Ostatnie Święta Bożego Narodzenia w Breslau i pierwsze we Wrocławiu

Dlaczego w 1944 roku choinka była zakazana przez władze niemieckie. Co działo się przed Festung Breslau na ulicach miasta? Czy można było poczuć choć namiastkę świątecznej atmosfery? Jakie były te pierwsze święta na Ziemiach Odzyskanych? O tym wszystkim w rozmowie Patrycji Jenczmionki – Błędowskiej z Kamillą Jasińską z Uniwersytetu Wrocławskiego i historykiem z wrocławskiego oddziału IPN – Jerzym Rudnickim.

PJB: Jaka atmosfera panowała w niemieckim Breslau?

Kamilla Jasińska: Kiedy mówimy o grudniu 44’ roku to musimy sobie uświadomić dwie rzeczy. Po pierwsze, że Wrocław był wtedy miastem ponad milionowym i przez całą II wojnę światową uchodził za miasto dosyć bezpieczne czyli poza zasięgiem bombowców. Z tego też powodu ściągali tu ludzie z różnych terenów. W okresie przedświątecznym panował niepokój i dawało się to wyczytać ze wszystkich wspomnień i relacji. Choć było już w mieście po pierwszych bombardowaniach, do których doszło w październiku 1944 roku. Gdy nadchodziły święta Wrocław był mroźny i zaśnieżony. Co ciekawe, był zakaz sprzedaży choinek. III Rzesza uważała, że ma ważniejsze rzeczy niż ścinanie drzewek i świętowanie. Należy pamiętać, że władze III Rzeszy uwielbiały świętować, jednak były próby zastąpienia świąt religijnych bardziej państwowymi, W miejsce Świąt Bożego Narodzenia próbowano wprowadzić Jungfest, co się nie przyjęło. Do pewnego momentu także społeczność w kręgach żydowskich, święta mogła obchodzić, lecz nie było to łatwe. We Wrocławiu Boże Narodzenie w 44’ chcieli świętować nie tylko mieszkańcy cywilni – niemieccy, ale i żołnierze stacjonujący we Wrocławiu, a także Polacy, którzy trafili do miasta na roboty przymusowe, wśród nich liczną grupę stanowili Powstańcy Warszawscy. Jak wynika z relacji, dla tej ostatniej grupy, był to czas tragiczny, gorzej wspominali tylko Wielkanoc 45’. Okres Bożego Narodzenia nie był łatwy dla mieszkańców. Z nadzieją przyglądało się temu, co się wydarzy. Wiele osób przeczuwało, że najgorsze jeszcze przed nimi. Na horyzoncie zbliżały się wojska radzieckie. Pierścień radziecki powoli się zamykał.

Jerzy Rudnicki: Było już wiadomo, że Breslau zamieni się w twierdzę Festung. Zaczęto magazynować jedzenie. Były pierwsze rozkazy do gauleitera Dolnego Śląska – Karla Hankego i informacje od Hitlera, że Wrocław ma stać się twierdzą na wschodzie, która ma zatrzymać Rosjan. Tragedią Breslau było, kiedy ludność niemiecka opuszcza pieszo miasto, czyli wielka ucieczka przypadająca na połowę stycznia 45’. Spora część breslauerów zdawała sobie sprawę jaki los lada chwilę ich czeka. Zupełnie inaczej przeżywali ten czas robotnicy przymusowi rozrzuceni z przeróżnych części Polski. Moja sąsiadka z Beskidu Żywieckiego, która trafiła do Wrocławia mówiła, że na przedmieściach oczekiwano z nadzieją momentu wyzwolenia, a przede wszystkim wydostania się z niewoli. W stolicy Dolnego Śląska było tysiące robotników przymusowych. Na pewno były to ostatnie święta niemieckiego Śląska we Wrocławiu i nie należały one do radosnych.

KJ: Przytoczę relację nieżyjącej już Agnieszki Walkowiak. Miała 20 lat, kiedy została przywieziona z wieluńskiej wsi Zofia, a która uciekła z transportu do Wrocławia. Pracowała w restauracji przy obecnej ulicy Bardzkiej i po wojnie postanowiła, że zostanie w mieście. Przyłączyła się do grupy kulturalno-naukowej prof. Stanisława Kulczyńskiego i brała udział w odbudowie uczelni. Tak pisała o Niemcach świętujących w 44’ roku: Święta Bożego Narodzenia w 1944 roku przeszły Niemcom we Wrocławiu w trwożnym oczekiwaniu na to, co zdarzyć się musiało nieuchronnie , ale jeszcze wierzono, że geniusz Hitlera najgorszy odwróci i zapewni zwycięstwo. Przecież nie na próżno każdego tygodnia trąbił o tym Gebels przez radio.

PJB: Ludność niemiecka w sile propagandy miała nadzieję na zwycięstwo.

KJ: Tak, to była siła propagandy i zastraszenia. Teraz cytat Agnieszki Walkowiak o Polakach w Breslau: Z lagrów i ze wszystkich zakątków, gdzie tylko znajdowali się Polacy w dniach tych ulatywały tęskne spojrzenia w stronę Ojczyzny. Ej, żeby to już ostatni raz. Ileż to już razy tak się wzdychało w Święta Bożego Narodzenia. Byli i tacy, co po raz pierwszy obchodzili te święta w Niemczech – warszawiacy. Tym silniej krwawiły niezagojone rany po rozłące z ukochanym miastem. Wspomnienia przeżytych dni cierpień, a zwłaszcza zgliszcza Warszawy boleśnie stawały przed oczyma.

PJB: Jak bardzo wielka musiała być tęsknota i osamotnienie we Wrocławiu.

KJ: Gdy pomyślimy o tej nadziei to zauważmy jedną rzecz. Polacy przeżywali te święta nie w sposób materialny, bo nie było niczego, ale duchowy. To, co ich łączyło to była nadzieja, że za chwilę wojna może się skończy, a co za tym idzie – cierpienie. Po stronie niemieckiej też była nadzieja, ale inna- że to Niemcy wygrają wojnę. To niesamowite, kiedy uświadomimy sobie ten paradoks. Nieważne na co ludzi czekali i z czym to łączyli, ale przede wszystkim był to okres nadziei.

PJB: A, co z kościołami. Czy były odprawiane Msze święte?

KJ: Hugo Hartung – artysta, dramaturg i pisarz trafił do Wrocławia, gdyż miał kierować tutejszymi teatrami. Pod koniec wojny został wcielony do Luftwaffe i służył w naziemnej obsłudze lotniska na Gądowie. Z jego relacji wynika, że Msze św. odbywały się. Władze niemieckie jednak nie chciały dopuścić do przeżywania Świąt Bożego Narodzenia w kontekście religijnym. Hartung zapamiętał jedno spotkanie wigilijne bardzo mocno, kiedy próbowano kolędę „Cichą Noc” w wersji niemieckiej (Stille Nacht) „odreligijnić”, przerabiając tekst na areligijny. Artysta mówił, że choć rozszerzano propagandę, to ludzie byli bardzo zasmuceni tym, że władza narzuca taki styl. Z jednej strony radość z Bożego Narodzenia, a z drugiej cierpienie. W 44’ roku niemieckie dzieci były pozbawione choinki. Zatem czymś wyjątkowym i niespotykanym było posiadanie jej ze względu na panujący zakaz. Hugowi Hartungowi udało się przypadkiem kupić drzewko świąteczne od rolnika. Spotykane na ulicach dzieci pytały go: Wujku, wujku skąd masz choinkę?” Nie potrafił im odpowiedzieć. Ogromny problem był także z prezentami. Hartung był w lepszej sytuacji materialnej, bo jego dzieci dostały narty i marionetki do teatrzyku, ale w wielu domach był problem nawet z chlebem…

JR: Kompletnie inaczej obchodzili te święta Polacy i Niemcy. Z relacji osób, z którymi udało mi się porozmawiać wynika, że Polacy oczekiwali przede wszystkim zamknięcia tego rozdziału.

PJB: W styczniu 1945 rozpoczynają się walki o Festung Breslau. Zakończą się 6 maja. Jak wyglądają te pierwsze święta na Ziemiach Odzyskanych?

JR: W świątecznym wydaniu „Pioniera” czytamy: Tu Warszawiak gromadzi około siebie rodzinę, tam samotny jeszcze Lwowiak tęskni do błądzącej po świecie rodziny, Krakowianin rozpoczął łamanie opłatka, a tam dalej Stanisławowianin, który niedawno tu repatriował, szczęśliwy z rodziną przygarnął do siebie na wigilię samotnego Wołyniaka, Poznaniacy zaprosili samotnego akademika z Wilna. I tak wymieszała się tu cała Polska

PJB: Ogromna solidarność międzyludzka i obraz „tygla” narodowościowego, który mamy dziś na Dolnym Śląsku.

JR: Pierwsze polskie święta Bożego Narodzenia w 1945 roku pokazały rzecz bardzo charakterystyczną dla tamtych czasów. Obok Niemców, Polaków i Rosjan część mieszkańców stanowiła ludność napływowa – ludzie, którzy trafili do Wrocławia w wyniku przesiedleń, które rozpoczęły się w maju.

KJ: Wrocław jeszcze dymił, przybywały już transporty z różnych części Polski Wołynia, Lwowa. Nad wszystkim czuwa „Wielki Brat z Rosji” w postaci armii radzieckiej. Jawi nam się obraz momentu odejścia jednych, gdzie nie było pewnej informacji, że muszą opuścić Wrocław i z drugiej strony osób przybyłych, które nie są nastawione, żeby tu zostać na stałe. To było życie na walizkach. Ludność dostała przydział na dom, mieszkanie, ale nagle okazywało się, że muszą spać na łóżku, na którym spał ktoś inny, otwierają szafę, a tam ubrania, w których chodził ktoś, piją kawę czy herbatę z kubka, z którego pił ktoś obcy. Co jednak ciekawe, ludzie w weekend, w dni wolne, w Boże Narodzenie nie starali się zapoznać z tym miastem, spróbować oswoić się z nim, pomijając fakt nazewnictwa niemieckich ulic. Nie było pragnienia zapoznania się z Wrocławiem, oni mówili: My jedziemy do Polski. Czyli gdzie? Poza ziemie tzw. odzyskane, bo jak tu spędzić Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny w listopadzie, skoro nie było naszych grobów.

JR: Powołam się na wspomnienia nieżyjącego prof. Henryka Słowińskiego, który mówił, że trudno było myśleć o świętach, zapoznawać się z miastem, kiedy najważniejszym pytaniem było: kto przeżył? kogo można odnaleźć? Najważniejsze było przetrwać ten trudny okres z niepewnością dnia następnego. Miałem kiedyś rozmowę z Panem Janem, który był ministrantem w kościele na Wschodzie. Powiedział mi: Wy nas nie zrozumiecie, bo wy myślicie, że dla nas najważniejszą rzeczą powinno być zagospodarowanie domów, które otrzymaliśmy. A dla nas, najważniejsza była kwestia przetrwania tego okresu i powrotu do domu.

PJB: Dla nich to był okres przejściowy.

KJ: Przez długie lata to nie był ich dom. Przynależność państwowa wyjaśniła się w lipcu, ale nie wiadomo było czy Wrocław będzie polski i co z granicą na Odrze i Nysie. Powracał wątek nadziei, czy powrócą w okolice Wilna, Wołowa, Wołynia. Uczucie obcości, poczucie tymczasowości i życie na walizkach. Dosadnie opisała to Joanna Konopińska, że przed każdymi świętami, wolnymi dniami Dworzec Odra (dziś Nadodrze) zapełniał się ludźmi z tobołami z podarkami, którzy wywozili je z „dzikiego zachodu” do centralnej Polski. Wigilia 1945 roku wypadała w poniedziałek, dlatego w czwartek, kilka dni wcześniej, przywieziono do Wrocławia choinki, które można było kupić na wszystkich placach targowych. Drzewka świąteczne wymagały przyozdobienia. Popularna była wtedy wata, orzechy czy kasztany zapakowane w sreberka i prawdziwe świeczki. W wielu dzielnicach willowych: na Biskupinie, Sępolnie, Karłowicach, można było w domach na strychu znaleźć pudła z poniemieckimi ozdobami świątecznymi. Joanna Konopińska, kiedy odnalazła taką skrzynię, ucieszyła się, że będzie miała czym przyozdobić choinkę. Jak powiedziała: Gdyby to były zwykłe szklane bombki to pewnie, bym je powiesiła, lecz okazało się, że były to ręcznie robione ozdoby prawdopodobnie przez właścicieli tego domu: laleczki, pająki, figury geometryczne. Ze względu na natłok emocji, który mi towarzyszył nie byłam w stanie powiesić ich na świąteczne drzewko. Obce miasto, obcy dom, obce ozdoby. Skończyło się na przystrojeniu choinki w tradycyjny, prosty sposób. I tak było w większości domów.

JR: Wyjeżdżający czuli się bezpieczniej pod Wrocławiem z powodu grasującej tu Armii Czerwonej, która w biały dzień mogła zabrać Ci rower, a której powinieneś jeszcze podziękować, że nie podbili ci oka. Ludzie pakowali się i wyjeżdżali z Wrocławia na święta. Miasto na święta stawało się puste, opustoszałe.

KJ: Pierwsza polska Wigilia we Wrocławiu to była prawdziwie „cicha noc”.

PJB: I ciemna… nie było świateł.

KJ: Wyobraźmy sobie miasto zniszczone w siedemdziesięciu procentach, ruiny, których nie dało się uprzątnąć w pół roku. Był na szczęście śnieg, więc one tak bardzo nie straszyły. Miasto pogrążone w ruinach, zasypane śniegiem, pogrążone w mroku, opustoszałe.

JR: Te pierwsze święta najbardziej jednoczyły Polaków. Zdarzało się, że w jednym domu mieszkali Polacy i Niemcy.

KJ: Pod koniec 1945 roku były poważne problemy z aprowizacją, zaopatrywaniem ludzi w żywność. Brakowało wszystkiego, także chleba. Parę dni przed świętami „Pionier” donosił, że być może mieszkańcy dostaną żywność na kartki. Każdemu przysługiwało m.in. 2 kg grochu, 2 kg mąki, 100 g kawy, 1 kg marmolady, pół kg cukru, a także 200 g proszku do prania Nie wiadomo było, co będzie z mięsem. Zarząd Miejski próbował ściągać zboże z okolic, ale był z tym olbrzymi problem. W tym czasie organizowana była akcja „Gwiazdka dla żołnierza” i mimo to, że ludzie sami mieli problemy, by zorganizować Wigilię to potrafili zmobilizować się na tyle, by pomóc żołnierzom jeszcze służącym. Akcja była w tonie propagandowym. Można było przynosić pieniądze, jedzenie, ciepłe ubrania. Wrocław w grudniu 1945 powoli się normalizował patrząc przez pryzmat roku wcześniejszego. Zaczynały działać teatry, m.in. w budynku dzisiejszej Opery (dawniej Teatr Miejski) wystawiono przedstawienia. Co ciekawe, na afiszach teatralnych, pisano, że sala jest ogrzewana, bo np. nie było dachu, ściany czy szyby. Musimy wyobrazić sobie falę zniszczeń kościołów: katedry św. Jana Chrzciciela, NMP na Piasku czy św. Marii Magdaleny. Mimo tego, Pasterki były odprawione, także Msze św. Wielu wiernych uczestniczyło o północy w Pasterce u ojców redemptorystów na Wittiga, gdzie wygłoszono płomienne kazanie mówiące o prawie Polaków do Wrocławiu oraz  Polonii wrocławskiej.

PJB: Czego uczą nas tamte święta i jakie znaczenie miały one dla pionierów, którzy tworzyli później Wrocław, środowisko naukowe?

KJ: Jedności. Wiele osób ze środowisko akademickiego spędziło te święta w tzw. hotelu dla pionierów „Mirus” przy ul. Pasteura 10. Profesorowie, studenci, ich potomkowie mówili  o ogromnej jedności. Wspominali, że nie były to święta jak np. we Lwowie: biały obrus, sianko, 12 potraw czy kutia na stole. Było zupełnie inaczej – byli we Wrocławiu. To, co ich łączyło to pewność, że robią coś wielkiego, coś dobrego i wiedzieli, że budują tu polskie, wrocławskie uczelnie. Byli gotowali na wiele wyrzeczeń i poświęceń. I opłaciło się.

JR: Pierwsze święta we Wrocławiu, ale i na całym Dolnym Śląsku, gdzie pojawił się tygiel narodowościowy, to dla nas przesłanie, że Ci wszyscy ludzie mieli nadzieję na zwykłe, proste życie. Każdy te święta spędził inaczej, ale wszyscy marzyli o jednym: by spotkać swych bliskich, wierzyli, że tragedia II wojny światowej ich ominęła i ponownie się spotkają i zasiądą przy wigilijnym stole. Wydarzenia sprzed ponad siedemdziesięciu lat uczą nas, że zawsze warto być człowiekiem, bez względu na narodowość i pochodzenie regionalne. Dzięki temu narodził się nowy Wrocław jak feniks z popiołów.

Dziękuję za rozmowę.