Gwiazdka w polsko-kubańskim stylu

Kuba słynie z pięknych plaż i dobrego jedzenia. Ta wyspa to istny mix smaków, kolorów i zapachów. Mało kto wie, że to także kraj wieloletnich konfliktów i reżimu komunistycznego, w którym dopiero w 1998 roku Boże Narodzenie ustanowiono dniem świątecznym.

Z Jose Torresem  muzykiem i perkusistą o polsko–kubańskiej tradycji świątecznej rozmawia Patrycja Jenczmionka–Błędowska.

PJB: Czy te święta spędzi Pan w Polsce?

JT: W tym roku wyjątkowo święta spędzimy poza granicami kraju, lecz nie na Kubie. Nasze święta są bardzo polskie. W przeszłości bywało, że były pół na pół, a nawet zaryzykowałbym stwierdzeniem, że 51 do 49 proc. z przewagą dla Polski, gdyż tutaj mieszkamy. Dzięki temu podziałowi synowie są bardzo ubogaceni kubańską muzyką. Zachowujemy wszystkie polskie tradycje włącznie z pustym nakryciem na wigilijnym stole dla niespodziewanego gościa, potrawy, modlitwy – wszystko w typowy polski sposób.

PJB: Kuba słynie z pięknych plaż, dobrego jedzenia. To także  kraj wieloletnich konfliktów i reżimu komunistycznego. Czy możemy się cofnąć do czasu, kiedy Pan  spędzał tam święta i mógłby opowiedzieć nam o tym?

JT: Wyjechałem z Kuby w 1978 roku. W czasie świątecznym, w kraju ateizacji, panował pełen przepych. Gotowało się najlepsze potrawy, m.in. mięso. Pamiętam, że były dostępne nawet jabłka. Moja rodzina nie należała do bardzo wierzących, nie było modlitwy, radości z narodzin Pana Jezusa. Miało to inny wymiar. Cieszyliśmy się ze spotkania z rodziną na tzw. Nochebuena (dosłownie „Dobranoc” ), czyli uczcie. Pamiętam ten czas jak przez mgłę, miałem 7 lat. Mieliśmy jedną choinkę przed domem, która mimo ciepłego klimatu dobrze znosiła upały i rosła. Ojciec przystrajał ją wielkimi, zwykłymi żarówkami. Pamiętam bardzo dobrze rodzinną atmosferę. W procesie ateizacji, który dotykał mój kraj, było naturalną rzeczą, że 24 i 25 grudnia mieszkańcy Kuby pracowali. Dzięki papieżowi Polakowi Janowi Pawłowi II zniesiono obowiązek pracy w czasie bożonarodzeniowym.

PJB: W 1998 roku Jan Paweł II prosił, by Kuba otworzyła się na świat, a świat na Kubę. Do owoców tej pielgrzymki naszego Rodaka można zaliczyć m.in. powrót kapłanów na wyspę czy ustanowienie Bożego Narodzenia dniem świątecznym.

JT: Bardzo późno, jeśli spojrzymy na cały świat. Wszyscy świętowali i obchodzili ten czas z radością, a mieszkańcy mojego kraju w gonitwie czasu przygotowywali wszystko do świąt. Wizyta Jana Pawła II była zalążkiem zmian, który nadeszły na wyspę.

PJB: A jak dziś z przygotowaniami do świąt, w ferworze pracy jako muzyk? Jak godzi Pan pracę zawodową z życiem rodzinnym?

JT: Przede wszystkim mamy już teraz „ogarniętą” sprawę prezentów. Uważamy, że mamy erę konsumpcji. W Polsce kupujemy ponad stan, wydajemy majątek na święta.  Postanowiliśmy zaangażować się rodzinnie w szlachetną paczkę i co roku będziemy skupiać się na jednym członku rodziny i na jego potrzebie. Mamy schorowanych rodziców, stąd pomysł, że w tym roku nie będziemy kupować prezentów: kolejnych koszul, skarpet, czapek i skoncentrujemy się na jednej osobie. I problem zakupów z głowy, bo mam słabą wyobraźnię i niewiele pomysłów, by komukolwiek coś kupić. Kiedy nadchodzą urodziny członka rodziny, myśl o kupowaniu prezentów to dla mnie ogromny stres (śmiech).  Postanowiliśmy w tym czasie nie używać komputerów, smartfonów, tylko wspólnie grać w planszówki.

PJB: A jak wygląda strona duchowa. Czy rodzina uczestniczy np. w Pasterce?

JT: W Pasterce raczej mniej. Muszę się cofnąć na Kubę i do  kwestii synkretyzmu. Dla tych, co nie wiedzą, była to droga ucieczki niewolników, by mogli czcić swoich świętych. I tak np. 4 grudnia obchodzimy wspomnienie św. Barbary, a dla religii afrykańskiej jest to Changó. W religii Jorubów nie ma świątyń, bo Bóg jest wszędzie bez względu na to, gdzie człowiek się znajduje. Odnośnie Pasterki uważam, że w zaciszu domowym mam swoją świątynię. Przenieśliśmy cywilizację na kontynent Ameryki Łacińskiej. Przypomnijmy sobie słowa papieża Franciszka odnośnie do wierzących i niewierzących. Czasami w imię Boga robiono więcej szkód przez wierzących niż niewierzących. Wiara dla mnie to odrębna sprawa od wszystkiego. Ważne, by człowiek czuł się zrealizowany. Ja w te święta czuję się spełniony. Rodzinność i jeszcze raz rodzinność, i ja jestem zrealizowany. To jest wtedy moja świątynia.

PJB: Mówiliśmy o tej proporcji w obchodzeniu świąt, ”fifty-fifty” z tradycji polskiej i kubańskiej. Co jest zatem polskiego, a co pochodzącego z kraju Pana przodków?

JT: Na święta obecnie jest przewaga polskości, ale na co dzień to przewaga muzyki. W domu słuchamy bardzo dużo muzyki kubańskiej i dzieci były wychowane na niej. Moi synowie Filip i Tomek uwielbiają płyty nagrane z polskimi wykonawcami, m.in. z Grzegorzem Ciechowskim, Atrakcyjnym Kazimierzem czy Marylą Rodowicz. Ta miłość do Kuby objawia się także w jedzeniu. Bardzo lubią potrawy z kraju za Oceanem, np. czarną fasolę z ryżem. To zamiłowanie także wyraża się okresowo stylem ubioru, w których dominują świecidełka. Mają także zachowania i mentalność zaczerpniętą w niektórych kwestiach z kultury dziadków. Są po prostu bogatsi.

PJB: Co kraj to obyczaj – to znane porzekadło. Poszłabym nawet dalej, mówiąc: co region to inne zwyczaje i obyczaje. Widzimy to wyraźnie w Polsce, patrząc na stół wigilijny. Co zatem z potraw króluje w rodzinie Torresów?

JT: Kiedy dzieci były małe to karpia jadły z obowiązku. Trochę ich odstraszało, że to zwierzę jeszcze przed chwilą żyło. Tradycja tradycją, ale w naszym domu karp nigdy nie pływał w wannie. Znaleźliśmy drogę pośrednią i żona przyrządza przepysznego łososia z serem feta. Przed rozmową z Panią przypomniałem sobie, że co roku mamy „przeboje” z kolendrą, jak trudno ją znaleźć. W połowie roku już jej szukam. Nie lubię kutii, makówek też nie, moczkę bardziej, bo jest słodsza. Na stole lądują ryby w różnej postaci, śledzie, sałatki. Czasami uda mi się przemycić coś kubańskiego, ale staramy się zawsze, by Wigilia była czysto polska. Uwielbiam barszcz czerwony z uszkami.

PJB: Czyli macie Państwo tradycyjny barszcz, a nie zupę np. rybną, jak w niektórych regionach Polski.

JT: Zupa rybna? Nigdy w życiu!

PJB: A czy pielęgnujecie tradycje polskie jak np. dzielenie się opłatkiem?

JT: Tak, oczywiście! Rozpoczynamy Wigilię dzieleniem się opłatkiem, modlitwą, czytaniem fragmentu Pisma Świętego, podziękowaniem za wszystkie dary, które znalazły się na stole i tym, którzy je przygotowali.

PJB: A jaką oprawę muzyczną w tym dniu serwujecie?

JT: Mamy duży zbiór kolęd w różnych wykonaniach: od tradycyjnych po chóralne, a nawet amerykańskie.

PJB: W muzycznej rodzinie nie ma przekrzykiwania się w tym temacie?

JT: Absolutnie nie. W czasie świątecznym nie gramy i nie śpiewamy, bo „listonosz pójdzie na spacer po pracy”. Mamy muzykę na co dzień, więc w tym czasie nie muzykujemy.

PJB: A co z choinką?

JT: To jest piękny zapach ze ściętych drzew, ale szkoda mi ich. Mamy kota, który współpracuje z psem. W poprzednie święta kot nie zostawił żadnej bombki przy życiu. Jest takie zdjęcie, które kursuje w Internecie: choinka przewrócona, a pies patrzy z wyraźnie smutną miną i w chmurce pojawia się tekst: dobrze, że przyszedłeś, bo choinka się przewróciła. Zatem niech w tym duchu będą święta, a my niech zwolnimy tempo! (śmiech)

PJB: Kocha Pan barszcz czerwony, to już wiemy, a co kocha Pan w świętach Bożego Narodzenia?

JT: Święty spokój. Ostatnio rozmawiałem ze znajomym i przypominaliśmy sobie, jak czas szybko biegnie. Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą.

PJB: Czy jest czas zadzwonić na święta do rodziny, przyjaciół na Kubę z sześciogodzinną różnicą?

JT: Tak! Jak zasiadamy do wigilijnego stołu ok. 18.00, tam mają dopiero południe, więc daleko do rozpoczęcia świąt!

PJB: Jest okazja by złożyć życzenia już teraz. JT: Wow! Rodzinnych świąt! Dbajcie o nie! Życzę zdrowia! Spełnienia marzeń!