Mało robotów nad Wisłą.

Poziom robotyzacji w Polsce jest jednym z najniższych w Europie. Jednak obok rozwiązań ułatwiających firmom automatyzację, powinna iść też aktywna polityka rynku pracy, zachęcająca pracowników do nabywania nowych kwalifikacji.

Mało jest już chyba osób, które uważałyby automatyzację gospodarki za zjawisko niebezpieczne samo w sobie. Ostatnie dekady pokazały, że rozwój automatyzacji może iść w parze ze wzrostem płac oraz niskim bezrobociem. Pomimo komputeryzacji wielu obszarów życia, z czym mieliśmy do czynienia w ostatnich dekadach i zresztą mamy do dziś, wskaźniki zatrudnienia są obecnie najwyższe w historii – zarówno w Polsce jak i na świecie. Nie budzi już większych kontrowersji teza, że automatyzacja umożliwia powstawanie nowych zawodów, a nawet całych branż. Te nowe miejsca pracy są często lepiej płatne i dużo mniej obciążające zdrowie, dzięki czemu sytuacja pracujących zwykle się poprawia. Nie oznacza to jednak wcale, że państwo może bezczynnie patrzeć na postępujące przemiany technologiczne według tradycyjnej maksymy „jakoś to będzie”. Jeśli automatyzacja polskiej gospodarki rzeczywiście ma przynieść wzrost dobrobytu całego społeczeństwa, niezbędne jest prowadzenie przemyślanej polityki, która ułatwi aktywnym zawodowo poszerzanie swoich umiejętności. Ponieważ pojawienie się nowych zawodów nie oznacza od razu, że obecni pracujący będą potrafili się w nich odnaleźć.

Sporo za Chinami

Polski Instytut Ekonomiczny opublikował właśnie raport „Drogi do przemysłu 4.0. Robotyzacja na świecie i lekcje dla Polski”. Oczywiście robotyzacja jest tylko jednym z przejawów automatyzacji – ta druga ma znaczenie zdecydowanie szersze. Robotyzacja to zastępowanie pracy ludzkiej przez roboty, najczęściej w sektorze produkcyjnym. Automatyzacja niekoniecznie musi się wiązać z zastępowaniem człowieka, jest to raczej ułatwianie mu pracy i zwiększanie jego produktywności. Co oczywiście w efekcie może prowadzić do likwidacji części miejsc pracy (mniejsza liczba pracowników może wykonywać te same zadania), choć nie musi. Mimo wszystko raport ten dobrze oddaje skalę wyzwania, jakie stoi przed polską gospodarką – zarówno pod względem wzrostu liczby robotów, jak i automatyzacji w ogóle.

W ostatnim ćwierćwieczu robotyzacja rozpędzała się niemal z każdym rokiem, a proces produkcyjny przechodził bardzo duże przemiany. W 1993 roku na całym świecie działało nieco ponad pół miliona robotów przemysłowych. W ubiegłym roku funkcjonowało już ich prawie 2,5 miliona, więc w zaledwie 25 lat ich liczba wzrosła pięciokrotnie. Zdecydowanie najwięcej działa ich w Azji, bo półtora miliona. W Europie działa ponad pół miliona robotów, a w obu Amerykach ok. 400 tysięcy. Niestety Afryki w tym zestawieniu nie widać.

W przeliczeniu na 10 tys. pracowników przemysłu zdecydowanie dominują Korea Południowa oraz Singapur. W Korei działa przeszło 800 robotów na 10 tys. pracowników, a w Singapurze niecałe 800. Za nimi plasują się Niemcy i Japonia – za Odrą i w Kraju Kwitnącej Wiśni funkcjonuje ok. 350 robotów na 10 tys. zatrudnionych w przemyśle. W większości pozostałych krajów wymienionych w zestawieniu liczba robotów waha się w przedziale 150-250. Polska na tym tle wypada fatalnie – nad Wisłą działają 42 roboty na 10 tys. pracowników, czyli o sto mniej niż w Chinach. W 2018 roku w Polsce wykorzystywano 13632 roboty, a w znacznie mniejszych Czechach 17603. Jak widać polski sektor produkcyjny wciąż tkwi jeszcze w XX wieku.

Motoryzacja na czele

W Polsce roboty występują przede wszystkim w produkcji przemysłowej – przemysł odpowiada za 82 proc. wszystkich robotów działających w Polsce. Przy tym niecałe trzy czwarte robotów wykorzystywanych jest przez trzy branże – produkcję metali i maszyn, produkcję chemikaliów i farmaceutyków oraz przemysł motoryzacyjny. Dominuje szczególnie ten ostatni – wykorzystuje on 39 proc. robotów w Polsce. Przemysł metalurgiczny odpowiada za 13 proc., a chemiczny za 19 proc. Jak widać motoryzacja jest bezkonkurencyjna jeśli chodzi o robotyzację polskiego przemysłu. Tak jest zresztą na całym świecie. Jednak Polska negatywnie wyróżnia się tym, że w naszym kraju bardzo niski udział w robotyzacji ma przemysł elektroniczny, który w najbardziej zrobotyzowanych gospodarkach stoi na czele obok motoryzacji.

Oczywiście wolne tempo robotyzacji wynika głównie z wciąż niskich kosztów pracy liczonych w euro. W 2018 roku przeciętne godzinowe koszty pracy wyniosły w Polsce 10 euro, a w Niemczech 40 euro. Nic więc dziwnego, że poziom robotyzacji za Odrą jest prawie ośmiokrotnie wyższy. Inwestorom zagranicznym, wśród których dominują firmy z Niemiec, wciąż zdecydowanie bardziej opłaca się zatrudniać polskich pracowników niż zastępować ich robotami. W Niemczech, gdzie trzeba płacić pracownikom cztery razy więcej, robotyzacja opłaca się dużo bardziej.

Autorzy raportu PIE wskazali także rozwiązania, które mogłyby przyspieszyć tempo robotyzacji w Polsce. Skupili się jednak głównie na rozwiązaniach podatkowych, wzorując się na przykładach innych krajów. Najpowszechniejszym z nich są ulgi podatkowe, które umożliwiają zmniejszenie podstawy opodatkowania o kwotę wyższą niż koszt zakupu robota. Ulgi można rozliczać na dwa sposoby. Albo poprzez zwiększanie odpisów amortyzacyjnych o kwotę ulgi, albo poprzez odpis całej kwoty ulgi w roku podatkowym, w którym dokonano zakupu. Ulgi te stosuje 5 z 8 analizowanych krajów. W połowie analizowanych państw zezwala się na łatwiejszą amortyzację robotów, albo ją przyspieszając (czyli zwiększając wartość rocznego odpisu z 20 proc. do np. 25 proc.), albo w ogóle pozwalając na odpisanie całego kosztu w jednym roku. Zdecydowanie rzadsze są zwolnienia podatkowe całej działalności zautomatyzowanej oraz bezpośrednie subsydia finansowe na zakup robotów.

Aktywna polityka rynku pracy

Autorzy raportu postulują skorzystanie z prawie wszystkich tych rozwiązań, z obniżeniem stawki podatku CIT od działalności zautomatyzowanej włącznie. Wydaje się, że na tym poziomie rozwoju, na którym jest Polska, byłoby to zdecydowanie za daleko idące. Wolna robotyzacja w Polsce nie wynika przecież z tego, że podatki nad Wisłą są za wysokie, bo nie są (wpływy z CIT w stosunku do PKB są w Polsce jednymi z niższych w OECD), tylko z niskich kosztów pracy. W polskich warunkach sensownym rozwiązaniem wydaje się głównie przyspieszenie amortyzacji lub nawet skrócenie jej do jednego roku. Takie rozwiązanie nie obniża wpływów podatkowych, tylko odsuwa je w czasie, za to umożliwia przedsiębiorstwie znaczne obniżenie obciążeń w roku, w którym poniesiono koszty robotyzacji.

Poza tym w Polsce działa od niedawna ulga na nowe inwestycje, która rozszerzyła zasady podatkowe ze Specjalnych Stref Ekonomicznych na cały kraj. Nie mówiąc już o tym, że rząd pracuje nad wprowadzeniem tak zwanego podatku estońskiego, czyli zwolnieniem z CIT reinwestowanych dochodów. A to ułatwi podejmowanie inwestycji wszystkim branżom, a więc także tym „podatnym” na robotyzację.

Zamiast więc kolejnych ulg podatkowych, rząd powinien raczej zainwestować w aktywną politykę rynku pracy, znaną z wielu krajów Europy Północnej (mowa nie tylko o Skandynawii, ale też Beneluksie czy Niemczech). Według najnowszej edycji „Employment Outlook” OECD, poziom uczestnictwa w szkoleniach i zdobywania nowych umiejętności jest wśród polskich pracowników fatalny. I nie wynika to z braku chęci, bo te akurat są, tylko z braku pieniędzy, czasu lub współpracy ze strony pracodawców.

Według OECD na politykę rynku pracy wydajemy ledwie 0,69 proc. PKB, czyli dwukrotnie mniej niż wynosi średnia wśród krajów tej organizacji. Poza tym praktycznie wszystkie działania polityki rynku pracy są w Polsce skierowane do bezrobotnych, których obecnie jest rekordowo mało. Wykorzystując ten fakt, należałoby podwyższyć wydatki na politykę rynku pracy do 1 proc. PKB, a nadwyżkę tę skierować do zatrudnionych. Ze środków tych można by finansować szkolenia rozwijające kompetencje pracowników w przyszłościowych branżach. Z dopłat mogliby korzystać zarówno poszczególni pracownicy, jak i przedsiębiorstwa, które chciałyby szkolić swoją załogę. Oczywiście powinny to być szkolenia przygotowujące pracujących na zmiany technologiczne – nie chodzi o kursy operatorów wózków widłowych (z całym dla nich szacunkiem). Jeśli przygotujemy polskich pracowników do pracy na stanowiskach powstających w miejsce tych zrobotyzowanych, to i sama automatyzacja nadwiślańskiej gospodarki zacznie przebiegać sprawniej, a skorzystają na niej także ci, których obecne zadania przejmą roboty.

Piotr Wójcik

Publicysta ekonomiczny. Współpracuje z „Nowym Obywatelem”, "Krytyką Polityczną'„Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.