Katolicyzm i kryzys klimatyczny

Znany tu i ówdzie “influencer”, Artur Kurasiński, zabłysnął ostatnio przemyśleniami na temat roli religii w walce z kryzysem klimatycznym. Dominująca narracja obecnie jest bowiem taka, że głównymi winowajcami kryzysu klimatycznego są polskie rodziny przywiązane do jedzenia mięsa, zaś remedium na nadmierną produkcję CO2 jest tegoż mięsa opodatkowanie, aby stało się droższe i mniej dostępne. Zatem polscy mięsożercy to główna bolączka całego świata, a że powszechnie wiadomo, jak dobrze żyje się Polakom, to utrudnienie im konsumpcji mięsa nie powinno być wcale traktowane jako coś złego.

Co ma do tego religia? Otóż według rzeczonego influencera religia sprzyja jedzeniu mięsa, ponieważ tradycyjnie nasze wigilijne stoły trzeszczą pod ciężarem różnego rodzaju mięs. Wigilijne? Cóż, tak właśnie napisał. Miał zapewne na myśli Wielkanoc (albo przynajmniej pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia), ale zamiast do pomyłki się przyznać (co internetowym celebrytom nie przystoi), powoływał się na to, iż w zniesiony został obowiązek zachowania wstrzemięźliwości od pokarmów mięsnych Wigilię Bożego Narodzenia, a następnie przywołał badania, z których wynikało, że miażdżąca większość Polaków jednak tych mięsnych potraw nie je. Najwyraźniej w świecie celebrytów internetu obowiązuje zupełnie inna logika argumentacji, więc nie będziemy tego analizowali.

Istotne jest coś zupełnie innego. Czy można być bowiem katolikiem, nie spożywając mięsa? Czy można być ekologicznym, będąc katolikiem? Wreszcie: czy jest jakikolwiek problem, którego nie można przypisać sprawstwu katolicyzmu i Kościoła?

Przynajmniej na trzecie pytanie odpowiedź jest jasna: nie istnieje, przynajmniej w środowisku będących na bakier z elementarnym wykształceniem internetowych celebrytów. Na dwa pozostałe postarajmy się odpowiedzieć już bardziej poważnie.

Święty Augustyn i prawa zwierząt

W perspektywie chrześcijańskiej teologii dzieło Stworzenia jest antropocentryczne. Bóg nie stwarza świata dla siebie, ale wszystkie elementy świata podporządkowuje człowiekowi, który jest stworzony na Jego obraz i podobieństwo (Gen 1, 26-31). “Obraz i podobieństwo” do Boga mają bardzo poważne konsekwencje teologiczne, ale omówienie wszystkich niuansów wykraczałoby zdecydowanie poza ramy tego artykułu. Dość powiedzieć, że teologia chrześcijańska, której podstawą filozoficzną była klasyczna filozofia grecka (do pewnego czasu Platońska i neoplatońska, a od XIII wieku Arystotelesowska), dotarła do definicji człowieka jako istoty rozumnej, obdarzonej wolną wolą i duszą nieśmiertelną.

Jeżeli zatem człowiek jest istotą rozumną, a wszystkie inne stworzenia są ustawione w dziele Stworzenia poniżej, stanowi to dość istotną perspektywę dla analizowania relacji pomiędzy człowiekiem a zwierzętami. W Państwie Bożym św. Augustyn pisze zatem, że przykazanie “nie będziesz zabijał” (w lepszych, bardziej dosłownych tłumaczeniach “nie będziesz dokonywał mordu”) nie może odnosić się do roślin i zwierząt, ponieważ są one odmienne od człowieka, tymczasem “morderstwo” ma określone znaczenie i odnosi się jedynie do ludzi. Natomiast św. Tomasz z Akwinu, uznając rodzajową wspólnotę między zwierzętami a człowiekiem, odmawiał im w Summie teologicznej duszy nieśmiertelnej (a nie, jak twierdzą ludzie niedouczeni, duszy w ogóle), ze względu na gatunkową odmienność ich rodzaju poznania i miejsca w systemie przyrody. Relacja pomiędzy ludźmi i ocena postępowania w tych relacjach nie może zatem opierać się na tych samych przesłankach, co relacja pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem.

Właściwie to te dwa passusy stanowią ulubiony materiał odwołań wszelakich eko-aktywistów i domorosłych specjalistów od bioetyki, którzy tutaj zaczynają wskazywać palcem na chrześcijaństwo jako ideologię nieczułych na cierpienie zwierząt psychopatów.

Jest to o tyle śmieszne, że to właśnie chrześcijaństwo zerwało ze składaniem krwawych ofiar ze zwierząt, które charakterystyczne było dla dokładnie każdej religii, przynajmniej w basenie Morza Śródziemnego i większości terenów Europy, na długo przed pojawieniem się Chrystusa, a także na długo po nim. Zwolennicy idealizowania politeistycznych “religii naturalnych” podkreślają bardzo często, jak wielki nacisk kładziono w tamtejszych kosmogoniach na wspólnotę między człowiekiem a zwierzętami, wysysając swoje wiadomości z palca i przecząc historiografii. Udokumentowane rytuały ofiarne były niezwykle okrutne, a powtarzającym się elementem było (i jest nadal) kładzenie nacisku na to, aby składane w ofierze zwierzę było ofiary “świadome” – co oznacza nic innego, jak zakaz ogłuszania zwierzęcia przed dokonaniem na nim czynności rytualnych (takich jak pobranie krwi przez poderżnięcie gardła, odcinanie kończyn itd).

Powoływanie się na przykłady chrześcijańskich ascetów, którzy ponad wszelką wątpliwość nie spożywali mięsa, nie jest rzecz jasna miarodajne, ponieważ w łonie każdej religii zdarzały się grupy i jednostki prowadzące podobny tryb życia. Niemniej chrześcijaństwo, chociaż nie zakazywało jedzenia mięsa i zabijania zwierząt, w żaden sposób tego nie nakazywało – jak sugerują komentatorzy z internetu przy każdej podobnej okazji – ani też nie czyniło z tych rzeczy centralnego elementu kultu. Co więcej, o ile przykłady życia w ciągłej ascezie nie są statystycznie istotne, jeżeli chodzi o opis danej religii, o tyle należy przypomnieć, że chrześcijaństwo nawoływało do cyklicznego poddawania się ascezie, gdzie właśnie post od pokarmów mięsnych był główną formą wyrzeczenia.

Jedzenie zwierząt po chrześcijańsku

No właśnie: skąd w tradycji chrześcijańskiego świętowania pokarmy mięsne? Domorosłym specjalistom od chrześcijaństwa umyka jeden z najciekawszych procesów, jakie dokonały się w historii religii. Od zarania dziejów koncepcja czasu była kolista – wszystkie rzeczy, które działy się, miały naturę powtarzalną. Zjawiska tłumaczone były rytuałami i mitami, które działy się poza historią, w illud tempus, “onym czasie”. Świat miał pewien początek, ale jest ze swojej istoty wieczny, więc wszystko dzieje się na nim od nowa. Dzień zastępowała noc, a lato ustępowało miejsca jesieni i zimie; ludzie rodzili się i umierali, a historia ludzkości również naznaczona była ciągłymi przemianami.

Tymczasem chrześcijaństwo jest religią wskroś historyczną, z linearną koncepcją czasu, gdzie początek wyznacza Stworzenie, a Wcielenie jest ostateczną ingerencją Boga w historię ludzką i zwiastunem rychłego końca. Pierwsi chrześcijanie mocno przygotowywali się na ów koniec, Powtórne Przyjście, wierząc, że stanie się to jeszcze za ich życia. W momencie, kiedy chrześcijaństwo stało się religią państwową Cesarstwa Rzymskiego i za jego pośrednictwem dotarło do ludów pogańskich, wyznających czas cykliczny, nieuchronna stała się adaptacja pogańskich rytuałów do praktyki religijnej. Tak – to nie jakiś “spisek Watykanu”, ale oddolna potrzeba ludów pogańskich wymogła na dostosowanie kalendarza liturgicznego do świąt związanych z kalendarzem rolniczym.

Również to, co jemy w trakcie różnych świąt w ciągu roku, związane jest z lokalnymi zwyczajami wyznaczającymi okresy karnawałowe w ciągu roku. Obecność pokarmów mięsnych w celebracji – pomijając pogański aspekt sakralny – wynika z tego, że produkcja mięsa była kosztowna i długotrwała (a także ryzykowna, jako że trzoda chlewna żywiła się również płodami rolnymi), więc z definicji nie mogło stanowić elementu codziennej diety. Kiedy zatem pojawił się nowy element w postaci świąt chrześcijańskich, ich celebracja przebiegała stosownie do “ekonomicznej bazy” ludów, które chrześcijaństwo dopiero co przyjęły.

Jednak nie bez zastrzeżeń. Obrzędy towarzyszące okresom karnawałowym niejednokrotnie były brutalne, krwawe i jedzenie mięsa miało w nich znaczenie znacznie bardziej doniosłe, niż jedynie uzupełnienie braków w diecie. Było związane z płodnością, seksualnością, gniewem i zwierzęcością. W niektórych mitach celtyckich i germańskich spożywanie mięsa w określonych porach miesiąca mogło prowadzić do przemiany w wilkołaka.

Czytając listy misjonarzy w pierwszych wiekach obecności chrześcijaństwa na terenie Europy północnej można domniemywać, że nacisk, jaki stawiano na wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych, był spowodowany również odrazą w stosunku do zastanych obrzędów pogańskich.  Z czysto teologicznego punktu widzenia chodzi o to, aby wyrzec się pokarmu “luksusowego”, sprawiającego przyjemność ciału, i przez ograniczenie potrzeb otworzyć się na potrzeby innych przez jałmużnę. Pomimo tego jednak, że warunki ekonomiczne zmieniły się dość znacznie, i mięso (a przynajmniej niektóre potrawy mięsne) nie zaliczają się do czołówki luksusowych – a wręcz przeciwnie – “post jakościowy” w doktrynie (i praktyce religijnej) oznacza nic innego, jak właśnie powstrzymanie się od spożywania pokarmów mięsnych.

Z tej perspektywy oskarżanie “tradycyjnej relgijności katolickiej” o to, że Polacy są przywiązani do jedzenia mięsa, jeżeli nie jest wynikiem niedouczenia, musi być postrzegane jako bezczelny cynizm.

Czy ekologia jest grzechem?

Paradoksalne jest to, że jeżeli analizować będziemy chrześcijańską teologię, to nieuchronnie musimy dojść do wniosku, że gdyby cała populacja Ziemi stosowała się do jej zaleceń, nie mielibyśmy do czynienia z większością ekologicznych problemów. Świat stworzony przez Boga jest dany człowiekowi we władanie, jednak centralnym punktem teologii jest to, że świat ten jest tylko tymczasowym przystankiem w drodze ku zjednoczeniu z Bogiem. Aby do tego celu dotrzeć, należy ograniczać potrzeby ciała: walczyć z chciwością, zazdrością, z obżarstwem i z seksualnym rozpasaniem. Właściwie wszystkie rzeczy, które obecnie prowadzą do degradacji środowiska naturalnego, wynikają z praktykowania któregoś z grzechów.

Ekologia jest w pełni zgodna z teologią chrześcijańską, z jedną wszakże różnicą: różnicą w intencji. Ekologia, która ubóstwia naturę, jest bluźniercza, a ponadto nonsensowna. Ekologia, która wynika z szacunku do Bożego dzieła, jako jedyna ma szanse powodzenia.