Kulturowy instynkt samozachowawczy

Niedawno usłyszeliśmy zapowiedź stołecznego konserwatora zabytków, pana Michała Krasuckiego, potwierdzoną przez wiceministra kultury i dziedzictwa narodowego pana Jarosława Sellina, że doczekamy się w końcu godnego upamiętnienia wielkiego czynu żołnierza polskiego – Łuku Triumfalnego na cześć zwycięstwa w bitwie warszawskiej 1920 roku. W odpowiedzi na to rozgrzały się do czerwoności klawiatury macbooków posłanek i posłów, działaczek i działaczy, którzy nie omieszkali pomóc panu wiceministrowi w wybraniu godnej koncepcji upamiętnienia setnej rocznicy 18. najistotniejszej batalii w dziejach ludzkości.

fot. http://www.luktriumfalny1920.pl/

Jedną z najciekawszych alternatyw zaproponował pan poseł Michał Szczerba. Na Twitterze podzielił się ze społeczeństwem następującym pomysłem: „Chciałbym, żeby symbolem stulecia Bitwy Warszawskiej stała się siedziba orkiestry Sinfonia Varsovia albo też kładka pieszo-rowerowa nad Wisłą. (…) Szukają panicznie elementu “pomnikozy”, którą nam fundują od tylu lat”.

Z kolei radny miasta stołecznego Warszawy Marek Szolc podzielił się z nami taką oto bardzo osobistą (nieco rejtaniczną) myślą „Panu premierowi mam do powiedzenia tylko jedno: po moim trupie. Nie ma zgody na oszpecenie Warszawy wtórnymi, bezwartościowymi architektonicznie gargamelami. Jak chce uczcić 100-lecie bitwy warszawskiej, niech da nam pieniądze na dom kultury albo park!”. Biorąc pod uwagę, że Polacy orkiestr raczej nie słuchają, no chyba, że strażackiej na Boże Ciało, zaś jako naczelni niszczyciele klimatu upodobali sobie raczej samochody niż rowery, proponuję inny, bardziej praktyczny i odpowiadający podstawowym potrzebom Polaków sposób upamiętnienia – Publiczne Przedszkole nr 1920 im. Józefa Piłsudskiego w Warszawie. Wszak celem przedmiotu upamiętniającego powinna być jego maksymalna użyteczność. Wielka szkoda, że pan Szolc nie zabrał się za pisanie przewodników turystycznych –
z pewnością bardzo kwieciście opisałby różnorakie europejskie „gargamele” np. Łuk Napoleona w Paryżu, Bramę Brandenburską, czy bezsensowne (przecież tylko kręci się w kółko) London Eye. Twitter huczy od podobnych wypowiedzi – od polityka, do zwykłego internauty.

Prezentowanie tego typu poglądów zazwyczaj wynika z niezrozumienia roli jaką godne (nie zbędne!) upamiętnianie czynów jednoczących wspólnotę pełni w procesie utrwalanie w społeczeństwie postaw obywatelskich i samoświadomości historycznej. Przez niektórych może być odczytana nawet jako  niechęć do brania odpowiedzialność za reprezentowaną przez siebie wspólnotę polityczną. Najłatwiej jest coś skrytykować nie prezentując jednocześnie żadnego planu pozytywnego, albo celowo proponując plan obiektywnie nieadekwatny. Ludzie zdają się zapominać o istotnych czynnikach, które składają się na kulturę, która przecież jest życiodajnym pierwiastkiem potrzebnym każdemu narodowi.

Polacy, Anglicy, Niemcy, Amerykanie czy Francuzi – nie ma wyjątków. Ciężko uciec od wrażenia, że publikującym przedstawione wyżej komentarze w tym i podobnych tematach wydaje się, że wczoraj to takie dzisiaj, tylko, że było trochę biedniej i czasami strzelali. Jutro to też takie dzisiaj, tylko będziemy bardziej najedzeni i będziemy mieli trochę szybsze (i ekologiczne) samochody. Zapomina się, że organiczny rozwój wspólnoty nie opiera się wyłącznie na ciepłej wodzie w kranie, żłobkach i likwidacji nierówności płacowych między kobietami a mężczyznami (wszystkie oczywiście stanowią istotne zagadnienie współczesnej polityki wewnętrznej). Bardzo istotny jest w nim duch wynikający z tego co ludzie mają ze soba wspólnego – język, wiarę, zachowania i historię. Ten rażący brak poczucia konsekwencji jawi się jako bezmyślne zachowanie antypaństwowe.

Brama Brandenburska, Berlin, Historycznie, Cel, class=

O ile jesteśmy w stanie zrozumieć walkę polityczną obliczoną na niedopuszczenie do zawłaszczenia jakiegoś skrawka wspólnej historii czy tradycji, o tyle nie możemy przyzwalać na bezrefleksyjny, kulturowy defetyzm. Polska historia obfituje w bardzo wiele wyjątkowych, pięknych, szczytnych, ale i często tragicznych wydarzeń i bohaterów. Im dłużej Polska i Polacy funkcjonują jako trwała zbiorowość o wspólnej tożsamości historycznej, tym większa staje się tocząca się, daj Boże jak najdłużej, śniegowa kula historii. Dobrze podsycany płomień płonący w tym „oświaty kagańcu” staje się coraz to większy i większy i tym ciężej jest go nadal nieść. Oczywiście nie powinniśmy czuć się usatysfakcjonowani nieustannym, bezrefleksyjnym przywoływaniem zmumifikowanej i niezmienionej od ponad stu lat polskiej szlachetczyzny, czy corocznego wyciągania z szafy powstańczych kurtek w panterkę. Powinniśmy zatroszczyć się trwałe, wypełniające naszą przestrzeń publiczną pomniki naszej kultury, tradycji i historii, całej tysiącletniej historii.

Polska została odarta. Przez lata była grabiona z dóbr kultury. Jej zabytki były beznamiętnie palone, niszczone i bombardowane, a z cokołów jej pomników co i rusz zrzucani byli narodowi bohaterowie. Jak w obliczu takiego ustroju narodowej psychiki powinien zachować się mądry włodarz? Czy wzorem swoich zamożniejszych sąsiadów powinien zatroszczyć się o oświetlenie energooszczędne w swoich miastach lub ścieżki rowerowe w każdej gminie? Zważywszy na to, że fundamenty jego domu od lat podmywane były przez czerwoną albo brunatną rzekę powinien zatroszczyć się o ich odbudowanie i trwałe ich uzbrojenie. Polski kulturowy fundament był celem ataków Nowosilcowa, Hakaty, Bismarcka, NKWD, Hitlera i Stalina. W dużej mierze udało się Polskę obrócić do góry nogami, jednak ilekroć się to działo, Polska jak wańka wstańka – wracała do naturalnej pozycji.

Odpowiedzmy sobie na kolejne pytanie – czy zważywszy na nieco patetycznie przywołane powyżej, różnorakie „polskie drogi”, naprawdę ze społecznego punktu widzenia racjonalne jest kontestowanie wszystkiego co dotyczy upamiętniania kawałków naszej historii? Niestety w nieustannie brutalizującym się języku polskiej debaty publicznej jest coraz więcej przestrzeni na kpinę, małostkowość i prywatę. Od wielu wieków Polacy w myśleniu politycznym upodobali sobie stawiać siebie i swoje państwo w pozycji nie podmiotu, ale przedmiotu ogólnoeuropejskiej i ogólnoświatowej polityki. Zawsze tak było i będzie, że jakiekolwiek by państwo nie było to będzie rozsadzane przez kolaborujące z sąsiadami (tymi bliższymi i dalszymi) grupy interesów. Wyróżnikiem znamionującym państwo silne, i co za tym idzie sposobem, w który możemy je odróżnić od słabego jest odsetek ludzi, którzy mimo doraźnie zmieniających się na przestrzeni dziejów poglądów społecznych i etycznych na pierwszym miejscu stawia obiektywny dobrostan swojej wspólnoty. Kapitanowie się zmieniają, ale kierunek polityki wyznacza geografia.

Koronnym przykładem walki o „sukno” nazywające się Rzeczpospolitą jest traumatyczny dla nas wiek XVIII. Czas w którym politycy osiągali cele leżące na polu polityki wewnętrznej, siłami leżącymi poza granicami państwa. Dzięki Bogu my współcześnie tego nie doświadczamy w takiej skali, ale czy czujność nie powinna zwracać naszej uwagi na temperowanie się w każdym przypadku odstępstwa od realizacji uzasadnionego interesu wspólnoty? Mimo wszystko widać w takim zachowaniu pewną małostkowość. Małostkowa jest bowiem potrzeba uzasadniania swojej racji politycznej poparciem kogoś silniejszego i zazwyczaj pochodzącego spoza kręgu. Ten ma zazwyczaj złe intencje. Nie trzeba chyba tłumaczyć dlaczego jest to szkodliwa praktyka.

Łuk Triumfalny, Łuk, Triomphe, Paryż, Francja, class=

Kolejnym pustosłowiem obok, którego nie można przejść obojętnie jest usilne zwracanie uwagi na polityczną/ekonomiczną/militarną/kulturalną praktykę państw, które często stawiamy sobie za wzór i korelowanie jej z wymaganiami stawianymi naszej rodzimej władzy. Niezależnie od naszych sympatii ekonomicznych możemy za wytyczną przy stawianiu ocen przyjąć następujące słowa Miltona Friedmana: „Polska nie powinna naśladować bogatych krajów zachodnich, bo nie jest bogatym krajem zachodnim. Polska powinna naśladować rozwiązania, które kraje zachodnie stosowały, gdy były tak biedne, jak Polska.”.

Parafrazując i odnosząc do dyskusji nt. Łuku Triumfalnego – wymaganie od Polski, żeby wzorem krajów zachodnich odpuściła pole kultury i umacniania tożsamości narodowej na rzecz kładek, pasów zieleni i ścieżek rowerowych wynika z braku rozumienia konsekwencji. Bogate kraje zachodu w czasie kiedy polskie dzieci nie mogły mówić w szkołach po polsku i kiedy polscy wieszczowie musieli udawać się na emigrację, budowały pomniki swojej historii. Brytyjczycy śpiewali Rule Britannia, Niemcy odgrzebali pieśń Nibelungach a Francuzi ze swojej stolicy stworzyli światowe centrum artyzmu. Po Warszawie roznosił się tętent przejeżdżających sotni kozackich i świst powietrza przecinanego nahajkami…

Na koniec należy przesiąść się na inny biegun i poskromić w kulturowym entuzjazmie tych, którzy uważają, że zalanie państwa pomnikami świadczy niekwestionowanej sile państwa. Bez wydolnej gospodarki, odpowiednich wskaźników demograficznych i dobrze uzbrojonej armii może okazać się, że mieszkamy w domu z pięknymi fasadami w barwach króla Sobieskiego, marszałka Piłsudskiego i żołnierzy wyklętych, ale bez dachu i okien.