JOW – lekarstwo na partiokrację?

Ze sporą uwagą obserwowałem wybory do Senatu w Krakowie w okręgu nr 33. Wystartowało w nim trzech kandydatów: Bogdan Klich (PO), Rafał Komarewicz (bezpartyjny) i Krzysztof Mazur (bezpartyjny z poparciem PiS). Faworytem był rzecz jasna były minister obrony z Platformy Obywatelskiej. Szanse radnego Komarewicza oceniane były jako niewielkie. “Czarnym koniem” mógł jednak okazać się dr Mazur, były prezes Klubu Jagiellońskiego.

Miasto Kraków to teren mający swoją specyfikę, na którym Prawo i Sprawiedliwość nigdy nie odnosiło większych sukcesów. W ostatnich wyborach samorządowych uzyskało w radzie 16 miejsc na 43. Nie wróżyło to mandatów dla PiSu w dwóch krakowskich okręgach. Być może dlatego partia zdecydowała się wystawić kandydata bezpartyjnego, w dodatku poddającego krytyce niektóre aspekty “dobrej zmiany”.

Krzysztof Mazur swój start ogłosił w połowie sierpnia. Już podczas pierwszej konferencji prasowej zapowiedział: “Chciałbym postawić przed krakowianami wybór – czy chcą mieć, ambasadora takiego jak ja, który jest młodszy, bardziej energiczny, jest ambasadorem lokalnych spraw w Krakowie i Warszawie, czy na senatora jako polityczną emeryturę”.

W swoich zapewnieniach Mazur był wiarygodny. Miał doświadczenie w pracy społecznej. Prowadził też bardzo aktywną kampanię. Codziennie pojawiał się tam, gdzie byli ludzie – na pętlach tramwajowych, placach targowych, w parkach. Pomagali mu w tym ludzie, którzy dobrze go znali. To Drużyna M, która uwierzyła, że Krzysztof Mazur może nie tylko dostać się do Senatu, ale wprowadzić nowe trendy w sposobie wykonywania mandatu.

Imponująca była również aktywność w Internecie. W czasie swojej kampanii Mazur nagrał ponad 20 filmów, przy czym większość stanowiły “lajfy”, na których rozmawiał z mniej lub bardziej znanymi ludźmi poruszając różne kwestie: od kultury po standardy opieki okołoporodowej. Nagrania te nie miały co prawda ogromnych zasięgów, odgrywały jednak rolę mobilizującą i były obrazem kierunku, w którym zmierzał kandydat PiSu. Komunikacja z suwerenem miała być tu podstawą. I tak oto Mazur obiecywał nie tylko dogodne godziny otwarcia swojego biura (2 razy w tygodniu do 20:00) ale również “lotne biuro senatorskie” w domach kultury, kawiarniach, restauracjach.

Z wszystkich koncepcji Mazura najbardziej ujęła mnie wizja Wesołej (terenu poszpitalnego o powierzchni 9 hektarów) jako “nowego serca Krakowa”, czyli przestrzeni dla organizacji społecznych, działów badawczo-rozwojowych firm, młodych artystów, etc. Pomysłów rzecz jasna było dużo więcej. Nic więc dziwnego, że na początku października, lokalny portal KRKnews.pl pisał: “Dynamiczna, nowoczesna i aktywna kampania spowodowała, że były szef Klubu Jagiellońskiego stał się czarnym koniem.”

Obiektywnie Mazur zrobił dużo lepszą kampanię niż Klich. Wszędzie było go sporo. Zrezygnował z billboardów na rzecz wielkich pudeł stojących na chodnikach lub trawnikach. To też miało być symboliczne wyjście do ludzi. Prowadził intensywną kampanię bezpośrednią. Nie sam zresztą. Jego spójna wizja pełnienia mandatu senatora mogła być dla wielu mieszkańców atrakcyjna. W jednym się jednak pomylił. Podczas pierwszej konferencji prasowej powiedział: “Senat to są jednoosobowe okręgi wyborcze, tutaj głosuje się przede wszystkim na osobę, a nie na partię”. Praktyka pokazała, że jest inaczej.

13 października senatorem został niemrawy Bogdan Klich uzyskując 123 080 głosów, czyli 54,67%. Mazur otrzymał poparcie sporo mniejsze – 74 177 głosów (32,94%). Resztę (27 904, czyli 12,39%) zgarnął Komarewicz. I tak oto kolejny raz zadecydowały barwy partyjne a nie indywidualne cechy kandydata. Wniosek? Partiokracja ma się dobrze i żadne JOWy jej nie ruszą.