Joker, czyli rewolucja nihilizmu

Joker Phillipsa budził niezwykłe zainteresowanie jeszcze przed premierą, dla niektórych będąc najbardziej oczekiwanym filmem roku. Uniwersum DC nie radziło sobie na dużym ekranie zbyt dobrze od czasu ogromnego sukcesu trylogii Nolana, ustępując w popularności konkurencyjnemu Marvel Comics. Formuła ratowania świata w konwencji stricte fantastycznej, jaką zaproponował Zack Snyder, nie miała szans w starciu z Avengersami, a widać było brak pomysłu na kontynuację konwencji Batmana z krwi i kości, który walczy z przestępcami pozbawionymi supermocy.

W tym kontekście zapowiedzi Jokera, które już zapowiadały czym film będzie – opowieścią o psychologicznym tle postaci głównego superprzestępcy DC – wzbudziły uzasadnioną ekscytację fanów. Na Phillipsie, a przede wszystkim na odtwórcy głównej roli, spoczęła ogromna presja – jednak publiczna reakcja na Jokera po premierze wskazuje na to, że sprostali oczekiwaniom. Kontrowersyjna opowieść o genezie Jokera broni się, mimo nasuwających się naturalnie porównań do obrosłej swoistym kultem kreacji Heatha Ledgera.

Joker Phoenixa różni się, rzecz jasna, od Jokera Ledgera, i to znacznie. Różnice w charakterze prowadzą nawet do zastanowienia, czy Arthur Fleck kiedykolwiek miałby szansę zostać tym genialnym architektem chaosu, jakiego sportretował Ledger w Mrocznym Rycerzu. Fleckowi bowiem bardzo daleko to inteligentnego manipulatora, który czuje pewną misję w odkrywaniu w ludziach zła. Fleck działa impulsywnie: wszystkie jego morderstwa (poza bodaj jednym) są nonsensowne i powodowane potrzebą chwili, a nie skrupulatnym planowaniem.

Nie jest to jednak zarzut. Uniwersa komiksowe rządzą się prawami mitologii, zatem Joker jako postać mitologiczna jest równie prawdziwy w wersji Phoenixa, jak i w wersji Ledgera, Nicholsona czy (chyba najbardziej zbliżonej do komiksowego oryginału) Marka Hamilla z Batman: The Animated Series. Film Phillipsa przypomina o tym, że Joker to nie tylko właśnie superinteligentny strateg, który stanowi odwrócenie Batmana i w pewnym sensie jest jego uzupełnieniem: jest to również bezwzględny seryjny morderca, którego zbrodnie nie mają uzasadnienia. Taki Joker właśnie został sportretowany przez Alana Moore’a w The Killing Joke – i taki też stał się widoczną inspiracją Phillipsa i Silvera. To Joker-nihilista, którego mottem mógłby być passus z Ciorana: „Pierwszym słowem, które przychodzi do głowy, kiedy wychodzę na ulicę, jest eksterminacja”. To Joker, którego nie można podziwiać, ale należy się go wyłącznie bać.

To nie jest film dla liberałów

Zupełnie inaczej niż w przypadku fanów wygląda recepcja Jokera w tzw. głównym nurcie mediów. Etatowi krytycy filmowi stają przez ostatnie tygodnie na głowie, aby film skrytykować i zdyskredytować. Po tym, jak podgrzewanie atmosfery przed filmem straszeniem masowymi strzelaninami w kinach w trakcie seansów – co rzeczone media głównego nurtu w USA robiły z uporem godnym lepszej sprawy – nie powiodło się, Joker w ujęciu recenzentów nagle okazał się filmem co najmniej miałkim, a jego popularność jest niezasłużona. Takie właśnie recenzje ukazały się m.in. w New York Times,  The Time, The Economist, Huffington Post, The Guardian i wielu innych.

Interpretowanie kultury przez pryzmat polityki jest jak najbardziej uzasadnione, chociaż czasem przybiera postać absurdalną, zwłaszcza gdy do krytyki zabierają się osoby o silnym skrzywieniu na punkcie ideologii. Dotyczy to zarówno „prawicy”, jak i „lewicy”, chociaż bez wątpienia w ostatnich latach przeważa ta ostatnia, z notorycznym doszukiwaniem się braku kobiet, osób czarnoskórych czy homoseksualistów wśród głównych postaci wysokobudżetowych produkcji filmowych. Nie brakuje również kuriozów w stylu interpretacji Króla Lwa jako filmu o przesłaniu faszystowskim.

Jednak poszukiwanie pierwiastka ideologicznego czy aksjologicznego w opowieściach, również popkulturowych, ma jak najbardziej mocne uzasadnienie. Co więcej – przekazywanie wartości czy punktu widzenia na pewne sprawy to fundamentalna rola tworzenia „wielkich opowieści”. Czy uważamy Stany Zjednoczone za „dobrych”, a Rosjan za „złych”, czy  uważamy demokrację za dobrą, a dyktaturę za złą etc. – w dużej mierze zostało to ukształtowane nie przez „wiedzę” z zakresu historii politycznej i stosunków międzynarodowych, a przez popkulturę, poczynając od filmów o Bondzie, a kończąc na Gwiezdnych Wojnach. Nawet pozornie zupełnie oderwany od rzeczywistości politycznej komiksowy film 300 przesycony był manichejskim obrazem współczesnej polityki, w kontekście konfliktu między USA a Iranem. Dzieła literackie i filmowe nie są nigdy „neutralne” pod względem obrazu rzeczywistości, cokolwiek miałoby to znaczyć i kształtują postawy i wyznawane wartości nawet skuteczniej, niż jakikolwiek wykład.

Polityczne uwikłanie Jokera nie jest oczywiste. A na pewno jest mniej oczywiste, niż dno polityczne The Dark Knight Rises, wydanego siedem lat temu, po kryzysie finansowym i w czasie działania ruchów w stylu Occupy Wall Street. Joker nie jest ideologiem jak Bane i nie ma konkretnego przeciwnika, za którym lub przeciw któremu widz mógłby się opowiedzieć. To opowieść zupełnie innego typu. Jednak krytyka w wykonaniu mediów liberalnych świadczy o tym, że film już funkcjonuje jako polityczny. Media te wiedziały o tym jeszcze przed premierą, ponieważ reżyser ujawnił wrogie im poglądy i zamiary, tłumacząc swoje odejście od tworzenia komedii polityczną poprawnością. Ale fala krytyki wobec Jokera ma też inne przyczyny, niż ta niewinna deklaracja Phillipsa.

Co to za szatan bez Boga?

Wizja społeczeństwa w Jokerze jest zdecydowanie pesymistyczna. Gotham w uniwersum DC jest i zawsze było miastem skorumpowanym, pełnym biedy i przestępczości. Jednak opowieść o Gotham w klasycznej wersji to opowieść zasadniczo optymistyczna. Jak bardzo złe by nie było, miasto wydaje przecież Bruce’a Wayne’a, który przebrany w strój nietoperza na własną rękę walczy z przestępczością; w prawdziwym życiu działa natomiast jako filantrop i przedsiębiorca, który usiłuje wyrwać miasto z nędzy, podobnie jak jego ojciec, twórca potęgi Wayne Enterprises.

W Jokerze tego nie ma. Gotham jest nie tylko siedliskiem wszelkiego zła, ale również nie widać tam żadnego pierwiastka dobra. Wystarczy spojrzeć na postać Thomasa Wayne’a, porównując ją do kreacji Linusa Roache z Batman Begins. Thomas Wayne u Nolana jest człowiekiem pełnym ciepła i życzliwości, który z przekonaniem opowiada synowi o tym, że biednym należy pomagać. Z kolei Wayne senior w Jokerze zasługuje na miano jednej z najmniej sympatycznych postaci – cynicznego polityka niewrażliwego na ludzką krzywdę, wręcz z pogardą odnoszącego się nie tylko do protestujących, ale również do byłej pracownicy z zaburzeniami psychicznymi. Jest to postać do tego stopnia niesympatyczna, że kiedy zamachowiec mówi do niego „you get what you deserve!” (w polskiej wersji nawet mocniej: „ukręciłeś na siebie bat!”), to widz gotów jest powiedzieć co najmniej: „cóż, nie jest to do końca niezrozumiały akt przemocy”.

Wydaje się, że to właśnie to odwrócenie narracji czyni z Jokera film niebezpieczny w oczach liberalnych mediów. Przesłanie Arthura Flecka jest adresowane do wszystkich i do nikogo zarazem. To jest wybuch człowieka zgniecionego przez jakiś bezosobowy (i bezduszny) system: ofiarę przemocy domowej w dzieciństwie, wychowanego przez samotną matkę, bez jakichkolwiek perspektyw na dostatnie, czy nawet normalne życie, skazanego na społeczną izolację. Przemoc, której Fleck się dopuszcza, nie ma znamion „walki klasowej”. To są zbrodnie dla samej zbrodni, ponieważ uwalniają prawdziwe „ja” Jokera. Odbywają się jednak w konkretnym kontekście, co od razu wywołało serię skojarzeń u liberalnych publicystów.

Lekcja polityki

Jeżeli jest coś, czego liberalny intelektualista może się bać bardziej niż czegokolwiek innego, to właśnie społeczny bunt, który nie ma konkretnego zabarwienia politycznego. Oddolna rewolta społeczna, w której nie ma dyskusji o ideologii, ponieważ jedynym celem jest obalenie establishmentu. To jest rewolucja „milczącej większości” – ludzi, którzy nie mają poglądów „prawicowych” albo „lewicowych”, nie interesują się życiem politycznym i nie biorą w nim udziału, ale w pewnym momencie sięgają poziomu frustracji, który pcha ich do tego, żeby za wszelką cenę znieść status quo. Wynik wyborczy niezgodny z oczekiwaniami liberalnej elity jest dość łatwo zracjonalizować, zrzucając go na interwencję „populistów”, „rosyjskich hakerów” (lub agentów), albo jednych i drugich. W czasie rewolucji nie ma na to czasu – zresztą i tak nikogo by to wtedy nie obchodziło. To jest właśnie rewolucja Jokera: rewolucja ludzi marginalizowanych przez system, piętnowanych przez elitę za „rozczulanie się nad sobą” i niechęć do tych, którym się lepiej powiodło.

Trudno wyrokować, czy Joker stanie się filmem kultowym dla konkretnego pokolenia, ani czy zainspiruje kogoś do aktów przemocy. Biorąc pod uwagę, jak częste są takie nihilistyczne akty przemocy – masowe strzelaniny w szkołach czy ataki na przypadkowych ludzi w wykonaniu natchnionych „inceli” – istnieje niezerowe prawdopodobieństwo, że tak się stanie. Mało prawdopodobne jest natomiast, czy faktycznie którykolwiek z nich może stać się zarzewiem jakiegoś masowego ruchu. Może jednak sam strach, jaki ten film powoduje wśród liberalnych intelektualistów, za pomocą wyimaginowanych problemów wypierających ze swojej świadomości to, co jest rzeczywistym problemem społecznym, spowoduje przynajmniej minimalną zmianę ich retoryki.

Przedstaw się i powiedz o czym możesz pisać na merytoryczny.pl@gmail.com