma „New Musical Express”. Później, już po nagraniu płyty, muzyk powiedział, iż zdawał sobie sprawę z tego, że ryzykowne jest nagrywanie albumu z muzyką country. Mówił: „Nie wiedziałem co się stało, bo wszyscy moi przyjaciele i ludzie wokół mnie, mówili mi, że popełniam wielki błąd nagrywając muzykę country western. Mówili, że rujnuję swoją karierę, bo wszyscy wiedzą, że jestem z R&B, a jeśli idę w stronę country, to muszę być szalony”. 

Jak się jednak okazało, album Raya był nr 1 na liście Billboard Pop Album przez trzy miesiące, a na liście ogółem pozostawał przez dwa lata. Producent tego albumu powiedział, że nie zdawał sobie sprawy z tego, iż artysta pop może nagrać piosenki country, stać się narodowym geniuszem. Po fenomenalnym sukcesie pierwszego albumu, drugi był nieunikniony. Wprowadzenie nowoczesnych brzmień w „Country and Western Music Volume 2” nagranego we wrześniu 1962 r. było zaskakujące, oryginalne i niesamowite. Album zajmował 2 miejsce na liście albumów, zasilany przez dwa single: standardowy „You Are My Sunshine”, przerobione na R&B, soul i country oraz „Take These Chains From My Hart”.

Ray Charles świetnie grał na instrumentach klawiszowych, śpiewał, aranżował, komponował, dobierał muzyków, zawsze stojąc ponad zmieniającymi się stylami, koteriami, modami – po prostu był. W ankietach pism branżowych zajmował pierwsze miejsca jako wokalista. 

Ray Charles osiągnął wiele sukcesów w przemyśle muzycznym. Stworzył nowy rodzaj muzyki, otrzymał 12 nagród Grammy, nagrodę za całokształt twórczości, został wprowadzony do wielu sal sławy. Jego muzyczna kariera zapewniła mu wiele tytułów i wyróżnień, w tym Kennedy Center Honor. Ray inspirował ludzi. Muzyk w trudnych dla ciemnoskórych czasach, udowodnił, że nie liczy się kolor skóry, przekonywał do że wyjścia ponad podziały. 

Niewątpliwie niewiarygodnym jest to, że w życiu jednego człowieka prawie wszystko było nie tak, jak być powinno. Segregacja rasowa, bieda, kalectwo i wieloletnie uzależnienie od heroiny. Do tego wszystkiego Pan Bóg dał mu, jak na ironię losu, talent geniusza. Czarna perła zrodzona z łez wylanych przez ślepnącego chłopca i jego matkę. Matka Raya swoją mądrością życiową mogłaby zostawić w tyle niejedną absolwentkę szacownego uniwersytetu. Nie pomoże znaleźć drogi do drzwi ślepnącemu synowi, bo wie, że ten, aby przeżyć, musi ją znaleźć sam. Kalectwo nie usprawiedliwia lęku przed życiem. Trzeba zdobyć się na siłę i nie traktować kalectwa jak ucieczki od rzeczywistości. 

Taki był Ray Charles. Pokonał wszystkie demony swojego życia. Człowiek ten znalazł sposób, aby jego spuścizna utorowała drogę dla wielu innych pokoleń. W trakcie swojej kariery, uznawany był za wpływ na niezliczoną ilość innych muzyków, zarówno czarnych – w tym Otisa Reddinga, Stevie Wondera, Jamesa Browna czy białych Joe Cocker’a, Van Morrisona, Micka Jaggera. Przemysł muzyczny wielokrotnie oddawał hołd jego twórczemu geniuszowi z najwyższym wyróżnieniem. Aretha Franklin napisała po śmierci Charlesa: „odeszła od nas wspaniała dusza, człowiek pełen humoru orz gigant muzyki”.

Fenomen Raya Charlesa polegał na tym, że potrafił on z niezwykłą lekkością pisać zapadające w pamięć melodie, łączyć style muzyczne i podawać to wszystko w atrakcyjny sposób.