Jak przeżyć na łotewskiej prowincji? Poradnik ilustrowany.

Na łotewskiej prowincji, w semigalskiej wiosce Sece, mieszkałem od lipca 2006 do maja 2007 roku. W poprzednim artykule opisałem swoją pracę w ramach wolontariatu. W tym pochylę się nad prowincjonalnym życiem w czasie wolnym.

Przez długi czas wydawało mi się, że Sece to takie “the middle of nowhere”. Ciągnące się pola, nieprzebyte lasy, kiepskie drogi i dwa/trzy autobusy dziennie. Z perspektywy kogoś kto urodził się i wychował na Górnym Śląsku była to wioska “zabita dechami”. Z perspektywy mieszkańca Rygi też. Trzeba mieć jednak świadomość, że na Łotwie są miejsca o wiele bardziej odcięte od świata. W porównaniu z nimi Sece to naprawdę prężny ośrodek.

/1/ Strautmales – gospodarstwo, w którym mieszkałem /2/ Ruiny wiatraka /3/ Wiecznie zielony las, /4/ Szkoła /5/ Urząd gminy, sklep, przystanek autobusowy /6/ Kościół luterański i cmentarz wojenny.

W Sece wiele nie było, ale nie można powiedzieć, że nie było nic. Był sklep. A nawet dwa. Urząd gminy, w którym czasem coś się działo. Biblioteka z Internetem (w 2006 roku internetyzacja wsi była słaba). Pomnik poświęcony bokserowi Arnoldsowi Knīsisowi. Kościół luterański z cmentarzem wojennym. Ruiny wiatraka.

Wjazd do wioski.
Urząd gminy – pierwszy widok po wyjściu z autobusu.
Bloki między urzędem gminy a szkołą.
Pomnik Arnolda Knīsisa, mistrza bokserskiego, który zginął w 1942 roku.

Kościół luterański (łot. Seces evaņģēliski luteriskā baznīca) stoi na wzgórzu. Wybudowano go w 1792 roku. Nigdy jednak w nim nie byłem. Zawsze był zamknięty. Ponoć w czwartą niedzielę miesiąca odbywały się tam nabożeństwa, ale jakoś nie miałem okazji, aby to sprawdzić.

Raz za to byłem na Mszy katolickiej, która (raz w miesiącu) sprawowana była w… urzędzie gminy. Tempo ekspresowe. Trwała jakieś 20 minut. Ponoć kiedyś odbywała się w luterańskiej baznicy, ale z jakiś przyczyn przeniesiono ją do sali w urzędzie.

Ja na niedzielne Msze jeździłem zwykle do Aizkraukle, gdzie był najbliższy kościół. Zajmowało mi to zwykle cały dzień. Jechałem jedynym możliwym autobusem o 7.40. Potem czekałem cztery godziny. O 12.00 Msza. I znów trzy godziny czekania na ostatni autobus, który odjeżdżał koło godziny 16.00.

Kościół luterański. Widok ze wzgórza.
Kościół luterański. Widok z drogi.
Droga do kościoła.

Obok kościoła znajduje się niemiecki cmentarz wojenny z czasów I wojny światowej. Proste, żołnierskie mogiły. A na nich nazwiska brzmiące znajomo. Karasiwicz. Walkowski. Starosta. Graminski. Pipowski. To chyba jedyne polskie ślady we wsi. A trzeba mieć świadomość, że Sece, jak całe Księstwo Kurlandii i Semigalii, odpadło od Rzeczypospolitej później niż Lwów czy Poznań. Dopiero po III rozbiorze, w 1795 roku, 3 lata po wybudowaniu kościoła, który stoi na wzgórzu…

Karasiwicz. Walkowski.
Cmentarz co jakiś czas jest porządkowany przez uczniów z Sece.

Ale to nie kościół zwrócił moją uwagę, gdy w lipcu 2006 roku przyjechałem do Sece. Pamiętam, że najbardziej zaintrygowały mnie wtedy ruiny wiatraka. Stały niedaleko gospodarstwa, w którym mieszkałem. Zresztą, jak się później okazało, należały do rodziny, która mnie gościła. Nie wyglądały jak młyn. Raczej jak pozostałości jakiejś prastarej wieży.

Pierwszy miesiąc mojego wolontariatu był zarazem ostatnim miesiącem projektu mojego poprzednika – Francuza Pierra. Pamiętam, że jedno z pierwszych pytań jakie mu zadałem dotyczyło młyna. Okazało się jednak, że nigdy tam nie był. Po prostu nie przyszło mu na myśl, aby zejść z drogi, wejść na wzgórze i zajrzeć do ruin. Poszliśmy tam razem. Usiadł na szczycie i przez kolejne cztery godziny wpatrywał się w horyzont…

Lato 2006.
Lato 2006.
Zima 2007.

Czytałem kiedyś artykuł, z którego wynikało, że podczas wojny w młynie znajdowało się stanowisko CKM-u. Ostrzał doprowadził do naruszenia konstrukcji, która runęła w latach 60-tych.

Widok ze szczytu wiatraka.
Najbliższe sąsiedztwo ruin.

Obok ruin znajdował się las. Gęsty i ciemny. Było w nim coś przyciągającego i złowieszczego zarazem. Przez kilka miesięcy przechodziłem obok niemal codziennie. Aż w końcu zboczyłem z rutynowego kursu. Przedarłem się przez ścianę krzewów. Był grudzień. W lesie było zielono… Wszystko pokryte mchem.

Najlepszy las należał jednak do mojej gospodyni. Babcia (łot. Vecmama) zabrała mnie kiedyś na grzybobranie. Pomijam fakt, że zbieraliśmy jakieś dziwne grzyby z blaszkami i w Polsce bym ich nie tknął… Las był jednak niesamowity. Przejrzysty. Tylko drzewa i dywan z mchu.

Ale nie każdy łotewski las jest taki. Wspomniany już Pierre też miał swoje ulubione miejsce. Szło się tam godzinę. Przedzierało przez jakiś busz, aż w końcu dochodziło się do wzgórza, gdzie komary siekły niemiłosiernie. Las wokół był gęsty. Zamiast dywanu z mchu były krzaki z kolcami. Poszedłem tam raz w życiu – z Pierrem i jego francuskimi znajomymi. Pierre mówił, że ze wzgórza zobaczymy bobra. Pół godziny czekałem. Bóbr nie przyszedł. Postanowiłem więc wrócić do domu. Schodzę w dół. Nagle widzę i słyszę, że rusza się trawa. Chwilę później kilka metrów ode mnie stanął bóbr. Spojrzał na mnie wymownie, jakby chciał powiedzieć: “Przekaż Francuzom, że dzisiaj mnie nie zobaczą…” i zniknął w gęstwinie. A Pierre? Cóż, siedział na wzgórzu jeszcze godzinę i faktycznie tego dnia bobra nie zobaczył.

Wiecznie zielony las.
Grzybobranie w lesie Babci.
W Sece nie ma drzewa, które nie byłoby porośnięte mchem albo porostem.

Natura jest skarbem łotewskiej prowincji. Bardzo szybko to zrozumiałem. To ona nadaje rytm. W Sece nigdzie się nie śpieszyłem, na wszystko miałem czas. Chodziłem po polach i lasach, rzucałem palem, budowałem tamy albo wsiadałem na rower i jechałem w siną dal. To ostatnie wiązało się jednak z pewnymi niedogodnościami. Niestety drogi na łotewskiej prowincji są fatalne. Jest to przekleństwem i błogosławieństwem zarazem… i pierwszym wyznacznikiem prowincjonalizmu. Kiepskie drogi oznaczają zastój. Nikt nie chce prowadzić interesów gdzieś, gdzie nie może łatwo dojechać. Mały ruch z kolei ma swoje plusy. To właśnie z tego m. in. wynika dziewiczość łotewskiej natury.

Mój przyjaciel rower.
Tama, którą wybudowałem w marcu 2007 roku.
Bezpośrednia inspiracją był list Tolkiena, w którym pisał, że zbudował tamę na strumyku w szwajcarskich Alpach.

W czasach, w których mieszkałem w Sece kiepskie były nie tylko drogi lokalne, ale również regionalne. Przykładem może być tu trasa Jēkabpils – Bauska. Droga w dużej mierze była szutrowa. W autobusie trzęsło niemiłosiernie. “Jak oni przewożą jajka?” – na to pytanie, zadane przez mojego znajomego ze Śląska, nigdy nie poznałem odpowiedzi.

Obecnie do Sece wiedzie droga asfaltowa. Jej pojawienie się zaskoczyło wszystkich, bo przez wiele lat tylko się o tym mówiło i wszyscy wizję dobrej nawierzchni zaczęli traktować jak legendę. Drogi lokalne pozostały takie, jakie były.

Bez dziur łotewska droga nie byłaby sobą.
Jedzie szkolny autobus…
…zostawiając za sobą chmurę pyłu.
Łotewska droga gwarantem przygód.
“Łotewska droga” to również nazwa partii politycznej. Miała fatalne wyniki i zlikwidowano ją w 2011.

W Sece niewiele było i niewiele się działo. Większość czasu spędzałem w gospodarstwie, które stało się moim domem. Określałem je słowami “Middle Ages and microwave”. W kuchni stał stary piec, na którym Babcia gotowała ziemniaki i w którym piekła speķa pīrādziņi (pieczone bułeczki z boczkiem i cebulą). W pokojach stały bardzo stare meble. Były też XIX-wieczne książki o zwierzętach. Co ciekawe widziałem takie same w Muzeum Narodowym w Pradze. Dzieci bawiły się monetami sprzed 200 lat. Dom był stary, skrzypiący. Nie brakowało w nim jednak wszystkiego tego, co przyniosła cywilizacja – telewizji satelitarnej, zmywarki do naczyń i mikrofali…

W Sece każde gospodarstwo miało swoją nazwę. Moje miało nazwę “Strautmales”, czyli “Brzeg strumyka”.
Stumień płynie między wzgórzem, na którym stoję a zabudowaniami.
Średniowiecze i mikrofala.
Madars (mój nauczyciel łotewskiego) przy pianinie “Riga”, które stało w moim pokoju.

Sporo czasu spędzałem z dziećmi, z którymi mieszkałem – Ēriksem i Mārtiņšem. Ēriks był de facto moim pierwszym nauczycielem łotewskiego. Chodziłem z nim po okolicy i pytałem: “Kas tas ir?” (co to jest?). On mi odpowiadał i tak poznawałem kolejne słowa. Prowadziło to czasem do nieporozumień. Ot, na przykład Ēriks pokazuje jakiegoś gada i mówi: “paskatīties”. Myślę sobie: to pewno ten gad się tak nazywa. Chwilę później pokazuje coś innego i znowu mówi: “paskatīties”. No to się domyśliłem, że to jednak nie o gada chodziło. Z czasem zrozumiałem, że “paskatīties” to “popatrz”.

W gospodarstwie była jeszcze Babcia i jej syn Vents, który jednak nie był ojcem dzieci, tylko wujkiem. Ojciec mieszkał w gospodarstwie oddalonym o jakieś pół kilometra. Życie Babci toczyło się wokół ogrodu i obory. Prawdziwa kobieta pracy. Wstawała wcześnie rano. Zaparzała kawę. Potem wychodziła robić swoje. Wracała koło południa. Robiła obiad dla wszystkich. Potem znów znikała. Wracała wieczorem. Oglądała dzienniki telewizyjne. I do spania. I tak w zasadzie wygląda życie na prowincji.

Ēriks i Mārtiņš.
Ēriks i motyl.
Nad strumykiem.
Zima w Sece.
Znajomi z Rygi przy ruinach innego budynku, który znajdował się w gospodarstwie. Wybudowano go z całkiem sporej wielkości kamieni.

Prowincja nie jest w lasach lub na łąkach. Prowincja jest w ludziach. Przed wojną był w Sece wiejski teatr. Mam na to dowód – zdjęcie znalezione w jednym z ryskich antykwariatów. Na nim 18 osób. I podpis: “1928 g. Seces aktieru trupa”. Grupa aktorów z Sece...

Aktorzy z Sece. 1928 rok.
Władca świata i Dainis, największy rozrabiaka w szkole. Wrzesień 2006.

W Sece mieszkał też Pēteris Seņkāns. Spotykałem go czasem. Długa broda. Na czole jakieś kółko. Obwieszony symbolami. W ręku mała maczuga. Mieszkańcy wioski uważali go za wariata. Dzieci się go bały, albo wyśmiewały. Babcia mówiła mi, że kiedyś był bardzo bogaty i miał amfibię. Przez pierwsze dwa tygodnie myślałem, że to tylko lokalne dziwadło. W sierpniu 2006 pojechałem jednak na szkolenie dla wolontariuszy. W ośrodku na stoliku leżały magazyny. W jednym z nich znalazłem o nim artykuł…

W Rydze Pēteris Seņkāns znany był jako “Pasaules Valdnieks” – Władca Świata. Miał nawet taką wizytówkę, którą z własnych środków wydrukował mu jakiś specjalista od marketingu. Tramwajami jeździł za darmo. Żaden kontroler do niego nie podchodził. Gdy w 2009 roku zmarł pisały o tym gazety. Cóż, prowincja czasem bywa ciekawsza niż nam się wydaje…