Dlaczego styl życia jest uznany za tak ważny element w rzeczywistości społeczeństwa konsumpcyjnego?

Według A. Giddensa, styl życia to „mniej lub bardziej zintegrowany zespół praktyk, które podejmuje jednostka nie tylko dlatego, że są użyteczne ale także dlatego, że nadają materialny kształt poszczególnym narracjom tożsamościowym”. W takiej sytuacji zadanie pytania: „jaki jest Twój styl życia?”, komuś kogo kompletnie nie znamy, nie widzimy i nie możemy wcześniej usłyszeć, wydaje się bezsensowne.

Mimo to, takie niby proste pytanie, może przysporzyć sporo problemów jego adresatowi. Nie zadaje się przecież takich pytań, bo z reguły odpowiedzi albo się doświadcza, albo widzi, albo po trosze da się „usłyszeć”. Za dużo starań (uświadomionych czy też nie) wkłada się w pewne, przez nas aprobowane praktyki, żeby ktoś musiał być skłonny zadawać takie pytanie. W gruncie rzeczy lubimy określać i kategoryzować, bo to pozwala nam przewidywać i w ten sposób czuć grunt pod stopami. Nadajemy materię, zarówno w nas samych jak i innych, temu co jest nieuchwytne, a mieści się poza kategorią „człowiek”. Bawimy się w „drogo-twórców”, bo jak drogowcy stawiamy znaki na paśmie naszego życia, które odsyłają do określonej definicji – naszej tzw. „osobistej” (relatywnej) lub ogólno przyjętej.

Pomimo „inności” każdego człowieka i tak wpisujemy się w pewne zaistniałe schematy, poprzez które właściwie istniejemy (być może inaczej dla każdego innego). Paradoksalnie nie lubimy tzw. anonimowości, bo czy w ogóle można o niej tak naprawdę mówić? Zawsze jacyś i dla kogoś jesteśmy, szczególnie w tym konsumpcjonistyczno-globalistycznym świecie. Niejednokrotnie wręcz, uwielbiamy się „wyróżniać” – chociażby tym, że mamy „czaderskie” skarpetki nabyte aż w Japonii (pomińmy, że zakupione w sieciówce marki skierowanej do „średnio-zamożnych” konsumentów dostępnej na całym świecie). Ważne by ogólnie było niekonwencjonalnie (jakkolwiek to rozumieć), bo konwencjonalnie to summa summarum większość ludzi chodzi w skarpetkach (jakie by one nie były). …. Czy to jest wyróżnianie? Wobec czego/kogo?

Gdzie jest norma, gdzie podstawa? Jest relatywizm, którą A. Giddens ujmuje jako samozwrotność, więc od czego można się tu wybić? Sami gubimy się we własnych i zagmatwanych odpowiedziach, bo to co kiedyś było przyjęte, zostało odrzucone, lub zmodyfikowane tak, że w konsekwencji nie jest już tym samym. Białe nie jest białym i tak samo czarne – po prostu kwestia wymieszania i mamy piękną „szarą masę”. Wiadomo, że metaforami można się posługiwać i to na różnych poziomach funkcjonowania ludzkości, ale nawet z najbardziej naturalnej i banalnej praktyki wiadomo, że ogórków kiszonych nie popija się słodkim mlekiem! Dlaczego więc tak często sami sobie zaprzeczamy? Wszechobecny sceptycyzm towarzyszy nam w tym co ustalone, bo szukamy czegoś lepszego i bez zobowiązań z naszej strony, ale nie zwracamy uwagi na konsekwencje.

Można powiedzieć, że są one „mniej” niebezpieczne i zbyt rozłożone w czasie by je przewidzieć, niż jak w przypadku trzymania się skały nad przepaścią. Z całą pewnością można jednak stwierdzić, że nie mają one charakteru incydentalnego, lecz stanowią podwaliny dla kolejnych społeczeństw. W tym przypadku należałoby chyba raczej wątpić w wiarę ludzi, którzy upatrują w tym wizję lepszego świata. Nie chodzi tu oczywiście o krytykę wytworów ludzkiego umysłu, ale o umiejętność przewidywania i umiaru w tym wszystkim. Szczególnie w obecnych czasach, kiedy coś z „gruntu” prywatnego przenosi się na przestrzeń publiczną w niewyobrażalnym tempie, a następnie osiąga status globalny. Dziś nie potrzeba nam lat i kolejnych dekad do upowszechnienia czegokolwiek, niejednokrotnie jest to kwestia tylko dni, tygodni, czy miesięcy.

Nic dziwnego, że człowiek nie ma czasu, ani siły rozeznać się w panującej sytuacji, tym bardziej, że bardzo szybko ulega ona zmianie. Chociaż definicje są różne, okoliczności mniej lub bardziej zabawne, najtrafniejszym określeniem używanym w slangu młodego pokolenia są słowa, które w minimalistyczny sposób zawierają niekiedy bardzo dużą treść: „nie ogarniam”… Pomijając kwestię „nie ogarniania” czyjejś głupoty, uwidacznia nam się tu kolejny zgrzyt. Z jednej strony chcemy coraz więcej i więcej – bo to wyznacza nie tyle pozycję, ale nasze miejsce w świecie (ile mamy, ile wiemy, ile doświadczyliśmy, gdzie byliśmy, co zrobiliśmy – i nie ma tu mowy stricte o pieniądzach), z drugiej, nie jesteśmy w stanie przyjąć tego nadmiaru jaki nam się proponuje (świadomie bądź nieświadomie). W tej sytuacji można powołać się oczywiście na prawo dokonywania wyboru. Przecież ode mnie zależy czy się zdecyduję, czy nie. To wszystko przecież zależy od wyboru właściwej narracji tożsamościowej, którą de facto sam sobie projektuje na bazie tego, czego doświadczam i co uważam za słuszne. Gdzie tutaj widzimy logiczną spójność w tworzeniu tzw. stabilnej tożsamości, którą opisał A. Giddens?

 Czy jednak faktycznie potrafimy konkretnie określić czego właściwie chcemy? Czy potrafimy określić kierunek wychodzący poza omawiany tutaj temat? Tak, przecież chcemy szczęścia i w tym wszystkim być sobą! W gruncie rzeczy pomimo tego „poukładanego chaosu” większość ludzi coś takiego ma na myśli. Tylko jak to ugryźć i czy w ogóle się da? „Szczęście” to hasło które działa na ludzi jak przynęta na rybę. Im bardziej „namacalne” tym większe prawdopodobieństwo, że coś jest nie tak. Mimo to, rybki dają się nabierać, więc można powiedzieć, że tylko samo nieszczęście w tym szczęściu.

I co nam właściwie tak naprawdę zostaje? A. Giddens wskazuje na autentyczność, jako tą, która ujawnia się na poziomie tzw. czystej relacji. To musi być więź, w którą włączona jest pewna intymność. Wydaje się to całkiem sensowną enklawą, w porównaniu do tego co oferuje nam społeczeństwo ryzyka. Teoretycznie tutaj jesteśmy prawdziwi, to kim jesteśmy i jacy jesteśmy, plus pewien procent szansy na szczęście. Ujmując rzecz w aspekcie tradycjonalnym możemy przytoczyć m.in. takie relacje jak: rodzina, przyjaźń, czy małżeństwo, ale wszystko ma miejsce w późnej nowoczesności, która według Giddensa nie narzuca żadnych określonych form relacji.

To jednostki w skład niej wchodzący tworzą zarówno reguły funkcjonowania, jak również nadają jej charakter. Jej podstawą staje się zadowolenie. Relacja istnieje tylko w oparciu o obopólną zgodę, którą można w dowolnym momencie zerwać. Tutaj też realizuje się samozwrotność, na piedestale postawione jest „ja” (w zasadzie bazując na aktualnych trendach może być męskie, żeńskie i logicznie: nijakie), nie ma żadnego „my”. Czy zatem możemy mówić tutaj o jakiejkolwiek granicy, którą jest podobno groźba natychmiastowego rozpadu relacji? Czy w ogóle możemy powiedzieć, że ona zaistniała?

Mówi się, że postęp to pójście naprzód, obecnie chyba można powiedzieć, że to nasze przemieszczanie nie przypomina ani chodzenia do przodu, ani tyłem na przód, ale chodzenie po omacku. Będąc trybikami w machinie godzimy się na coś, nie widząc ani przyszłych konsekwencji, ani nie wyciągając wniosków z tego, co przeszłe, musimy dotknąć, by niejednokrotnie się sparzyć, a czasem może być już za późno.