Mobilna Rekreacja Muzyczna

Maciej Kierył, lekarz anestezjolog i muzykoterapeuta, jest autorem funkcjonującego w Polsce od ponad 30 lat Modelu Mobilnej Rekreacji Muzycznej, stosowanego obecnie przez wielu muzykoterapeutów w różnych ośrodkach leczniczych i wychowawczych na terenie całej Polski. O swojej metodzie opowiada Annie Majowicz.

A.M.: W 1980 roku ukończył Pan studium Muzykoterapii we Wrocławiu. Zanim to jednak nastąpiło pracował Pan jako lekarz anestezjolog. Dlaczego zdecydował się Pan rozpocząć studia we wrocławskiej szkole?

M.K.: Od 1975 roku regularnie jeździłem na zjazdy muzykoterapii do Wrocławia. Studium było jedynym miejscem, w którym mogłem swobodnie porozmawiać o moich problemach, czyli tych działaniach, które spontanicznie robiłem pracując przez cztery lata w szpitalu jako anestezjolog, gdzie operowanemu pacjentowi odtwarzałem muzykę. Czemu to służyło? Na początku w celu uprzyjemnienia ogólnej atmosfery, która panuje na sali operacyjnej podczas oczekiwania na głównego operatora (bo kiedyś się na niego trochę czekało), a później, kiedy pozytywnie te spokojne nagrania docenił chory, odtwarzałem je świadomie pod koniec zabiegu całemu zespołowi. Utwory, które odtwarzałem, dziś zaliczyć można do muzyki relaksacyjnej, ale niekoniecznie należały one do utworów spokojnych – znalazły się tam zarówno walce angielskie i wiedeńskie, tanga, jak i wielkie przeboje muzyki rozrywkowej: nagrania Nat King Cola, Franka Sinatry, Deana Martina, czy Jima Riffsa. Swoje doświadczenia opisywałem właśnie na tych cyklicznych zjazdach. Suma tych doświadczeń z sali operacyjnej, a później z sali porodowej (odtwarzałem także muzykę dla kobiet w ciąży) nasunęła panu docentowi Andrzejowi Janickiemu – który zresztą po dziś dzień jest czynnym muzykoterapeutą ze Stronia Śląskiego – propozycję, bym usankcjonował moje działania kończąc studium muzykoterapii. Ja oczywiście skwapliwie się zgodziłem, dwa lata dojeżdżając do Wrocławia na indywidualny program, ale co ciekawe, mówiąc chełpliwie niektóre zajęcia sam prowadziłem, jako wykładowa. Dlaczego ja? Miałem wówczas ogromne doświadczenie w patologii ciąży. Było to niewątpliwie docenienie moich spontanicznych działań, zarówno przez pana docenta, jak i przez pana prof. Tadeusza Natansona.

A.M.: Jest Pan autorem Mobilnej Rekreacji Muzycznej – łatwej popularnej techniki Profilaktyki Terapii Muzycznej, którą stworzył Pan zaledwie sześć lat od rozpoczęcia studium Muzykoterapii. Skąd pomysł, aby zastosować tę właśnie technikę?

M.K.: Technika ta zrodziła się spontanicznie, na skutek przede wszystkim mojego medycznego kontaktu z dzieckiem mniej sprawnym (wtedy mówiło się dzieci specjalnej troski). Pewnego razu wezwano mnie do dziewczynki, która zakrztusiła się tabletką. Oklepałem jej po plecach, a że miała podrażnioną tylną ścianę gardła, to kasłała. Siostry Zakonne (ze Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Misjonarek Maryi), prosiły abym poczekał, gdyż z dzieckiem nie było żadnego kontaktu – była to dziewczynka głęboko niesprawna, powiedzieć można głęboko upośledzona. Ja natomiast, aby złagodzić jej niepokój zacząłem grać na pianinie tzw. ,,muzykę ujazzowioną”. Była to dla chorych dzieci przebywających w Domu Pomocy Społecznej muzyka nietypowa, w związku z czym zaczęły podskakiwać i tańczyć. Siostry widząc reakcje swych podopiecznych zaproponowały mi, abym prowadził u nich regularne zajęcia ruchowo – muzyczne. Ja, jako ówczesny student zapowiedziałem, że mogę robić to właśnie w formie muzykoterapii. I tak też się stało.

Do Centrum Zdrowia Dziecka przyszedłem pracować w 1985 roku, już z gotowym programem, który doskonaliłem w latach 1976 – 1980. Pracę w Centrum Zdrowia Dziecka rozpocząłem od grupy odwykowej, dla której przekształciłem ćwiczenia pod osoby uzależnione. Było to dla mnie ogromne doświadczenie. Tu także zajęcia zaczynałem od ekspresyjnych ćwiczeń odreagowujących, następnie rytmizujących, później wspólnie graliśmy (zdarzało się nawet, że na pianinie grał któryś z uczestników) i śpiewaliśmy najróżniejsze piosenki, gdyż w zajęciach brały udział osoby o różnych zainteresowaniach muzycznych. Kolejnym etapem był odpoczynek, ja opowiadałem im różne historie, grałem, często do zajęć włączałem ciekawe postaci, które na tle muzyki relaksacyjnej (nie lubili muzyki poważnej) opowiadały m.in. o lekach, których nie wolno im zażywać. Pan od rugby opowiadał, ze sport sprawia wielką przyjemność – był to znajomy zawodnik, który także uczestniczył w zajęciach. Pani ubrana w strój arabski mówiła o kulturze wschodu i odtwarzała nagrania, bo była w Libii na kontrakcie. Pozwolę sobie nazwać te zajęcia, tzw. koncertem życzeń. Wizyty gości sprawiały, że uczestnicy zajęć otwierali się, opowiadali o sobie. Było to dla mnie bardzo duże doświadczenie. Pamiętam dziecko alkoholika, jego wspomnienia, zachowanie. Swoje wspomnienia dzieci wygrywały na instrumentach muzycznych, albo opisywały właściwie najchętniej malowały (nie używało się tam słów, ze tata pił, czy że, np. jest w więzieniu – te emocje się grało). W Centrum odbywałem z grupą tzw. działania integrujące – wyjazdy.

A.M.: Czy borykał się Pan z jakimiś trudnościami podczas tworzenia Mobilnej Rekreacji Muzycznej? Byly jakieś wątpliwości co do jej słuszności?

M.K.: Nie borykałem się z żadnymi problemami, bo jakby miałem to szczęście, że samo życie mi się układało. Pracowałem metodą prób i błędów. Ktoś powiedział nawet złośliwie, że Mobilna Rekreacja Muzyczna, to XIX wieczna metoda. Ponieważ zawód lekarza jest ściśle związany z pewną ostrożnością, anestezjologa szczególnie, starałem się również nie robić szkód, czyli nie doprowadzałem do sytuacji, w których moje eksperymenty były źle przyjmowane przede wszystkim przez pacjenta, oraz przez personel, który przyglądał się mojej pracy. Nikt mi nie powiedział: ,,zajmij się znieczuleniem kolego, bo chorego boli, a ty odtwarzasz muzykę”. Starałem się i uniknąłem tego (z czego najbardziej jestem dumny) że moja działalność lekarska nie była krytykowana, za stosowanie w niej muzyki. Przez 50 lat mojej pracy nigdy nie miałem żadnych problemów. Nigdy nie zostałem także podany do sądu. Miałem również to szczęście, że wspierali mnie znajomi, od których często dostawałem różne, ciekawe instrumenty muzyczne.

A.M.: Czyli Mobilna Rekreacja Muzyczna spotkała się z dobrym odbiorem społeczeństwa?

M.K.: Mówiąc nieskromnie z bardzo dobrym. Dla mnie było to absolutne zaskoczenie, że ma ona tak duże zastosowanie, nie tylko w przedszkolach integracyjnych, ale i w zwykłych przedszkolach. Stosowałem ją nie tylko na chorych, ale co ważne i cenne – dla zdrowych! Pokazuje to, że jest ona na tyle uniwersalna, że służy i do terapii w ręku terapeuty, ale także w ręku nauczyciela. Mobilna Rekreacja Muzyczna, służy jako atrakcyjny program, w którym zawartych jest kilkanaście emocji. Emocji różnorodnych, bo zarówno bezruch, jak i ruch dynamiczny oraz ruch ekspresyjny.

A.M.: Jakie emocje towarzyszyły Panu przy tworzeniu swojej metody?

M.K.: Wszystko zaczęło się od szkolnej gry na perkusji. W domu nie posiadałem żadnych instrumentów, w związku z czym grałem wszędzie z ,,doskoku”. Niestety grę utrudniło mi studiowanie – chciano mnie nawet wyrzucić z uczelni, w związku z czym musiałem wybrać, albo gra i po niewyspanych nocach przychodzenie na zajęcia (nie miałem czasu się uczyć, bo ciągle byłem niedospany, ponieważ z zespołem graliśmy od piątku do niedzieli – pożyczaliśmy instrumenty, bo nawet na studiach swojej perkusji nie posiadałem). Potem przeszedłem na magnetofoniarstwo. Od 1965 roku miałem magnetofon szpulowy MELODIA, który ważył 19kg, potem posiadałem blaupunkta, następnie grundiga i philipsa. Miałem wówczas ok. pięciu magnetofonów, w związku z czym ilość nagrań była imponująca. Podzieliłem je na trzy rodzaje: nagrania ,,pod nóżkę” (czyli te wszystkie utwory w tempie marszowym, tanecznym), ,,tango przytulango” (czyli muzyka spokojna, sentymentalna) i muzyka dla ,,profanów”, czyli tzw. pra polo disco (m.in. Janusz Laskowski, czy Pięciu chłopców z Albatrosa). Reasumując, te nagrania, była to moja muzyka, która podobala się pacjentom, ale co istotne podobała się moim kolegom. Były to moje ulubione, posegregowane nagrania jazzowe, gdyż jestem ogromnym fanem tej muzyki. Nie mogło odbyć się także bez bluesa, czy swingu. Niestety nowoczesne formy muzyczne nie są dla mnie interesujące. Swego czasu szalałem za rock&rollem, zresztą moja kapela grała taką muzykę. Właściwie w dalszym ciągu jestem magnetofoniarzem, ale technologia pozwoliła mi na korzystanie także z płyt kompaktowych. Dziś moda jest na i-pody, syn nagrał mi nawet kilka utworów, ale to nie jest dla mnie – ja wolę płytę wziąć do ręki. Kontakt z dźwiękami zacząłem od muzyki rozrywkowej poprzez tzw. formy graniczne, których także nauczałem – m.in. czeskie barokowe trio, w którym łączy się muzykę poważną, z muzyka jazzową. Stałem się fanem muzyki jazzowej, po właśnie muzykę poważną, szczególnie barokową. Wszystkie nagrania zaczynałem od muzyki średniowiecznej. Uwielbiam te wszystkie grane stare instrumenty muzyczne, następnie muzykę klawesynową, uwielbiam Jana Sebastiana Bacha, bo on ma zastosowanie w jazzie, ale na ten moment powróciłem do muzyki poważnej. Często wracam do swoich faworytów. Gdy mam ochotę się posmucić, słucham Billie Holiday, a kiedy jestem radosny i mam ochotę odreagować i wyrazić zadowolenie życia, włączam ulubione radosne utwory.

A.M.: Skąd czerpał Pan inspiracje, kto był dla Pana wzorcem?

M.K.: Nie miałem wzorca osobowego. Na moją osobowość, jeśli chodzi o pracę muzykoterapeuty wpłynął przede wszystkim profesor Tadeusz Natanson, docent Janicki, oraz pani Marta Gozdecka – profesor wydziału pianistyki warszawskiej akademii muzycznej, która nauczyła mnie wiele, od strony wykonawczej. Wiele zawdzięczam także kontaktom ze znakomitymi nauczycielami, do których również zaliczam panią dr Elżbietę Galińską, bo nim stała się moją koleżanką, a nawet oponentką (bo reprezentujemy inny rodzaj muzykoterapii ), bardzo wiele wiedzy mi przekazała. Kolejną, ważną postacią w moim życiu była znajoma ze studiów – dr Helena Cesarz z Wrocławia (studia ukończyła szybciej, gdyż wcześniej je rozpoczęła). Wiele nauczyłem się także od dr Pawła Cylulko i jego wspaniałej żony. Jestem dumny, że mogę uczyć się także od swoich uczniów, do których zaliczam, m.in. dr Krzysztofa Stachyrę. Reprezentuje on muzykoterapię na światowym poziomie. Wiem, że ona musi ewoluować. Duży wpływ na mnie wywarła dr Kinga Lewandowska, oraz pani Ewa Przeczek – czesko-polska muzykoterapeutka. Bardzo chętnie uczę się od młodych – praktyki nauczyły mnie przede wszystkim osoby, które same uczestniczyły w moich szkoleniach. W jaki sposób? Zawsze proszę, by każdy uczestnik zajęć powiedział mi coś o sobie, pytam, podpatruję i korzystam z cennych dla mnie informacji. Bardzo inspirują mnie nowe, nieznane grupy, które poznaję na wielu wyjazdach. W niektórych sprawach zgadzam się w młodszymi kolegami, niektóre są dla mnie nie do zaakceptowania. Zbyt wyeksponowanie różnych działań schematycznych mnie zraża, dlatego że muzykoterapia w odczuciu dziecka musi być zabawą, pacjent nie może czuć się ,,testowany”. Lecząc muzykoterapią, sprawiamy, że leczony dobrze się bawi, a my przy tej zabawie go diagnozujemy. Dr Galińska powiedziała kiedyś, że muzykoterapia nie może, a wręcz musi być miła dla pacjenta, a choremu dziecku musimy udowadniać, że jest ono doskonałe, że ma ono powody do sukcesów. Ciężko chore dziecko nie spełnia się w muzykoterapii, w działaniach muzyczno – plastycznych, należy je motywować do leczenia. Dlatego też, zawsze powtarzam, że nie ma źle wykonanego ćwiczenia, jest źle przemyślane ćwiczenie. To, że dziecko nie potrafi wykonać jakiegoś zadania, to nie jego wina, a muzykoterapeuty, który daje pacjentowi zbyt trudne ćwiczenie. Muzykoterapia powinna się zakończyć sukcesem. Sukcesem, z taką sugestią , że ,, ładnie to zrobiłeś, ale w przyszłości można to zrobić jeszcze lepiej”. Dlatego w swoim programie preferuję muzykę bardzo prymitywną, oraz muzykę wzorcową. To co sam gram dla pacjentów, nazywam muzyką służebną. Wszystko po to, by dziecko miało przegląd przez rożne rodzaje muzyki, po czym samo może wybrać, która z melodii najbardziej mu odpowiada. Niestety, albo i ,,stety” większość pacjentów słucha tylko polo – disco.

A.M.: A z jakimi problemami zgłaszają się potencjalni pacjenci?

M.K.: Przede wszystkim z powodu braku pracy. O muzykoterapii jest bardzo dużo mądrych książek, dużo jest technik, dużo jest dobrych miejsc do uczenia, ale niestety nie ma miejsc pracy. Problem może nie dotyczy stricte muzykoterapii, ale nastawienia ekonomicznego, merkantylnego do działania muzykoterapeuty. Prosty przykład. Kiedy dyrektor jakiejś placówki, ma do wyboru wydać pieniądze na rowerki dla dzieci, a na muzykoterapeutę, to oczywiście wybierze pierwszą opcję. Czemu? Bo z rowerków efekt widać, a z muzykoterapii nie, dlatego, że efektem działań tej dziedziny jest wzrost samooceny, obniżenie poziomu lęku, wzrost umiejętności, czy wzrost sprawności. Plusów jest multum, ale nie widać ich ,,gołym okiem”.

A.M.: Czy metoda, którą Pan opracował będzie rozwijała się w przyszłości? Będzie na nią popyt?

M.K.: Generalnie jestem zdziwiony tym, że Mobilna Rekreacja Muzyczna cały czas żyje swoim życiem. Wielu moich uczniów stosuje tę metodę. Niestety wiele osób korzysta z niej, nie mając o niej zielonego pojęcia. Często Mobilna Rekreacja Muzyczna nie jest nazywana i łączona z moim nazwiskiem. Znajomi powtarzają mi, że w takich przypadkach powinienem podawać ludzi do sądu, ale mnie cieszy sam fakt, że ta metoda cały czas jest w obiegu. Nie wiem, co przyniesie przyszłość. Nikt nie wie. Jeżeli ktoś opracuje bardziej uniwersalną metodę, to pewnie Mobilna Rekreacja Muzyczna, jak wiele innych metod pójdzie w zapomnienie. Albo ktoś ją zmieni. Do głowy by mi nie przyszło, że muzykoterapię można stosować np. w więzieniach. A tak się dzieje. Sam nigdy z więźniami nie pracowałem, a zdarzało mi się być w wielu miejscach i w trudnych domach dziecka. Nie przyszłoby mi także do głowy, by stosować muzykoterapię w żłobkach, gdyż zdawało mi się, że zawsze stosuje się ją dla kobiet w ciąży. Nie przyszłoby mi do głowy, żeby stosować ją w autyzmie i pisać z tego powodu książki. Duży nacisk kładę na popularyzację Mobilnej Rekreacji Muzycznej, udzieliłem szereg wywiadów, szczególnie w latach 80tych i 90tych. Wystąpiłem w wielu programach telewizyjnych, przez pięć lat pracowałem w 4 programie, miałem swój własny program ,,muzykoterapia muzykoterapią” – było to ok. 50 audycji, do których zapraszałem kolegów po fachu. Staram się popularyzować profilaktykę muzyczną, prowadząc np. 25 audycji w Radiu dla Ciebie. Czas pokaże co czeka tę metodę w przyszłości. Mam jednak nadzieję, że nie pójdzie ona w zapomnienie, i że wciąż odnosić będzie sukcesy.

A.M.: Czy przy tej metodzie odgrywają rolę środki farmakologiczne, czy ją uzupełniają, wzmacniają jej efektywność?

M.K.: Oczywiście mogą uzupełniać, dlatego że przecież w szpitalu dzieci są pod wpływem działania różnych lekarstw. Przede wszystkim uważam, ze najpierw trzeba spróbować farmakologicznie usunąć ból, albo w inny sposób, leczeniem przyczynowym. Nie ma takiej muzyki, oprócz fenomenologii, która w jakiś sposób, wyrugowałaby działanie przeciwbólowe. Ona może uzupełniać działanie, podkreśla to skromne uzupełnienie zawodu nauczyciela, lekarza, rehabilitatora, pedagoga zwykłego, pedagoga specjalnego, pedagoga przedszkolnego, jako dodatek. Natomiast sądzę, że farmakologia i pewne działania muzykoterapeutyczne muszą być zależne od potrzeb pacjenta. Aby muzykoterapia zadziała na pacjenta, nic może on czuć bólu fizycznego, musi on być w homeopatycznych dawkach muzycznych wzbogacany o różne działania muzyczne. Nie wierzę w czystą muzykoterapię, tylko artremuzykoterapię.

A.M.: Związek między muzyką a medycyną jest tak dawny jak historia ludzkości. Najstarszy przykład leczniczego działania muzyki (granej na harfie) pochodzi z 1000 roku p.n.e. Jakie korzyści z muzykoterapii ma dziś człowiek korzystający z radia?

M.K.: Po pierwsze człowiek, który słucha radia nie ma pojęcia o muzykoterapii. Może liczyć, że istnieje coś, co się nazywa autoprofilaktyką spontaniczną. Człowiek, który nuci, który podśpiewuje, który tupie do taktu, który stuka ręką w rytm muzyki którą słyszał w radiu, to jest to człowiek mający w sobie potencjał wrażliwości muzycznej i uważam, że należy mu to uświadomić. Śpiewanie przy goleniu, czy kąpieli – to profilaktyka muzyczna. Człowiek, który słucha radia może skorzystać z profilaktyki, ale musi mieć na jej temat pewną wiedzę, dlatego ważna jest popularyzacja działania muzyki. Kiedyś zwrócił mi na to uwagę pacjent, który na sali operacyjnej powiedział: ,,człowiek musi być chory psychicznie, albo czekać na operację, aby zetknąć się z taką wspaniałą muzyką… z przyjemnością jej słuchałem”. Był to dla mnie bodziec do tego, by zająć się profilaktyką muzyczną. W 1996 roku opracowałem apteczkę muzyczną, w której do dziś nie przetrwały wszystkie melodie, ale nadal są w pewien sposób wykorzystywane.

A.M.: Myślał Pan nad stworzeniem innej metody leczenia muzyką?

M.K.: Słuszne pytanie. Pokrewną metodą do Mobilnej Rekreacji Muzycznej, jest tzn. wczesna stymulacja muzyczna, na którą może sobie pozwolić anestezjolog, gdyż nikomu nie może zaszkodzić. Przykładowo mamy dziecko po operacji, które ma zamknięte oczy i podłączone jest do kroplówki. Ma własny oddech i własne ciśnienie. Nic go nie boli. Przychodzę do niego i pytam, czy w coś pogramy. Dziecko zaciekawione pyta jak. Odpowiadam, że położę mu kartkę pod rączkę, by w rytm muzyki którą śpiewam wystukiwał takt. Dziecko ma przyjemność nawet z tak zdawałoby się nudnej zabawy. Potem gram spokojną muzykę, i dziecko oddycha głęboko. Czyli opracowałem taką wstępną wczesną stymulację muzyczną, która szybko przeszła we wczesne wspomaganie. Stało się tak dlatego, że w tym układzie profilaktycznym przeszedłem do edukowania muzycznego i dostosowania przerywników lekcyjnych.

A.M.: Dziękuję za rozmowę.