Dyneburg. Przewodnik teoretyczny.

Przez długi czas Daugavpils, czyli drugie co do wielkości miasto na Łotwie, było dla mnie postsowieckim Mordorem. Opowieści znajomych Łotyszy tylko mnie w tym utwierdzały. Szare miasto, bez perspektyw, zdominowane przez żywioł rosyjski. Nic ciekawego – tak mówili. Wyobrażenie to zmieniało się jednak wraz z kolejnymi wizytami, kiedy to obok postsowieckiego Daugavpilsu zacząłem dostrzegać polski Dyneburg.

Sobór Świętych Borysa i Gleba.

Dyneburg przez wieki był związany z Rzeczpospolitą. Prawa miejskie nadał miastu Stefan Batory. W XVII i XVIII wieku było ono siedzibą województwa inflanckiego. Duchowej nici nie zerwały rozbiory. Polskość dalej odciskała swój trwały ślad na tym mieście. Widać to szczególnie w kościołach, na cmentarzu i w oficjalnych statystykach dotyczących struktury narodowościowej.

Wg danych z lipca 2019 roku w Dyneburgu mieszka nieco ponad 12 tysięcy Polaków. Stanowi to 13% ogółu mieszkańców. Sytuacja jednak zmienia się z roku na rok. Trend niestety jest spadkowy. Dla porównania: w 2009 roku w mieście żyło 15 tys. Polaków, co stanowiło 15%. Całkiem sporo, ale to tylko statystyka. Nie dało się tego odczuć spacerując po dyneburskich ulicach. Język polski można było usłyszeć jedynie w Domu Polskim, w polskiej szkole i w kościołach katolickich. Ostatni przypadek jest szczególny. Polszczyzna stała się bowiem językiem liturgicznym, taką współczesną łaciną. Na Mszy Świętej miejscowi katolicy modlą się po polsku, ale jak wyjdą z kościoła to rozmawiają już w zupełnie innym języku.

“Kresy Kresów, czyli o tym jak ginie polskość” – film, który nagrałem w 2014 roku, po czteromiesięcznym pobycie w Dyneburgu.

Polskość umiera. Dom Polski (lub raczej Centrum Kultury Polskiej) oraz polska szkoła nie są w stanie tego zmienić. Aby odwrócić trend Polska musiałaby, poprzez swoją kulturę i gospodarkę, wrócić nad Dźwinę. Pomóc mogliby również Polscy turyści. Problem w tym, że Daugavpils raczej do tego nie zachęca.

Miasto jest specyficzne. Sowiecki Mordor odcisnął tu swoje piętno. Odradzam przyjazd zimą. Jest tu wtedy dość depresyjnie. Jeśli ktoś nie lubi postapokaliptycznej aury to lepiej odwiedzić to miasto między majem a wrześniem. Trzeba też pamiętać, że nie jest to Ryga, do której można się wybrać bez planu i zawsze znajdzie się coś ciekawego. Dyneburg to w dużej mierze blokowiska. Historyczne centrum nie zachwyci nas swoim pięknem. Jeśli ktoś szuka pereł architektury, to zbyt wiele ich tu nie znajdzie. Tłumów (tak częstych w miejscowościach turystycznych) też. Spacerując po wyludnionych ulicach miasta trudno uwierzyć, że w 1913 roku żyło tu ponad 112 tysięcy. Można za to odnieść wrażenie, że to część Rosji, która nagle znalazła się pod łotewską okupacją. Flagi łotewskie, szyldy łotewskie, a ludzie rozmawiają po rosyjsku. Choć – w przeciwieństwie do polskiego – łotewski słychać na ulicy. A z każdym rokiem jest go coraz więcej.

Łotewski napis głosi: NASZA PRACA – DLA OJCZYZNY!

Dyneburg to miasto pogranicza. Z pozoru może wydawać się dość nudne i podobne do tysiąca innych miast byłego Związku Radzieckiego, w rzeczywistości jednak jest wyjątkowe i niepowtarzalne, pełne kontrastów i paradoksów historycznych. Mieszają się tu wątki sowieckie, carskie, polskie, łotewskie (również w łatgalskim odcieniu), żydowskie, białoruskie. I tak oto podróżnych przybywających do miasta koleją wita wielki krzyż poświęcony polskim żołnierzom poległym w walkach z Bolszewikami w latach 1919-1920. Jeśli jednak ktoś wybierze samochód i przyjedzie od strony Grzywy (łot. Grīva) to zobaczy pomnik Czerwonego Strzelca, który w latach 1919-1920 dzielnie bronił miasta przed burżuazyjnymi siłami polsko-łotewskimi. Tu jednak nikomu to nie przeszkadza. W Dyneburgu Mordor i Shire wzajemnie się uzupełniają.