Choć raz każdy powinien uczestniczyć w spotkaniu młodych

W styczniu minie rok od 34. spotkania w ramach Światowych Dni Młodzieży w Panamie. Na przełomie roku stolica Dolnego Śląska będzie gospodarzem ekumenicznego wydarzenia Taizé. Co dają takie spotkania? Czego można doświadczyć? I dlaczego warto wziąć choć raz w nich udział dowiemy się z rozmowy z Patrycją Kowalewską – uczestniczką ŚDM w Panamie w 2019 roku.

PJB: Mija rok od Światowych Dni Młodzieży w Panamie, tęsknisz?

PK: Czas tak szybko leci. Bardzo tęsknię. Do dziś śni mi się Panama, tamtejsi ludzie, klimat, miejsca, smaki. Serce wraca tam częściej niż w szale codzienności mają szansę myśli. Bardzo marzy mi się powrót w ten niewiarygodnie piękny zakątek świata.

PJB: Co najbardziej utkwiło Ci w pamięci? Za czym najbardziej tęsknisz?

PK: To wspaniałe wydarzenie, w tak cudownym miejscu. To kombinacja wszystkiego do czego pragnie się wracać. Jest wiele kierunków, które można obrać starając się odpowiedzieć na to pytanie. Z jednej strony na pewno ludzie, których tam poznałam. Z drugiej charakter całego wydarzenia. Z trzeciej zaś miejsce, pełne słońca, ciepła i pięknych widoków. To wszystko razem tworzyło niepowtarzalną atmosferę i chyba za nią, za tym, co czuje się wśród tych pięknych młodych wierzących osób, w tak cudownie egzotycznym miejscu, gdzie ananasy, kokosy, banany i mango rosną na wyciągnięcie ręki, tęskni się najbardziej.

PJB. Jak udało Ci się wyruszyć za Ocean? To nie jest tanie i łatwe.

PK: Niestety to prawda, koszt uczestnictwa w ŚDM w Panamie dla osób z Europy był w głównej mierze kosztem przelotu przez Atlantyk wynoszącym między kilka a kilkanaście tysięcy złotych. Uczestniczyłam w 2016 roku we Mszy Świętej na krakowskich Brzegach. Gdy Papież Franciszek z entuzjazmem ogłosił kierunek “PANAMA”, poczułam w sercu, że tam będę. Oczywiście rozum od razu przekalkulował koszty i chciał mnie naprostować, że to się raczej nie stanie.

Oddałam się studiom na ponad 2 lata i po tym czasie, w grudniu 2018 to drżenie serca wróciło do mnie w środku nocy. Pamiętam jak dziś, 2 grudnia, około godziny 2:00. Wzięłam telefon w ręce chyba, by sprawdzić czy nastawiłam budzik, jednak przy okazji sprawdziłam powiadomienia na Facebooku. Jeden z postów, który został dodany przez mojego przyjaciela kleryka, zawierał informację o konkursie organizowanym przez Radio Rodzina, którego nagrodą było uczestnictwo w ŚDM w Panamie. Ręce także mi zadrżały. Spędziłam kolejną godzinę lub dwie odpowiadając na pytanie z pierwszego dnia konkursu. Nie spodziewałam się nigdy, że odpowiedź na pytania do bliskiemu memu sercu Radia Rodzina będzie stałym punktem dnia przez kolejne 3 tygodnie.

Miałam jakieś, takie przekonanie, że to może być wyciągnięcie ręki ze strony samego Boga, bym się tam znalazła, skoro w trakcie przygotowań do ślubu nie odłożyłam na cel uczestnictwa w ŚDM właściwie nic. W połowie konkursu, około 10 grudnia powiedziałam mamie, że biorę w nim udział, a ona z uśmiechem na twarzy powiedziała, żebym nie zwlekała z czasem i biegła do Urzędu Wojewódzkiego. I tak na pół roku przed zmianą nazwiska, pełna ufności złożyłam wniosek o nowy paszport, wierząc, że zostanie wyrobiony chociaż tydzień przed ewentualnym wylotem i solidnie wykorzystany. Podczas przedostatniej przymiarki sukni ślubnej, 21 grudnia, czyli zaledwie po 10 dniach od złożenia wniosku, z nowym dokumentem w torebce oczekiwałam wyników konkursu.

Byłam w trakcie zakładania sukni gdy telefon zadzwonił. Pani krawcowa spojrzała na mnie z litością, gdy na wpół wciśnięta w suknię powiedziałam: “przepraszam, ale muszę odebrać”. Dwa radosne głosy chłopaków z radia doprowadziły do tego, że moja mama patrząca na mnie z niedowierzaniem łapiąc się za głowę prawie zemdlała. A ja… mi po prostu zabrakło na chwilę kontaktu z rzeczywistością, nie zrozumiałam nawet pytania ‘Como estas?’, bo dźwięki dzwoneczków i świątecznych melodii z głośników salonu ślubnego po prostu wszystko mi przyćmiły. Tego wieczoru poszłam jeszcze na roraty, usłyszałam Słowo: “Błogosławiona jesteś, bo uwierzyłaś, że spełnią się Słowa powiedziane Ci od Pana”. Byłam przekonana, że to prezent gwiazdkowy od Taty w Niebie. Po powrocie z Panamy wiem, że nie mogło być inaczej. Tak oto “w skrócie” udało mi się tam trafić. Wiem komu to zawdzięczam pod względem natchnienia, ale jestem w pełni świadoma, że Radio Rodzina odegrało w realizacji tego marzenia pierwsze skrzypce.

PJB: Jakie były te pierwsze wrażenia na kontynencie Ameryki?

PK: Już podczas lądowania widoki z okienka w samolocie zapierały dech w piersiach. Najbardziej niesamowite było jednak to, że kilkanaście godzin wcześniej w puchowych kurtkach wraz z redaktorką Radia Rodzina ciągnęłyśmy taplające się w śniegu walizki. A po wyjściu z lotniska w lekkiej bluzeczce było tak… przyjemnie. Nie da się nazwać tego, co się czuje będąc ciepłolubną istotą, która w środku zimy znalazła się w Panamie, kraju, w którym słońce nie widziało śniegu. To było najmocniejsze z doświadczeń, pierwszych wrażeń po lądowaniu. Drugim, które przyćmiło nawet samo słońce było gorące przywitanie przez oczekujących nas od dawna młodych wolontariuszy z Panamy. Ta młodzież od pierwszych naszych kroków na tym odległym lądzie pragnęła dać nam wszystko, czego potrzebowaliśmy, by czuć się w ich kraju jak w domu.

PJB: Gdzie zamieszkałaś? U kogo? Jak to wspominasz?

PK: Podczas swojego pobytu w Panamie miałam zaszczyt mieszkać u czterech wspaniałych rodzin. Fakt, że przybyło do diecezji Anton mniej pielgrzymów niż przypuszczano sprawił, że grupowo nas przemieszczali po kilku dniach do miejsc, gdzie nie dojechali pielgrzymi. Wszystkie rodziny miały serce na dłoni i pragnęły dla nas jak najpiękniejszego czasu w ich kraju. Pierwsza z rodzin zapisała się w moim sercu w sposób szczególny. Mimo bariery językowej i braku translatora (mieszkaliśmy w dżungli, nie było tam zasięgu, a co dopiero Internetu) potrafiliśmy wieczorami spędzać czas razem i porozumiewać się choćby na migi, by czegoś się o sobie dowiedzieć bądź coś przekazać.

To było naprawdę miłe widzieć ich ciekawość nas i naszego kraju. W tej małej wioseczce jadłam najsmaczniejsze śniadania w życiu. Świeże ananasy, papaje, arbuzy. Takiej słodyczy nie znajdzie się nawet w owocach z puszki. Przez parę dni mieszkaliśmy też w Santa Rita, tam po raz pierwszy w życiu spałam w pokoju z ozdobnymi otworami w ścianie zamiast okien z szybami. Pamiętam, że bałam się, że przez nie wpadnie prosto na moje łóżko jakiś skorpion albo wleci zgraja owadów. W samej stolicy mieszkałam najpierw w najbiedniejszej z dzielnic, Panama Viejo. Ludzie kochani, bardzo miła i liczna rodzinka, warunki do życia mieli względnie dobre jak na rejon, w którym mieszkali.

Później zaś przenieśli mnie i moją towarzyszkę podróży do najbogatszej z dzielnic stolicy, Costa del Este. Zostałyśmy przejęte przez samą córkę dyrektora Kanału Panamskiego, będącego równocześnie prezydentem czegoś w rodzaju Unii Europejskiej tylko dla krajów Ameryki Środkowej. Tam już życie wyglądało zupełnie inaczej, bez okazania paszportu nie dostawało się do środka osiedla, w którym roiło się od willi z basenami. U tej rodziny również zostałyśmy przyjęte serdecznie, jednak obowiązki jej członków ograniczały nasz wspólny czas. W każdym z domów czułam się jak członek rodziny, to było miłe. Wylatywałam z Panamy wiedząc, że mam tam cztery domy, gdyby zdarzyło mi się tam wrócić.

PJB: A flora i fauna mogłaś ją poznać?

PK: Jeśli chodzi o panamską przyrodę, to jest tam wszystko, o czym marzyłam jako dziecko, by było w Polsce. Klimat tropikalny, egzotyczne rośliny, moje ulubione owoce na wyciągnięcie ręki, przepiękne kwiaty i palmy na każdym kroku. Po prostu bajkowa roślinność. Mały raj na Ziemi. Panama jest krajem, w którym są rejony w pełni dzikie, takie, gdzie żyją plemiona Indian, swoistego rodzaju dżungle. Jest tam czym oddychać. Kraj leżący między Adriatykiem a Pacyfikiem, przy okazji mający dostęp do Morza Karaibskiego, czego chcieć więcej?

Dodatkowo zwierzęta. Zawsze chciałam na żywo zobaczyć kolibra i tukana. W Panamie marzenia się spełniają i to nie tylko w ZOO, choć i w nim byłyśmy z grupą młodzieży z Rejsu Niepodległości, do której zostałyśmy dołączone. Zamiast szarych wróbelków na dachach domów ćwierkają tam zielone papużki. Coś pięknego. Komarów za wiele nie spotkałam, skorpiona tylko jednego na dzikiej plaży nad Morzem Karaibskim. Tam też naszą grupę odwiedziły małpy. Dziś wiem, że były to wyjce. Oglądanie ich wyczynów na wolności było wisienką na torcie wyprawy nad bajecznie ciepłe Morze Karaibskie.

PJB: Był czas dla siebie?

PK: Czas był dobrze zorganizowany. Nie miałam wiele wolnego przez wzgląd na to, że jako grupa Rejsu Niepodległości dawaliśmy koncert “Polska Panamie”, więc wraz z tancerzami i Siewcami Lednicy mieliśmy wiele prób, by wszystko wyszło jak najlepiej. Jednak próby tańca na plażach Pacyfiku bądź w samym środku dżungli to raczej nagroda niż ograniczenie. Inną sprawą było, że jako „ekipa” z radia musiałyśmy mieć stały dostęp do Internetu. To w tym kraju nie jest wcale łatwe, więc ciężko było jechać w podróż w ciemno, gdy nie było wiadomo, co nas czeka. Tak jak wspomniałam, są miejsca, gdzie nawet panamskie sieci komórkowe nie mają zasięgu, a relacje z dnia muszą być wysłane na czas i koniec. Jednak udało się nam zwiedzić stolicę w wolnych chwilach, odwiedzić Kanał Panamski i  pojechać nad Morze Karaibskie. Na tyle, na ile mogłyśmy wykorzystałyśmy wolne momenty do granic możliwości.

PJB: Jak wyglądały Dni w Diecezjach?

PK: Dni w Diecezjach były czasem poznania kultury kraju, w którym byłyśmy, ale i czasem dzielenia się naszą kulturą. Folkowy klimat utrzymany został do samego końca pobytu w tym kraju, jednak to właśnie w Anton było najwięcej okazji do oglądania tańców ludowych jak i słuchania śpiewów czy podziwiania przepięknych tradycyjnych strojów. Jednego wieczoru po ulicach biegały puszczone luzem byki, które były łapane przez miejscowych kowbojów. Wielkie święto dla mieszkańców, dla mnie dość drastyczne, ale emocji nie brakowało. Podczas Dni w Diecezjach każde z państw miało swój czas na scenie, mogło porwać do tańca, śpiewu i zabawy wszystkich zgromadzonych na placu przed kościołem. Wspominam to bardzo barwnie i radośnie. Czas poznania i integracji z innymi uczestnikami ŚDM z najróżniejszych części świata, owocujący przyjaźniami z ludźmi ze wszystkich kontynentów.

PJB: Co sprawiało największą trudność, a co radość?

PK: Trudnością czasami była bariera językowa. Hiszpańskiego uczyłam się tylko trzy tygodnie przed wylotem, a wśród ludności Panamy niestety odsetek zna język angielski poza stolicą. Kolejny problemem były techniczne sprawy typu wifi. Poza tym nie było na co narzekać. Radości nie brakowało właściwie wcale. Towarzyszyła od pierwszych promieni słońca na poduszce, po kolejne położenie się w łóżku. Wszędzie serdeczne, ludzkie spojrzenia, uśmiechy. Modlitwy i rozmowy w gronie ludzi z wielu tak odmiennych kulturowo państw. Niespodzianki przygotowywane przez miejscową społeczność, gospodarzy. Doprawione pysznymi potrawami, świeżymi owocami i wodą pitą przez słomkę prosto z kokosa. W kraju tak nasłonecznionym nie ma potrzeby noszenia różowych okularów.

PJB: A samo spotkanie z Ojcem Świętym? Jak zapamiętałaś?

PK: To moje drugie spotkanie z Papieżem Franciszkiem. Jak można było przypuszczać było pouczająco, wzruszająco i radośnie. Najbardziej zapadła mi w pamięć Droga Krzyżowa oraz nocne czuwanie. Słowa, które do dziś drążą moje serce to te, że młodzi nie są przyszłością Kościoła, lecz to oni stanowią Kościół i powinni mieć w Nim głos i działać teraz, a nie czekać aż przyjdzie na to czas. Chwile spędzone z Głową Kościoła są momentami radości, ale i zadumy. Dotykają sumienia, ale i pokrzepiają. To solidna dawka energii do działania, by Jezusa przez to jak żyjemy mógł poznać każdy. Kulminacją było oczywiście ogłoszenie kolejnego miejsca spotkania. Do Portugalii mamy z Polski zdecydowanie bliżej.

PJB: Jakich przeżyć duchowych doświadczyłeś?

PK: Tak jak wspominałam wcześniej, nie brakowało wzruszenia, radości i zadumy. Jednak to właśnie pokrzepiająca wiara Papieża w potencjał młodych w Kościele dostarcza najwięcej motywacji do działania i zmiany siebie i swojego życia na jeszcze piękniejsze i pełniejsze.

PJB: Czym różni się ten kontynent od naszego?

PK: Ameryka Środkowa różni się od Europy chyba wszystkim. Od tego, że księżyc rośnie z góry na dół, a nie z boku na bok, przez klimat, gorący, wilgotny, nie znający zimy po wspomniane wcześniej faunę i florę. Kultura totalnie inna, latynoska krew, roztańczeni i rozśpiewani ludzie. Dodatkowo niski stopień urbanizacji poza stolicą oczywiście, gdzie można się poczuć jak w prawdziwie amerykańskim mieście biznesowym.

PJB:Uczestniczyłaś już w ŚDM. Jakie były różnice?

PK: Różnice pod względem atmosfery i istoty spotkania były niewielkie. Jednak sam fakt, że tutaj to ja byłam gościem, a nie gospodarzem, że to mi pomagano, a nie ja prowadziłam za rękę innych zagubionych na innym kontynencie była kolosalna. Temperatura może nawet była podobna. Lato 2016 było w Polsce piękne, ale w Panamie ani razu nie złapała nas ulewa. Poza tym organizacja. Tutaj widziałam największe różnice. W Polsce wszystko było dopięte na ostatni guzik, wszystko miało swój czas i miejsce. W Panamie bywało ciężko, chociażby sam proces zakwaterowywania. U nas wszystko było odgórnie ustalone, a Urząd Celny miał pieczę i dostęp do wszelkich danych, co do tego gdzie i kto przebywa, zwłaszcza jeśli byli to pielgrzymi np. z Iraku, których gościliśmy we Wrocławiu.

PJB: Zawiązałaś nowe przyjaźnie? 

PK: Tak, udało mi się zaprzyjaźnić z rodzinami, u których mieszkałam i z osobami poznanymi już w samolocie z ekipy Rejsu Niepodległości. To z nimi właśnie spędziłam najwięcej czasu. Jednak wśród znajomych, z którymi wymieniam regularnie wiadomości nie brakuje osób z Brazylii czy Gwatemali. W moim sercu najbardziej zapisała się jednak osoba, która była ze mną bez przerwy – moja imienniczka, dziennikarka z radia. To z nią dzieliłam, nie tylko czas, ale i wszystkie emocje. Byłyśmy zdane na siebie i musiałyśmy się odnajdywać w każdej z zaistniałych sytuacji. Taka podróż pełna przygód łączy ludzi.

PJB: Z perspektywy czasu, jak wspominasz tamte wydarzenia? Było warto?

PK: Wciąż żyją we mnie wspomnienia z tego wydarzenia. To niezapomniana przygoda, zderzenie z totalnie inną, ale i piękną rzeczywistością. Możliwość spotkania z milionami pięknych, młodych ludzi, którzy wierzą w tego samego Boga, wyznają tą samą wiarę i wartości. To niesamowicie wzmacnia wiarę i umacnia w przynależności do Kościoła, którego młoda twarz jest naprawdę piękna i liczna. Czy warto? Gdyby nie było to spotkanie przeznaczone dla młodych, to do końca życia starałabym się wziąć udział w każdym ze spotkań. Nie da się opisać tego wszystkiego, co dzieje się w głowie i w sercu podczas tych dni, to po prostu trzeba przeżyć, polecam każdemu z całego serca!

PJB: Pojechałabyś ponownie? Dlaczego? Co daje człowiekowi międzynarodowe spotkanie?

PK: Właśnie z tych powodów, o których wspominałam wcześniej. Takie spotkanie pozwala obalić mit, że Kościół się starzeje, że nie ma w nim miejsca dla młodych. Pozwala doświadczyć jedności z młodymi katolikami z całego świata, modlącymi się we wszystkich możliwych językach, a jednak wciąż do Boga Jedynego w Trójcy. To naprawdę niesamowite. Życzę każdemu możliwości uczestniczenia w Światowych Dniach Młodzieży chociaż raz w życiu. Tego powinien doświadczyć każdy katolik, niezależnie od wieku.

PJB: Będziesz uczestniczyć w spotkaniu z Ojcem Świętym w Portugalii, masz takie plany?

PK: Marzę o tym bardzo. Myślę, że tym razem uda mi się namówić męża na wyjazd i pojedziemy tam razem z moim młodszym rodzeństwem. To byłby piękny czas, póki co, to moje marzenie, ale marzenia są po to, by o nie walczyć i je realizować więc… Portugalio, gdy przyjdzie czas przybywamy! I zapraszamy wszystkich innych, którzy tylko będą mieli taką możliwość.

PJB: We Wrocławiu na przełomie roku odbędzie się spotkanie Taizé o wymiarze ekumenicznym. To taka namiastka ŚDM, które będziemy przeżywać w 2022 roku. Będziesz uczestniczyła? Dlaczego?

PK. Planuję spędzić ten czas z młodymi w trakcie tego wydarzenia. Prawdopodobnie będę się opiekować paroma osobami, które będą przyjmowane przez moich przyjaciół. Wszyscy wrocławianie powinni się zaangażować w to wspaniałe wydarzenie i skorzystać z tego cudownego czasu w naszym mieście, bo żal przegapić tego typu spotkanie, gdy jest się na miejscu. Być może to, czego się w jego trakcie doświadczy, rozbudzi  w kimś pragnienie uczestnictwa w Światowych Dniach Młodzieży w Portugalii. Jako rodowita wrocławianka nie mogłabym opuścić tej okazji uczestnictwa w tak pięknym wydarzeniu, na które również zapraszam wszystkich.

PJB: Dziękuję bardzo za rozmowę.

PK: Ja również dziękuję bardzo. Było mi niezwykle miło wrócić do tych wspaniałych chwil.