Justynian. Część III: W obronie granic

Czytaj część pierwszą: Justynian. Pogromca Germanów.
Czytaj część drugą: Justynian. Człowiek, który pokonał króla Salomona

Podczas gdy na Zachodzie Belizariusz święcił tryumfy, a Konstantynopol cieszyć się miał wkrótce z odbudowanego kościoła Świętej Mądrości na wschodzie, nieco na uboczu, narastało zagrożenie, które wkrótce miało naruszyć okres rzymskiej prosperity.

Persowie, bo o nich mowa przygotowywali się do kolejnego starcia z rzymskim rywalem. Nie trwonili swojego czasu, bo już po zawarciu pokoju w 532 roku podjęli działania zmierzające do siłowego „uchylenia” traktatu, wcześniej wynegocjowanego po wyczerpujących bojach w wojnie, którą Justynian otrzymał w „spadku” jeszcze po swoim poprzedniku.

By Marie-Lan Nguyen (2011), Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=406005

Armia perska przekroczyła Eufrat w 540 roku rozpoczynając nowy konflikt zbrojny i niszcząc doszczętnie przygraniczną fortecę Sura. Szach Chosroes zajmował kolejne miasta i terytoria maszerując w kierunku Antiochii, która pełniła rolę stolicy Bliskiego Wschodu, jako miasto duże i słynące swoim bogactwem. Ówczesne perspektywy przetrwania najazdu perskiego były jednak na tyle kruche, że sami Antiocheńczycy, na czele z patriarchą gotowi byli ratować się obiecaniem szachowi haraczu w zamian za oszczędzenie miasta. Odwiedziony od tego pomysłu przez cesarskich posłańców opuścił miasto pociągając za sobą część jego mieszkańców.

Jednakże Antiochia nie pozostała bezbronna, ponieważ mniejszość jedynie postanowiła pójść w ślady patriarchy, pozostali zaś, wzmocnieni silnym oddziałem armii cesarskiej gotowi byli bronić ojczystego grodu do ostatka. Niestety, na gotowości jedynie się skończyło, ponieważ obrona upadła już na samym początku, gdy przysłane przez Justyniana posiłki „ewakuowały się”. Ludność została poddana masowej rzezi, miasto zaś obrócone w ruinę.

Zwycięski pochód armii perskiej trwał nadal. Zdobywając jedno z kolejnych miast w lokalnym cyrku zorganizował wyścigi rydwanów, a wiedząc o sympatiach Justyniana do fakcji Niebieskich umyślnie doprowadził do wygranej Zielonych, by zadrwić z imperatora. Persowie nie byli jednak bezmyślnymi niszczycielami, choć nie stronili od łupieżczej działalności, rabując wiele kosztowności, zmuszając wiele miast do płacenia okupu w zamian za ich oszczędzenie czy wreszcie zabierając w niewolę mieszkańców innych grodów. W każdym razie tak jak wiosną wkroczyli w granice Cesarstwa, tak z końcem lata powracali na swoje ziemie obładowani kosztownościami i z zasłużoną opinią tych, którzy pohańbili Justyniana – wszak cała kampania obronna to pokaz bezprzykładnej nieudolności i tchórzostwa. Cóż miał uczynić w tej sytuacji cesarz? Podobno najlepsze metody to te, które są dobrze wypróbowane, więc zdecydował się sięgnąć po swojego superbohatera (zapewne nosił płaszcz, który przy odrobinie dobrej woli można by uznać za powiewającą na wietrze pelerynę!). Nadeszła pora, by do gry wkroczył Belizariusz.

Kolejny rok przyniósł niewiele w kwestii kampanii perskiej. Z jednej strony Chosroes wkroczył na terytoria kaukaskie, gdzie wymusił hołd lenny ludu Lazów, dotychczas uznajacych zwierzchność cesarską, lecz z powodów logistycznych oraz wieści o wkroczeniu Belizariusza do Persji wycofał się z tych ziem. Ten jednak w Persji co prawda rzeczywiście się pojawił, lecz po krótkiej kampanii wycofał się, odwołany do Konstantynopola. Nie do końca wiadomo jaki był tego rzeczywisty powód, lecz uznaje się, że stały za tym intrygi pałacowe w stolicy. Rok 542 również nie przyniósł zbyt wielu zmian, choć Belizariusz powrócił na Bliski Wschód, to nie udało mu się powstrzymać Persów i Cesarstwo utraciło twierdzą Kalikunum. Dalsze działania powstrzymała epidemia szalejąca w regionie.

Wkrótce potem Belizariusz został skierowany do Italii, walki na wschodzie jednak nadal się toczyły. Po szeregu nieudanych przedsięwzięć militarnych podjętych przez obie strony Justynian zdecydował się na zawarcie rozejmu, który pokojem zakończy się dopiero w roku 561. Tymczasem Belizariusz nie bez przyczyny otrzymał nową misję w Italii. Ostrogoci, uprzednio oszukani przez Rzymian podjęli pod wodzą nowego monarchy, Totili, działania mające na celu odzyskanie utraconych ziem, zdobywając znaczne tereny na Półwyspie Apenińskim. Belizariusz nie miał jednak pod swoimi rozkazami dostatecznych sił by przeciwstawić się Ostrogotom, nie był w stanie też uzyskać nowych posiłków. Ostatecznie został odwołany z misji w wyniku splotu różnych okoliczności, w których dużą rolę odgrywali niechętni mu ludzie na dworze cesarskim.

Padały kolejne miasta w całej Italii, wojska Totili dotarły aż na samo południu półwyspu, po długim oblężeniu padł wreszcie również sam Rzym. Justynian w swej ambicji odrzucił następnie propozycję pokoju, w której Totila proponował uznanie zwierzchności cesarskiej. Fiasko negocjacji skutkowało w konsekwencji dalszym rozwojem tej wojny i przeniesieniem teatru działań na pobliską Sycylię. Nowa ofensywa wymusiła w końcu podjęcie działań przez cesarza, toteż z nowymi siłami wyprawiony został siostrzeniec cesarski imieniem Germanus. Wódz, który miał duży potencjał dyplomatyczny w tej wojnie ze względu na małżeńskie koneksje z Ostrogotami nie dotarł jednak na miejsce, umierając przed faktycznym objęciem dowództwa w tej wojnie.

W tej sytuacji dowództwo nad armią przypadło Narsesowi, który ostatnim razem nie miał okazji popisać się w walce z Ostrogotami. W przeciwieństwie do wyprawy Belizariusza, ta została odpowiednio przygotowana i wyposażona. W pierwszym zwycięskim starciu Rzymianie rozgromili ostrogocką flotę, w międzyczasie udało się wyprzeć nieprzyjaciela z Sycylii, choć utracone zostały Sardynia i Korsyka. W rozstrzygającej bitwie pod Busta Gallorum armia cesarska odniosła zdecydowane zwycięstwo, a sam Totila uszedł pola bitwy z ranami, które wkrótce okazały się śmiertelne. Wkrótce zdobyty został słabo broniony Rzym, a w kolejnych bitwach i potyczkach pokonano Ostrogotów, którzy w międzyczasie zdążyli jeszcze nasłać na Italię plemię Alanów, które dokonały znacznych spustoszeń, nim również zostało pokonane. Jednakże ostatnie reduty oporu Ostrogotów padły dopiero na początku lat 60. VI wieku, wyznaczając odtąd okres krótkiej radości z pełnego podporządkowania sobie Italii przez Cesarstwo Wschodnie.

O ile w Konstantynopolu z pewnością świętowano, bowiem tryumf głosiła nie tylko cesarska propaganda, ale też lud rzymski dumny był z odzyskania dla Cesarstwa prowincji italskiej, o której Justynian miał podobno powiedzieć, że jest „Panią wszystkich prowincji”, to jednak niekoniecznie te same nastroje odczuwalne były w tym właściwym, „starym” Rzymie. Wbrew temu co mogłoby się wydawać, gdy słyszy się o królestwach barbarzyńców, były one stosunkowo znośne dla ludności miejscowej – zresztą najeźdźcy nie mieli żadnego interesu w konfliktowaniu się z autochtonami, którymi przecież musieli jakoś rządzić. Administracja przybyła zza morza była już w znacznym stopniu zderomanizowana pod względem swojej sprawności i jakości, wykazując się znaczną niekompetencją czy wreszcie stopniem skorumpowania.

Ostatnimi sukcesami militarnymi Justyniana było zdobycie sporej części południowego Półwyspu Iberyjskiego, można więc powiedzieć, że na osi wschód-zachód udało mu się przywrócić zasięg panowania rzymskiego, choć oczywiście daleko mu było do tego samego terytorium, którym Rzym niegdyś władał. W końcowym okresie panowania Justyniana pojawiło się nowe zagrożenie – Awarowie. Ten lud przybyły z Azji miał się okazać kolejnym najeźdźcą, który miał uczynić wiele szkód, oblegając nawet Konstantynopol, jednakże za życia Justyniana skończyło się w zasadzie na utarczkach dyplomatycznych, gdy nie pozwolono im osiedlić się na terenie Cesarstwa.

Ostatnie lata to już spekulacje na temat następstwa po Justynianie. Cesarz nie posiadał potomstwa, dlatego za jego naturalnego następcę uważano w tej sytuacji siostrzeńca, Germanusa. Ten jednak, jak już zostało wspomniane, zmarł. Dlatego za potencjalnych sukcesorów uznano dwóch Justynów. Pierwszy był synem typowanego na imperatora Germanusa, drugi był synem cesarskiej siostry, Wigilancji. Ostatecznie to ten drugi został ogłoszony cesarzem po śmierci Justyniana, podobno zgodnie z jego ostatnią wolą, choć istnieją wątpliwości, czy aby nie stał za tym sprzyjający drugiemu z Justynów urzędnik dworski, który przekazywał słowa imperatora.

Chociaż w ten oto sposób udało nam się dotrzeć chronologicznie do końca epoki Justyniana, nie jest to jednak koniec tego cyklu. Pozostają jeszcze wątki, które, można powiedzieć, toczyły się swoim torem wydarzeń, a które zasługują na osobne potraktowanie. Justynian w dużej mierze angażował się w spory teologiczne, najwyraźniej wciąż czując się spadkobiercą rzymskiej tradycji cesarskiej, w której to imperator był zwierzchnikiem wszystkich kultów religijnych w państwie. Tutaj już, będąc zwierzchnikiem ochrzczonym, skutecznie wygaszał pozostałe religie, jednocześnie dbając o jedność Kościoła, który od dziesięcioleci pozostawał oficjalną religią ludu i państwa rzymskiego. Był też wielkim prawodawcą, ponieważ to dzięki niemu dziś tak dobrze znamy prawo rzymskie i możemy wykładać je na uniwersytetach, jako podstawę i źródło instytucji współczesnego prawa krajów europejskich.

Można by jeszcze wiele więcej napisać o dokonaniach tego cesarza, choć wydano już o tym wystarczająco wiele publikacji, by nie trzeba było wchodzić w takie szczegóły w zwykłej serii artykułów, która jedynie powinna zachęcić do zgłębionej lektury. O kwestiach prawa i religii obowiązkowo jeszcze należy poświęcić parę stron w tym cyklu, gdyby ktoś zaś był zainteresowany materialną spuścizną po Justynianie, o ile nie wystarczy mu wiele wspaniałości Konstantynopola (na czele oczywiście z opisywanym już przeze mnie kościołem Hagia Sophia), znajdzie ją również w kościele San Vitale w Rawennie czy w Wenecji, która uznając zwierzchnią władzę cesarską, zapożyczyła wiele elementów kulturowych z Nowego Rzymu.

Sebastian Bachmura

Absolwent prawa, tradycjonalistyczny konserwatysta, publicysta. Współpracuje m.in. z czasopismem "Pro Fide Rege et Lege" oraz "Portalem Myśli Konserwatywnej - konserwatyzm.pl" i portalem "Myśl Konserwatywna".