Mniej znane fakty o inflacji

Zobacz też tekst Piotra Wójcika “Inflacja nie taka straszna”

Rzeczywistość dzisiejszego świata gospodarczego pozwala nam niemalże mówić, że jedynymi pewnymi rzeczami jest śmierć, podatki, oraz właśnie inflacja. Pomimo powszechności wiedzy na temat jej występowania, stanowi ona również źródło wielu nieporozumień i sprzeczności. Szczególnie reprezentowany jest pogląd wskazujący na jej konieczność do prawidłowego funkcjonowania gospodarki, czy nawet, w ograniczonym stopniu, jej dobrodziejstwo.  Cała teoria Johna Maynarda Keynesa, dotycząca kryzysu, zakładała używanie inflacji jako narzędzia do wyjścia z recesji, tak samo Krzywa Phillipsa  –  sfalsyfikowana co prawda, po kryzysie lat 70. – zakładała wymienność inflacji i bezrobocia, sugerując traktowanie inflacji jako narzędzia pełnego zatrudnienia. Myśl o inflacji jako narzędziu dobrej polityki gospodarczej jest wciąż żywa. Jest to jednak tylko jeden pogląd na to, jakie ma działanie inflacja – i działanie to niekoniecznie jest takie dobre, jak chciałaby część ekonomistów i publicystów ekonomicznych – a tych jest wiele.

Dwie inflacje

W dyskusji nad inflacją, pod pojęciem tym rozumiemy najczęściej wzrost cen dóbr konsumpcyjnych, czasem spadek siły nabywczej pieniądza. Takie pojmowanie tego pojęcia bardzo zaciemnia jednak przyczyny, ograniczając się do skutków, nie wskazuje się też dostatecznie na jakikolwiek związek przyczynowo-skutkowy, powodujący inflację. Wzrost cen dóbr konsumpcyjnych może być powodowany także przez inne czynniki, niezwiązane z pieniądzem jako takim – tu można zaliczyć wzrost obciążeń podatkowych i wzrost kosztów pracy, czy po prostu zmniejszenie podaży (np. klęska żywiołowa). Przyczyną inflacji, o czym należy pamiętać zawsze, omawiając te pojęcie, jest bowiem wzrost podaży pieniądza na rynku ( czyli sumy pieniędzy, jakie są w obiegu, nieco upraszczając). Wzrost ten może nastąpić na wiele sposobów, dodrukowanie pieniędzy należy do najbardziej znanych, ale działanie inflacyjne może być wywołane także przez wykorzystanie przez uczestników rynku pieniędzy dotychczas przez nich oszczędzanych.

Dlaczego bowiem wzrost podaży pieniądza powoduje wzrost cen? Wytłumaczenie tego faktu jest dość proste – pieniądz, pomimo swoich szczególnych cech, takich jak trwałość, możliwość tezauryzacji, podzielność, powszechne użycie i uznawanie – w stosunku do dóbr konsumpcyjnych występuje jako kolejny towar, a ceny kształtują się w formie stosunku ilości pieniądza do ilości dóbr na rynku. Jeżeli więc ilość pieniędzy na rynku wzrośnie, powodując większą konsumpcję, spowoduje to wedle prawa popytu i podaży wzrost cen – sprzedawcy i usługodawcy (dążąc, zupełnie racjonalnie, do większych zysków) zauważą bowiem zwiększone zainteresowanie swoimi dobrami, powodując tym samym wzrost cen, który często postrzegany jest jako inflacja.

Dlatego, celem rozjaśnienia sytuacji warto wprowadzić, za Ludwigiem von Misesem i Murrayem Rothbardem, rozróżnienie między inflacją monetarną – tyczącą się wzrostu ilości pieniądza na rynku i inflacją cenową – odnoszącą się do wskaźnika cen. W niniejszym artykule skupiać się będę na inflacji monetarnej, jako przyczynie wzrostu cen.

Inflacja a rozwój gospodarczy.

Relacja pomiędzy inflacja a rozwojem gospodarczym również nie należy do dziedzin, w której poglądy dostatecznie rozwiązują wszelkie wątpliwości. Pułapką, w jaką się często wpada, jest założenie ( zapoczątkowane na przełomie wieku XIX i XX przez ekonomistę Irvinga Fishera), że inflacja jest zwyczajnym stanem gospodarki, która w pewnych granicach ( najczęściej podaje się 3-5%) jest wręcz konieczna do jej prawidłowego funkcjonowania ( zwana precyzyjniej też jako ,,cel inflacyjny”), aby ustabilizować ceny.

Problem jednak ujawnia się tu w założeniu konieczności, czy też, naturalności takiego zjawiska. Dla gospodarki będącej w rozwoju, zmniejszanie się podaży pieniądza w stosunku do stworzonych dóbr ( ze względu na ich wytwarzanie), jest stanem normalnym – gospodarka w fazie wzrostu jest więc nie inflacyjna, a deflacyjna, a stosunek dóbr do podaży pieniądza ustala się w wyniku działalności rynku i nie jest potrzebne jego stymulowanie przez inne bodźce, w szczególności państwowe. Można wręcz powiedzieć że normą w naturalnie funkcjonującej gospodarce wolnorynkowej są wahania cen, świadczą bowiem o dostosowywaniu się rynku do zmieniających się okoliczności, dlatego sztuczna manipulacja nimi nie jest wskazana. Inflacja, w takim przypadku, może zajść wtedy i tylko wtedy, gdy w obiegu pojawi się dodatkowa ich suma – najczęściej wynikająca z działalności państwa. Wymaga to jednak, już wymuszonego, dostosowania się do zmienionej sytuacji.

Inflacja a cykle koniunkturalne

Dlaczego jednak obserwujemy w rzeczywistości zjawisko odwrotne – tj. powiązanie inflacji z rozwojem gospodarczym, a deflacji z recesją, które powoduje powszechny strach publicystów i ekonomistów przed deflacją?

Źródło problemu leży w tym, że oprócz wyżej wspomnianych przyczyn wzrostu podaży pieniądza, istnieje jeszcze jedna metoda, pozwalająca dodać pieniądze do obiegu. Metodą tą jest, na co uwagę zwrócił jako pierwszy Ludwig von Mises, rezerwa cząstkowa w bankach. Banki bowiem ( mniej więcej od początku XX w., gdyż wcześniej nie było to do końca normą i banki trzymały tzw. pełną rezerwę w depozytach na żądanie) nie trzymają całkowitą rezerwę pieniędzy, które wypłacają swoim klientom na żądanie, tylko pewien ich procent, zakładając, że nie dojdzie do tzw. ,,runu na banki” – czyli nie wszyscy klienci banku zgłoszą się po swoje pieniądze. Dzięki przyjaznemu ustawodawstwu (dla przykładu, w Polsce maksymalny poziom rezerwy obowiązkowej, trzymanej przez banki, wynosi wedle ustawy – Prawo bankowe jest to 3,5%), obracają tymi pieniędzmi, powodując ekspansję kredytową – pożyczając pieniądze pożyczkobiorcom, zwiększają de facto ilość pieniądza w gospodarce.

Pożyczone pieniądze nie odpowiadają jednak rzeczywistym oszczędnościom poczynionym przez obywateli. Powoduje to deformację decyzji przedsiębiorców, którzy podejmują się pewnych inwestycji w przekonaniu, że zaistnieje, dzięki oszczędnościom, popyt na ich przyszłe dobra. W momencie zwrócenia pieniędzy do banku, następuje inne zjawisko ,określane ,,skurczeniem się kredytu” – podaż pieniądza gwałtownie się kurczy, powodując swoistą deflację. Rozpoczyna się okres recesji, który w zasadzie charakteryzuje się ,,zmniejszoną” skłonnością do konsumpcji i inwestowania, co widzimy w postaci deflacji. Sęk w tym – że owego popytu nigdy nie było – powszechny, tani kredyt, oferowany przez banki działające na zasadzie rezerwy cząstkowej, nie był odzwierciedleniem preferencji konsumentów. Przyczyną więc cyklu koniunkturalnego, jak i związanej z nią inflacji, jest tak a nie inaczej skonstruowany system bankowy.

Inflacja a płace

Wiedza o tym, że inflacja zmniejsza siłę nabywczą pieniądza i powoduje wzrost cen, to wiedza powszechna – dowiadujemy się o tym niestety za każdym razem gdy odwiedzamy sklep i ku naszemu nieszczęściu – ceny rosną. Niezauważany w zasadzie jest jeszcze jednak jeden sposób, w którym tracimy na inflacji – jest to efekt Cantillona.

Nazwany od imienia Richarda Cantillona, francusko-irlandzkiego ekonomisty osiemnastowiecznego, który jako pierwszy opisał to zjawisko, zauważa korelacje pomiędzy dodaniem pieniędzy do obiegu rynkowego a wzrostem poziomu cen.

Wzrost ten, bowiem, nie jest automatyczny – nie następuje z dodaniem pieniędzy ,,do obiegu”. Jeżeli można go do czegoś przyrównać – to do rozlewającej się wody, która to stopniowo pochłania kolejne obszary. Osoby, które jako pierwsze otrzymały pulę pieniędzy, zwiększającą ich podaż, korzystają jeszcze z cen sprzed inflacji. Osoby i podmioty, które otrzymały je jako drugie, muszą co prawda liczyć się z już zwiększonymi cenami, ale są i tak w lepszej sytuacji, niż następne osoby. W najgorszej sytuacji są osoby, które jako ostatnie otrzymują dodane do obiegu pieniądze – nie zyskują nic, a mogą stracić. W ramach inflacji najbardziej poszkodowane są osoby, które mają stałe, niezmieniające się o wskaźnik inflacji płace – ich siła nabywcza spada, zyskują zaś osoby i podmioty, otrzymujące pieniądze jako pierwsze. Dlatego też inna nazwa efektu Cantillona to efekt redystrybucyjny – zyskują pierwsi, tracą ostatni w swoistym ,,łańcuchu obiegu” pieniądza.

Inflacja a podatki

Ostatnim, mniej znanym powszechnie, acz szerzej wśród specjalistów, skutkiem inflacji, nad którym rzadziej się zastanawiamy, a który warto poruszyć, jest zjawisko zimnej progresji – przechodzenia z jednego progu podatku dochodowego, na drugi – wyższy. Celem ograniczenia spadku siły nabywczej pracodawcy podwyższają pracownikom pensje. Nominalny wzrost płacy nie pozostaje bez skutku na kwestie podatkowe – może zdarzyć się bowiem, że pomimo nieznacznej zmiany siły nabywczej, dochody przekroczą następny, progresywny, próg podatkowy, co oznacza zwiększenie należności w stosunku do fiskusa – a tego staramy się unikać jak ognia. W tym obliczu, głębszego sensu nabierają słowa Murraya Rothbarda o tym, że inflacja to kolejny podatek, nakładany przez państwa na swoich obywateli.

Źródło wszelkiego zła?

Choć możemy różnie ustosunkować się do wspomnianych faktów na temat inflacji, nie ulega wątpliwości jedno – inflacja nie jest jednoznacznie dobra, posiada bowiem swoją ciemną stronę, nad którą się nie zastanawiamy. Jest to jednak efekt relatywnie niewielkiej wiedzy powszechnej na temat funkcjonowania gospodarki – tematy gospodarcze nie są obiektem systematycznej debaty publicznej, z dużym udziałem specjalistów. Pytanie jednak, czy nawet gdyby taka debata istniała, zainteresowałaby szerokie masy. Pozostaje jednak mieć nadzieję, że drobne kroki – takie jak ten artykuł – poszerzą tą wiedzę, a Czytelnik zakończy tą lekturę, dowiadując się czegoś nowego.