Agonia liberalizmu, czyli dlaczego teoria polityczna ma znaczenie

Kryzys liberalizmu

Przełom XX i XXI wieku, wbrew nadziejom wyrażanym przez entuzjastów teorii  „końca historii”, nie przyniósł dominacji modelu demokracji liberalnej. Wręcz przeciwnie: kryzys finansowy 2008 roku przyczynił się do wzrostu krytyki instytucji liberalnych, a wydarzenia w Europie w drugiej dekadzie XXI wieku – zwłaszcza kryzys imigracyjny i związana z  nim kwestia fundamentalizmu islamskiego – w sposób widoczny wskazują na woltę w kierunku modelu  państwa narodowego i zakwestionowania liberalnych urządzeń społecznych jako  zapewniających bezpieczeństwo i dobrobyt. Czy ten kurs się utrzyma, tego nie wiadomo – każdy zawodowy przepowiadacz przyszłości będzie miał na ten temat własne zdanie. Warto jednak skupić się na tym, co możemy w tej chwili z całą pewnością zdiagnozować: słabości liberalnej teorii politycznej, która leży u podstaw współczesnego modelu demokracji.

Liberalni publicyści od dawna obwiniają za to “populizm”, czego doświadczyliśmy również przy ostatnich wyborach parlamentarnych. Problem z populizmem polega na tym, że pojęcie to używane jest tak często, i w tak wielu kontekstach, że jedyne, czego można być pewnym, to fakt, że populizm jest czymś, czego liberalni intelektualiści nie lubią. Populizmem może być więc zarówno prosocjalny program PiS, jak i wszystko, co mówi Janusz Korwin-Mikke, w wolnych chwilach wymyślający wyborcom prosocjalnego PiSu od głupców.

Przeciwstawianie demokracji populizmowi jest sprytnym zabiegiem retorycznym, a właściwie byłoby, gdyby nadal na kogoś jeszcze działało. Wiąże się to z faktem, że liberalizm od swoich początków był zawsze antydemokratyczny i elitarystyczny – jednak chcąc w demokracji przetrwać, nie mógł, rzecz jasna, taki pozostać. O czym znowu świadczą ostatnie wybory w Polsce, choć nie jest to zaskakujące odkrycie: wyborcy w demokracji raczej nie lubią, gdy ktoś uważa się za lepszego od nich. Choćby więc liberalni politycy mieli usta pełne frazesów o obronie zagrożonej demokracji, to dla przeciętnego wyborcy prawdziwym demokratą będzie ten, kto nie patrzy na nich z góry, jako na głupszych i gorszych, a nie ten, kto broni “wolnych sądów” albo “łamanej konstytucji”. Jednak “walka z populizmem” to ostatnie, co zostało liberalnej opozycji w arsenale haseł wyborczych, więc konsekwentnie musi się tego trzymać.

Błąd antropologiczny

Żeby nie traktować pojęcia liberalizmu tylko jako słowa-klucza, należy zdefiniować czym liberalizm tak naprawdę jest. Tutaj zaś – wbrew temu, co wydaje się części domorosłych politologów, zwłaszcza tych, którzy pasjonują się poszukiwaniem ukrytych i jawnych socjalistów – znaczenie ma nie podejście do gospodarki czy do sfery obyczajowej, ale polityczna antropologia. Pytanie o to, czy podatki powinny być niższe, czy wyższe, albo czy powinno się akceptować związki inne, niż małżeństwo kobiety i mężczyzny, są pochodną tego podstawowego pytania o to, w jaki sposób dana filozofia polityczna widzi człowieka i jego relacje z innymi. Wyróżnikiem liberalizmu jest indywidualizm – patrzenie na człowieka jako jednostkę i przyjmowanie takiej perspektywy w budowaniu relacji społecznych i politycznych.

Aby prześledzić proces powstawania społeczeństwa, myśliciele liberalni odwoływali się do pewnego eksperymentu myślowego, jakim jest hipoteza stanu natury. Wyobraźmy sobie więc, że oto budzimy się jako pierwsi ludzie: wszyscy jesteśmy sobie równi i absolutnie wolni, nikt nie ma władzy nad drugim, nikt nie posiada jeszcze własności. Jesteśmy nadzy, nie mamy domów, a ziemia dookoła jest niczyja. W ten sposób możemy łatwo, krok po kroku, zbadać w jaki sposób powstawały poszczególne urządzenia społeczne. Ludzie obdarzeni są taką samą racjonalnością, więc nasze symulowane decyzje w hipotetycznym stanie natury mogą nam wyjaśnić dokładnie, jak racjonalny porządek polityczny powinien wyglądać.

Otóż nie. Problem ze stanem natury polega na tym, że nigdy nie istniał. Nie chodzi o to, że nie istniał “ten konkretny” stan natury opisywany Locke’a, Monteskiusza, Rawlsa czy Nozicka. Chodzi raczej o to, że nigdy ludzkość nie znajdowała się w takim stanie, w którym jednostki byłyby wolne i równe sobie, i gdzie można byłoby budować porządek społeczny bazując na racjonalnych decyzjach. Każdy człowiek żyjący na Ziemi kiedykolwiek urodził się już w określonym porządku społecznym, w określonej hierarchii, będąc uwikłanym w określone relacje z innymi. Snucie wizji “co by było gdyby” w oderwaniu od tego fundamentalnego faktu prowadzi zatem do absurdu. Decyzje, które podejmujemy w eksperymencie myślowym, są nadal naszymi własnymi decyzjami, decyzjami konkretnych ludzi – a my sami w hipotetycznym stanie natury bylibyśmy zupełnie innymi ludźmi.

Rzeczywistość polityczna nie może być więc racjonalnie skonstruowana. Albo inaczej: nie może być wyłącznie racjonalnie skonstruowana, zwłaszcza w sensie, jaki racjonalizmowi nadaje liberalizm. To, w jaki sposób funkcjonujemy, zależy od tego, jak zostaliśmy ukształtowani. Społeczeństwo nie jest zbiorem jednostek-atomów, które poruszają się w dowolnie wybranym przez siebie kierunku. Ale co ważniejsze – społeczeństwo nie jest zbiorem ludzi równych i wolnych w liberalnym sensie, niezależnie od tego co na ten temat w danym momencie mówi prawo. Każdy członek tego społeczeństwa ma swój własny bagaż doświadczeń, piętno wychowania, swoją aksjologię, żyje w innych warunkach, niż pozostali itd. Liberalny indywidualizm, szczycąc się “perspektywą jednostki”, w istocie tę perspektywę zamazuje, sprowadzając wszystkich do tego samego poziomu i uniformizując ich na poziomie teorii.

Socjalizm jako bękart liberalizmu

Ta teoretyczna uniformizacja prowadzi do absurdalnych konsekwencji. Liberalną narrację tworzy bowiem już określony typ ludzi, którzy przez swoją optykę patrzą na pozostałych członków społeczeństwa. Skoro bowiem wszyscy kierują się tą samą racjonalnością, to znaczy, że “my” możemy wymyślić co dla każdego jest najlepsze. Społeczeństwo należy “uwolnić” – w sensie gospodarczym czy obyczajowym – i wówczas wszystko potoczy się naturalnymi, spontanicznymi drogami ku dostarczeniu wszystkim tego, na co zasługują. Ponieważ “my” chcielibyśmy być bardziej wolni, to wszyscy inni również tego potrzebują.

Czy pozostawienie ludziom wolności, “pozwolenie im działać”, jest rzeczywiście najlepszą drogą do spontanicznego porządku? A co, jeżeli ludziom w danym porządku jest znacznie lepiej, niż byłoby przy liberalnych reformach? Co, jeżeli “zniewolenie” ze strony religii, obyczaju, państwa paternalistycznego, jest dla tych ludzi znacznie lepsze, niż alternatywa proponowana przez liberalizm? W takim wypadku słynna liberalna neutralność i dążenie do pozostawienia rzeczy “naturalnemu biegowi”, jest ingerencją nie mniejszą, niż jakakolwiek reforma socjalistycznego rządu.

Socjalizm jest zresztą naturalną konsekwencją liberalizmu. Kiedy już liberalna elita wyrywa ludzi z ich zniewolenia, to znikają naturalne bariery między państwem a jednostką. Tutaj – tak jak w XIX wieku, tak i dzisiaj – pojawia się przestrzeń dla miraży tworzonych przez socjalizm.

Socjalizm, w przeciwieństwie do liberalizmu, ma bowiem jakiś program pozytywny. Liberalizm nie posiada żadnej wizji wspólnoty lokalnej, narodu, rodziny, wychowania – przynajmniej oficjalnie pozostaje w tych kwestiach agnostyczny. W praktyce neutralny pozostawać nie może, ponieważ działanie polityczne zawsze wymaga choć dozy pozytywnego programu. Socjalizm jest polityczny, liberalizm zaś nie – wszystko, co polityczne w liberalizmie, jest dosztukowane na siłę i wymuszone przez okoliczności. Dlatego w starciu z wyborczą rzeczywistością, liberalizm zaczyna przejawiać się jako pogarda dla większej części elektoratu i walka z “populizmem”. I dlatego właśnie już wkrótce największą siłą opozycyjną – a z dużym prawdopodobieństwem także rządzącą – będzie coraz bardziej radykalizująca się lewica.

Z powrotem do Arystotelesa

Czy istnieje nieliberalna alternatywa dla lewicy? Jak powiedzieliśmy, wszystko rozpoczyna się od właściwej antropologii. Tutaj w sukurs przychodzi stara i sprawdzona filozofia polityczna Arystotelesa.

Kiedy poruszamy się na skali państwa narodowego, to nawet antyliberalizm może stać się niebezpieczny, jeżeli jest jedynym wyznacznikiem działań – granica pomiędzy usuwaniem złych skutków liberalizmu, a generowaniem nowych za pomocą antyliberalnej polityki, jest dość cienka i jedynie wyczucie danego polityka może pozwolić ją zachowywać. Jest to raczej słaba rękojmia jakości polityki. Granice, jakie należy postawić, muszą być znacznie trwalsze.

Arystoteles opisywał państwo nie tylko jako wspólnotę ludzi, ale przede wszystkim wspólnotę wspólnot. Pomiędzy państwem a jednostką znajdują się wspólnoty powstające organicznie, które kształtują codzienne życie człowieka. Rodzina, szkoła, niegdyś parafia, gmina – to te wspólnoty mają bezpośrednią styczność z życiem człowieka, to one są wyczulone na jego potrzeby i gros z nich potrafią zaspokoić. Dopiero kiedy to nie zadziała, do akcji wkraczają wspólnoty wyższego rzędu, na szczycie których znajduje się państwo. Obecnie zasada ta funkcjonuje – choć nie jest realizowana w praktyce – pod nazwą “zasady pomocniczości”.

Rzeczywisty powrót do Arystotelesa musi polegać na coraz większej autonomii dawanej wspólnotom od góry do samego dołu. Decentralizacja, realne wzmocnienie kompetencji samorządu lokalnego, nadanie mu szerszych prerogatyw, oficjalne uznanie istnienia innych wspólnot lokalnych – to pierwsze kroki, które muszą zostać wykonane, aby dokonała faktyczna poprawa życia politycznego i odwrót w stronę porządku rzeczywiście “spontanicznego” i “naturalnego”. Porządku, w którym przeciętny człowiek rzeczywiście czuje, że ma znaczenie, a nie zyskuje go periodycznie wtedy, kiedy potrzebny jest wielkomiejskiej arystokracji z Warszawy. Że nie będzie to porządek akceptowany przez liberałów? Cóż, wtedy i tak nie będzie to miało żadnego znaczenia.