Tarnów. Ostatni gasi światło.

Pamiętam Tarnów sprzed 15 lat. Odwiedziłem wówczas to miasto po raz pierwszy. Tętniło życiem. Największe wrażenie zrobiła na mnie sprawcza moc pewnego happeningu z 1989 roku. Zakończył się on manifestem. Żądania dotyczyły ulicy Wałowej. By nie jeździły po niej samochody. By rosły kwiaty. By ludzie byli uśmiechnięci. 15 lat później stałem na Wałowej zamienionej w deptak i widziałem, że wszystko się spełniło. Oto miałem przed oczami miasto otwarte na różne pomysły, w którym sztuka wyszła do ludzi. I to mnie ujęło.

Minęło 15 lat. Z tamtego Tarnowa pozostały głównie budynki. Większość ludzi, których wtedy poznałem wyjechała. Uciekli nawet uchodźcy z Syrii. Doszli do wniosku, że mimo wszystko w Damaszku będzie im lepiej. Stąd też często określam Tarnów mianem “Damaszku Europy”. Choć bardziej adekwatne określenie to raczej “Daugavpils Południa”. W 2014 roku w tym łotewskim mieście (w polskiej historiografii znanym też jako Dyneburg) obserwowałem dokładnie to samo zjawisko co w dzisiejszym Tarnowie. Exodus. Jeśli więc ktoś uwielbia robić zdjęcia zupełnie pustym ulicom, to polecam oba miasta. Nadają się do tego idealnie.

Centrum Dyneburga.

Oczywiście są znaczące różnice między Tarnowem a łotewskim bliźniakiem. Z Dyneburga przepędził mieszkańców kryzys. W Damaszku Europy kryzysem jest każda kolejna władza. Wystarczy posłuchać prezydenta miasta, Romana Ciepieli. “To jest moja teza, ale chcę ją mocno zarysować i wygłosić. Według mnie Tarnów znajduje się w najlepszym w swoich dziejach okresie” – tymi słowami zwrócił się do radnych w czerwcu 2019 roku.

Teza Ciepieli jest dość odważna, ale nie trzeba sięgać do czasów urzędowania Tertila (1907-1923), aby ją podważyć. Lepsze czasy pamięta każdy kto mieszkał w tym mieście przed 2006 rokiem, kiedy to rządy rozpoczął Ryszard Ś., obecnie pensjonariusz jednego z zakładów karnych. Ponoć jeszcze lepiej było przed 1999 rokiem. To wtedy zlikwidowano województwo tarnowskie. Tarnów stracił na znaczeniu, stając się jednym z wielu miast województwa małopolskiego.

Ulica Wałowa w Tarnowie.

I tak oto Kraków stał się nie tylko dysponentem ogromnych środków, ale również swoistym wentylem bezpieczeństwa. To tutaj ląduje większość niezadowolonych ze swego losu tarnowian. Dlatego też jakikolwiek “ruch oporu” jest w Damaszku Europy mało prawdopodobny. Nikt nie ma ochoty kopać się z koniem. Są prostsze rozwiązania. Na przykład bilet w jedną stronę za 12 złotych.

A trzeba wiedzieć, że tarnowski koń jest wytrzymały. Choć w istocie to nie koń, tylko królik, jego krewni i znajomi, którzy tworzą niezniszczalny, ponadpartyjny układ. Konsekwencje takiego stanu rzeczy są fatalne. Kompetencje w zasadzie nie mają znaczenia. Liczą się tylko znajomości. To z kolei prowadzi to patologii w urzędach i sytuacji, w której uliczny grajek na zapytanie, czy może zagrać na Wałowej, otrzymuje 2 strony A4 wymogów formalnych, które musi spełnić.

Przejazd przez Tarnów w 1987 roku (Wałowa od 2:15).

Mimo niesprzyjających warunków w Tarnowie nie brakuje osób kreatywnych, z chęciami do działania. Część z nich wchodzi w układ, co wiąże się z jego afirmacją lub przynajmniej wyłączeniem jakiejkolwiek krytyki. Pozostali “robią swoje” na peryferiach, własnym sumptem, bo na większe wsparcie magistratu nie mogą liczyć.

Jaskrawym przykładem jest Art Squat, czyli “pierwszy, artystyczny coworking w Małopolsce”, otwarty 19 lutego 2016 roku. Było to przedsięwzięcie Fundacji Promocji Artystycznej Aspiranci, której udało się stworzyć miejsce tętniące życiem. Przez 10 miesięcy odbyło się ponad 100 wydarzeń – wystaw, koncertów, warsztatów. Piszę w czasie przeszłym, bo Art Squat zawiesił działalność pod koniec 2016 roku. Powód? Brak środków.

Otwarcie Art Squatu. Fot. Aspiranci FB.

Art Squat był miejscem tworzonym przez mieszkańców dla mieszkańców. Działania cieszyły się sporym zainteresowaniem. Nie był to kolejny tarnowski projekt-wydmuszka realizowany tylko po to, by wydać pieniądze. Być może to właśnie przesądziło o śmierci tej inicjatywy. No bo jak długo można łatać dziury z własnych oszczędności? Z drugiej strony będąc poza układem trudno było liczyć na pomoc miasta. Wpisuje się to zresztą w tarnowską mentalność urzędniczą. Po co wspierać kogoś, kto pokazuje, że nie potrzebne są żadne etaty, by promować kulturę? Zresztą zawsze lepiej dać “swoim”…

Niestety konsekwencje takiego podejścia są katastrofalne. Miasto zamiast wspierać proste, kompaktowe rozwiązania wychodzące od mieszkańców, wydaje miliony złotych na nieprzemyślane inwestycje. Art Squat nie mógł liczyć na pomoc, mimo iż był prostą receptą na kilka problemów. Dwa najważniejsze to: brak oferty dla młodych ludzi i wyludnienie centrum miasta. Ulica Wałowa daleka jest od wizji przedstawionej w manifeście z 1989 roku. Co prawda nie ma samochodów, ale ludzi też nie uświadczysz. Ot, kononowiczowskie: nie będzie niczego.

Kamienica na Wałowej 25. Sierpień 2017. Fot. Google Street View.

Art Squat mógł to zmienić. Pierwotnie miał bowiem znajdować się w kamienicy przy Wałowej 25, która była własnością miasta. Mówiło się o tym głośno latem 2015 roku. Wałowa miała dzięki temu ożyć. Ostatecznie jednak nic z tego nie wyszło. Inicjatywa ruszyła w prywatnym mieszkaniu przy Rynku. I mogłoby się zdawać, że po 10 miesiącach prężnego działania tej otwartej pracowni zmieni się nastawienie tarnowskiego magistratu, że ktoś w końcu zrozumie, że to takie inicjatywy wpływają na poziom życia w mieście. Niestety w urzędniczych głowach ani drgnęło.

Oddanie Wałowej 25 organizacjom pozarządowym na działalność kulturalną było rozwiązaniem najlepszym z możliwych. Miasto wybrało jednak inną drogę. W kwietniu 2018 roku kamienica została zburzona w celu wyeksponowania znajdującej się za nią półbaszty. Zniszczono tym samym jeden z bardziej charakterystycznych zakątków Tarnowa – przejście między Wałową a Kapitulną. Nie to jednak jest najgorsze. Otóż w miejsce dawnego budynku postawiono betonowo-szklany kloc, w którym ma powstać Multimedialne Centrum Artystyczne za 20 milionów złotych.

Odsłonięta basteja i betonowo-szklany kloc. Październik 2019.

Wyeksponowanie bastei jest kwestią dyskusyjną. Koncepcja ta ma swoich zwolenników i przeciwników. Niemniej postawienie nowoczesnego budynku, który w żaden sposób nie pasuje do zabytkowej zabudowy jest jakimś urbanistycznym koszmarem. Przypomina to rozwiązania stosowane w wielu miastach na zachodzie Polski, gdzie po wojnie w miejsce zburzonych kamienic budowano “plomby”. Sęk w tym, że mamy 2019 rok a nie głęboki PRL. Poza tym wyburzono kompatybilną ze strukturą miasta kamienicę i postawiono niepasujący do otoczenia architektoniczny gniot. Jest to o tyle istotne, że to właśnie spójność historyczna, coś co intuicyjnie nazwalibyśmy “klimatem”, jest jednym z największych atutów Tarnowa. Drugim jest kapitał ludzki. Nie brakuje tu ludzi z pasją i świetnymi pomysłami. Problem w tym, że Tarnów nie ma im nic do zaoferowania. Przykład Wałowej 25 pokazuje to idealnie. Zamiast oddać kamienicę organizacjom społeczno-kulturalnym magistrat wolał zburzyć ją i postawić koszmarny, nikomu nie potrzebny pawilon za 20 milionów złotych.

Przeglądając archiwalne artykuły na temat Art Squatu trafiłem na wypowiedź jednej z wolontariuszek. Dzień przed otwarciem dzieliła się z mediami swoim entuzjazmem: “To jest najlepszy dowód na to, że w Tarnowie coś się dzieje i można zrobić wielki hałas, pokazać, że młodzi ludzie chcą i mają siłę i nie muszą tak naprawdę uciekać z Tarnowa, jeśli są zdolni, kreatywni i twórczy”. Stawiam dolary przeciwko orzechom, że nie ma jej już w Damaszku Europy. Modna ostatnio koncepcja wyludnienia jest w Tarnowie realizowana wręcz wzorcowo. Jeszcze trochę i ostatni zgasi światło.

Przedstaw się i powiedz o czym możesz pisać na merytoryczny.pl@gmail.com