Ostatnie święta na Wołyniu

Czy Polacy na dawnych Kresach Wschodnich wiedzieli, że będą musieli opuścić swój dom? Czy przeczuwali, że nadchodzi ludobójstwo? Generał dywizji Wojska Polskiego – Jan Kuriata we wspomnieniach, w rozmowie z Patrycją Jenczmionką-Błędowską opowiada o ostatnich świętach na terenach dawnej RP, a także o tych na terenach już zachodnich.

PJB: Jak zapamiętał Pan generał ostatnie święta przed opuszczeniem Wołynia?

JK: 1944 rok był to okres drugiej okupacji radzieckiej. Byliśmy wyzwoleni od Niemców, ale mieliśmy swoich wschodnich sąsiadów, którzy zarządzali tym terenem. W tym roku już wiedzieliśmy, że będziemy musieli opuścić swój Wołyń.

Nie były to święta wesołe, dlatego, że z jednej strony bandy UPA weszły w podziemie, ale mimo wszystko atakowały. Zamordowali m. in. moją ciocię. Jednocześnie ludzie nie wiedzieli, co będzie dalej, gdzie jedziemy. Mimo to staraliśmy się przeżyć święta normalnie. Ludzie byli bardzo gościnni. Wigilia była bardzo rodzinna. Pierwszy dzień świąt spędzaliśmy w gronie najbliższych, a do Trzech Króli odwiedzało się dalszych krewnych. Rodziny wtedy były duże, więc tych odwiedzin było sporo. Choć to były smutne czasy, po tym, co Polacy przeszli na Wołyniu, ludzie potrafi oderwać się od tego, potrafili się bawić, lubili śpiewać głównie kolędy. Jeśli chodzi o sprawy aprowizacyjne to były skromne z powodu panującej na Wołyniu biedy. Oddziały partyzanckie, których było tam wiele, żyły z tego, co im mieszkańcy dawali. Nasza wioska Woronówka została w 1943 roku spalona, więc mieszkaliśmy w lesie. Pobudowaliśmy domki, szałasy i tak żyliśmy, bawiliśmy się, żeniliśmy, dzieci chrzciliśmy i wesela odprawialiśmy w takich trudnych warunkach.

PJB: Pomimo braku niemal wszystkiego czy były akcenty świąteczne?

JK: Jeśli chodzi o symbole świąt, np. choinkę, to wokół rosły drzewa iglaste. Wycinaliśmy je i już było drzewko świąteczne w domu. Nie mieliśmy jednak w co ją ubrać. W trakcie wojny nie mieliśmy pieniędzy, nie było sklepów, przeszliśmy na życie pierwotne. Kobiety wymyślały i piekły ozdoby na choinkę: koguciki, piłeczki i tym się przyozdabiało drzewko. Śpiewano sporo kolęd także moje ulubione: „Wśród nocnej ciszy”, „Lulajże Jezuniu”. Dzień wigilijny był postem. Dzieciom można było dać jeden posiłek i też musiały czekać. Nie można było rozpocząć Wigilii póki na niebie nie pokazała się pierwsza gwiazdka. Jak zabłysnęła, była radość i zasiadaliśmy do stołu w rodzinie.

Dążyliśmy do przygotowania dwunastu potraw. Teraz podstawą jest ryba, a na Wołyniu kupić nie można było, a zimą złowić nie zawsze się udało. Dwa, trzy tygodnie wcześniej wyławiano już ryby. A jak brakowało to latem suszono na słońcu węgorze, by były na święta. Grzyby były wszędzie, więc tradycyjną zupę z grzybami i rybą jadło się na zimno. Dodatkowo wśród potraw była: kasza gryczana, kapusta z grochem, pierogi ruskie i z kapustą i grzybami. Kobiety piekły różne ciasta i placki z jagodami. Na naszych polach rosło żyto i gryka, ale nie pszenica. Kłopoty zatem mieliśmy z mąką pszenną. Jakimś cudem udawało nam się jednak na święta ją zdobyć, a także sól.

PJB: A strona duchowa?

O północy całymi rodzinami udawaliśmy się na Pasterkę. Świątynia była oddalona siedem kilometrów od domu, a w tamtym czasie śnieg potrafił spaść nawet na kilka metrów. Ludzie jechali końmi, wołami, a młodzież szła pieszo. W kościele było bardzo uroczyście i wesoło, a później powrót nad ranem do domu. Nie mieliśmy Pisma Świętego.  123 lata w niewoli zrobiło swoje. Rosja Carska niszczyła wszystko, co polskie. Zachowało się to, co jeszcze niezlikwidowany kościół utrzymał. W tym czasie było mało świątyń. Powszechny był analfabetyzm. Na wsi było ok. 70 proc. ludzi, którzy nie potrafi pisać ani czytać. Dopiero w okresie międzywojennym powstały czteroklasowe szkoły w większych wioskach i kilka siedmioklasowych w gminie. Dzieci miały obowiązek uczęszczania do szkoły od 7 do 14 roku życia, zatem potrafiły czytać i pisać. Wśród starszego pokolenia rzadko kto posiadał taką umiejętność, stąd też brak Pisma Świętego, bo kto by je czytał. U księdza zaopatrywało się w opłatki, którym dzieliliśmy się nie tylko w święta Bożego Narodzenia, ale i w Nowy Rok.

PJB: Czego sobie życzyliście? Jak obdarowywaliście?

Każdy chciał, by wojna się skończyła. Składaliśmy sobie także zwykłe życzenia ludzkie: miłości, szczęścia w rodzinie. Nie tylko mówiliśmy o wojnie, bo w niej żyliśmy na co dzień. Jak wspominałem, życzenia składaliśmy do Objawienia Pańskiego. Ojciec miał duża rodzinę, 13-ściorga rodzeństwa i odwiedzali się, więc potrzeba było na to trochę czasu. Mikołaj nie miał, co przynosić dzieciom. Kupić nic nie można było, zatem kobiety ręcznie wykonywały robótki – prezenty dla swoich dzieci. Natomiast, kiedy nas wyzwolono, to obchodziliśmy święto, w którym przychodził Dziadek Mróz. Jak skończyłem trzecią klasę szkoły podstawowej i miałem iść do czwartej to wybuchła wojna. Rosjanie cofnęli nas o jeden rok z powrotem. Omawialiśmy ponownie materiał skupiając się gównie na językach: rosyjskim i ukraińskim.

Mieliśmy przedstawienie w języku ukraińskim, słabo nam to wychodziło i jak pamiętam ja wcieliłem się w postać Dziadka Mroza. I to było nasze ostatnie spotkanie w szkole. Do końca wojny nie było już edukacji. Przed wojną w szkole ubieraliśmy także choinkę. Przypominam sobie jak nauczyciel wybrał trzech chłopców, którzy mieli przynieść drzewko świąteczne. I ja znalazłem się w tej grupie. Nie było świerków, tylko rosły sosny. Przynieśliśmy drzewko do klasy, a nauczyciel zadał nam zadanie na ocenę, by każdy z nas napisał coś o choince. Bardzo się z tym kłopotałem, aż w końcu napisałem wierszyk: „Przyszła do nas choineczka, piękna zgrabna panieneczka. Przyszła do nas w kącie stała i uśmiechnąć się musiała. Gdy ją dzieci zobaczyły świecidełek, chorągiewek nawieszały. Chorągiewki powiewają, choineczce pieśń śpiewają”.  Dostałem najlepszą ocenę za to, że napisałem  w sposób niekonwencjonalny. I tak to zapamiętałem jako chłopiec w trzeciej klasie. W 1939 roku to była ostatnia choinka w naszej szkole. Kiedy przyszły nowe, ciemne czasy pojawiła się ruska choinka z dziadem mrozem bez krzyży w szkole.

PJB: Czy w tym czasie można było poczuć choć namiastkę radości?

Z pewnością w okresie dzieciństwa to każde święto jest radosne. Cała rodzina jest za stołem. Jest przyjaźnie, wesoło, ze śpiewem. To jest ten dzień, kiedy się wszyscy są razem, obok siebie, całą rodziną. Ta radość u najmłodszych była każdego roku bez względu na tragedię. Dzieci czekały na pierwszą gwiazdkę i w dodatku głodne.

W 1944 roku, kiedy weszły do nas pierwsze oddziały rosyjskiego frontu wschodniego i zostaliśmy wyzwoleni spod ucisku niemieckiego i bandy UPA przygasły, to była także największa radość. Mimo że Rosjanie zrobili nam wiele krzywdy, to to, co robili Niemcy z Ukraińcami, było dużo gorsze. Z tego zła jedno było trochę mniejsze. 

PJB: Czy przeczuwaliście, co się wydarzy?

Raczej nie. Prości ludzie nie zdawali sobie sprawy, co nastąpi. Wiedzieliśmy, że nacjonaliści się organizują, że Litwa, Niemcy, Czesi, Kanada udzielają im pomocy. Między ludźmi panowała przyjaźń. W naszej wiosce Ukraińców nie było. Najbliższa taka wioska, Białaszówka, była w odległości 10 km. Ukraińcy utrzymywali z nami kontakty. Dla nich było zaszczytem, kiedy Polak ochrzcił mu dziecko. Kum (chrzestny) dla nich to była najbliższa rodzina, jak brat. We wsi Posiołek mieszkało 9 rodzin ukraińskich. Ich dzieci chodziły do szkoły w Woronówce.

Jak nadchodziły święta pomimo że byliśmy innego wyznania, częstowaliśmy się przysmakami w tym czasie. Nikt nie powiedział: Ty Ukrainiec czy Ty Polak. Po imieniu do siebie mówiliśmy. Na mnie wołano Jasiek. W 1943 roku, kiedy rozpoczęła się rzeź główna, sąsiad Ukrainiec z Białoszówki przyszedł i powiedział do Polaków: dziś w nocy wyjeżdżajcie, bo jutro może już was nie być. Przeprowadzili się do naszej wsi z trzema rodzinami ukraińskimi i mieszkali z nami, aż do wycofania Niemców i do momentu, kiedy przyszli Rosjanie. Jeździli jednak na swoje pola kosić siano i dbać o nie. Zimą 1944 roku ojciec z synem i z wnuczkiem pojechali tam i już nie wrócili. Swoi ich zamordowali.

PJB: Jakie były te pierwsze święta na Ziemiach Zachodnich?

JK: Pierwsze święta na Ziemiach Odzyskanych spędziłem w Milejowicach w gminie Żórawina. W tej wsi osiedlił się mój tata z bratem i dwiema siostrami. Mówiłem, że były trudności w organizacji świąt na Wołyniu, jednak na Ziemiach Zachodnich było to jeszcze trudniejsze. Nie było tam nic. Handel we Wrocławiu był niezorganizowany, ponieważ front stał tu od lutego do maja. Rosjanie zjedli wszystko, nawet koty. Ani Polacy, ani Niemcy nie mieli nic. Udało mi się złapać dwa zające. To było wielkie święto, bo jedliśmy tylko ziemianki i mieliśmy trochę mleka od krowy.

Pierwsze lata były ciężkie, kolejne były już lżejsze, gdy zaczęto się organizować. Ludzie trochę się otrząsnęli z dramatu jaki ich spotkał, bo początkowo myśleliśmy, że jesteśmy tu tymczasowo. Mówiono o trzeciej wojnie światowej, że zachód wypędzi Rosjan, a my wrócimy na swoje ziemie. Takie marzenia ludzkie i bajeczki, które były opowiadane. Nic z tego nie wyszło. Zaczęliśmy normalne życie wspólnie z Niemcami. Przez półtora roku pracowaliśmy razem. Zasypywaliśmy rowy przeciw czołgowe koło Milejowic, Mnichowic, Wojkowic, gdzie przechodziła pierwsza linia obrony Wrocławia. Saperzy rozminowywali pola, zbierali pociski i tak do 1947 roku, kiedy Niemcy wyjechali, a my zostaliśmy gospodarzami. I było coraz lepiej, mimo że po wojnie wciąż mieliśmy wiele trudności, to jednak było to nieporównywalne do tego, co działo się w trakcie jej trwania.

Początkowo chodziliśmy na nabożeństwa do pastora, natomiast w 1946 roku przyjechał ksiądz i otworzył dla nas parafię. Zaczęło się budzić życie, także to wspólnotowe.

fot.: Rodzina Szwedów (przezwisko “Dziki”) z Woli Ostrowieckiej. Źródło: IPN