Nie takie feminatywy straszne, jak się je maluje. O tym, jak język kształtuje nasz świat

Feminatywy to głośny temat ostatnich kilku miesięcy. Straszne słowo na „f” stało się wszechobecne w mediach i w codziennym życiu. Żeńskie końcówki dodawane do nazw zawodów dla niektórych brzmią prześmiewczo, inni uważają je za rzecz niezbędną. Spór na temat feminatywów stał się jedną z wielu spraw dzielących społeczeństwo na ich zwolenników i przeciwników. Tworzenie żeńskich odpowiedników istniejących już słów nie jest jednak zjawiskiem nowym, wbrew temu, co powszechnie się głosi. Feminatywy swój debiut miały już przecież w okresie przedwojennym, a ich popularyzacja związana była z emancypacją kobiet. Czym więc tak właściwie są te groźnie brzmiące wyrazy i skąd ten nagły spór o żeńskie końcówki? 

Feminatyw, inaczej określany słowem „feminatywum” bądź „feminativum” to nic innego jak rzeczownik rodzaju żeńskiego utworzony od rzeczownika rodzaju męskiego. Ten skomplikowany i wyniośle brzmiący wyraz jest więc po prostu nazwą stosowaną w językoznawstwie na określenie żeńskiej nazwy. Tworzone są poprzez dodanie do rzeczowników rodzaju męskiego formantów feminatywnych, czyli potocznie mówiąc – żeńskich końcówek, takich jak na przykład „-ka” czy „-ca”. Tak utworzone słowa najczęściej określają kobiece funkcje, tytuły i wykonywane przez nie zawody, ale odnoszą się także między innymi do przynależności narodowej czy pochodzenia. Już na podstawie samej definicji można więc dostrzec, że feminatywy nie są niczym nowym, a już tym bardziej nie można ich określić mianem „XXI-wiecznego wymysłu” – w końcu od dziecka towarzyszą nam takie określenia jak „nauczycielka”, „lekarka” czy też „dentystka”. Rozwój i rozpowszechnienie feminatywów, a co za tym idzie – zwiększenie ich ilości i tworzenie nowych wyrazów, wynika więc z potrzeby i jest rzeczą naturalną. Obecnie coraz więcej kobiet wykonuje zawody wcześniej uznawane za typowo „męskie”, a korzystanie z żeńskich końcówek pomaga tę sytuację podkreślić. Nie powinien więc dziwić fakt, iż feminatywy są bardzo istotne w walce z nierównością płciową – nie od dziś bowiem wiadomo, że język, jakim się posługujemy kreuje otaczający nas świat i określa nasze poglądy. 

Historia feminatywów w pigułce. Zjawisko nie tak nowe, jak się wydaje 

  Chociaż za sprawą mediów wydawać się może, że feminatywy to nowe zjawisko, które pojawiło się nagle i znikąd, a słowa takie jak „ministra” czy „doktorka” wciąż budzą wiele wątpliwości, to jednak żeńskie końcówki istniały w polszczyźnie już w czasach przedwojennych. Co więcej – wtedy zupełnie nie było w nich wokół kontrowersji, a to raczej stosowanie męskich form w stosunku do kobiet było czymś niecodziennym i oburzającym. Już w 1904 roku w „Poradniku Językowym” został opublikowany protest czytelników, którzy sprzeciwiali się łączeniu żeńskich form nazwisk z określeniami zawodów i funkcji w rodzaju męskim. Błędem było więc określenie kobiety tytułem „doktor” lub „profesor”. Co więcej – w liście wymieniono także inne formy, wtedy powszechnie uważane za prawidłowe, a dzisiaj budzące kontrowersje i sprzeciw wśród części społeczeństwa. Do takich wyrazów należały między innymi: „ministra”, „magistra”, „pilotka” czy nawet „powstanka”. 

Żeńskie końcówki w pierwszej połowie XX wieku były używane nawet częściej niż po wojnie. W czasach przedwojennych feminatywy istniały dość powszechnie i wykorzystywane były w codziennej mowie, a ich obecność w polszczyźnie nikogo nie dziwiła, a była wręcz pożądana. Feminizacja języka wynikała przede wszystkim z rozwoju ruchu emancypantek, które walczyły o równouprawnienie kobiet i mężczyzn, a jednym z ich postulatów było dążenie do tego, by kobiety mogły wykonywać „męskie” zawody. Wcześniej większość wysokich funkcji, urzędów i prestiżowych zawodów była zarezerwowana przede wszystkim dla mężczyzn – w dużej mierze wynikało to z faktu, że kobiety przez długi czas nie mogły uzyskać odpowiedniej edukacji, a ich rola w życiu społecznym ograniczała się do opieki nad dziećmi i mężem. Gdy stopniowo sytuacja kobiet zaczęła się zmieniać, a dodatkowo uzyskały one prawo wyborcze – feministyczny ruch zapragnął podkreślić istnienie kobiet w życiu zawodowym i stąd właśnie wyrosła potrzeba stworzenia żeńskich nazw określających wykonywane przez nie zawody i pełnione funkcje. 

Po II wojnie światowej na powrót nastąpiła maskulinizacja tytułów, funkcji i zawodów. Wynikało to przede wszystkim z tego, że zmiany językowe nie nadążały za szybkim zwiększeniem aktywności kobiet w życiu zawodowym i społecznym. Kiedy mężczyźni wyruszyli na wojnę – kobiety przejęły wykonywane przez nich role. Zaczęto wtedy stosować męskie określenia zawodów w stosunku do kobiet, nie było bowiem czasu na wymyślanie nowych określeń. Ponowna rezygnacja z żeńskich końcówek zahamowała rozwój języka na tym polu i doprowadziła do powrotu męskich form, które na powrót stały się popularniejsze niż feminatywy. 

Do powszechnego korzystania z żeńskich form określających zawody i funkcje powoli zaczęto powracać po roku 1989, kiedy to znów dostrzeżono pewną nierówność w rzeczywistości zawodowej i społecznej. Na nowo nastąpiło poszukiwanie żeńskich odpowiedników używanych na co dzień rzeczowników w męskiej formie. I tak do polszczyzny powróciły feminatywy, zapomniane podczas wojny i w okresie powojennym, a ich reaktywacja trwa do dzisiaj – dzięki ruchowi współczesnych feministek, które językowo chcą walczyć z wciąż istniejącą nierównością płci. 

Relatywizm językowy i zniewalający dyskurs – dlaczego to jak mówimy jest istotne dla naszego otoczenia?

Odchodząc na chwilę od historii polszczyzny możemy przyjrzeć się innemu problemowi, który poniekąd łączy się ze stanowiskiem polskich feministek. Klucz do zrozumienia punktu widzenia zwolenników i zwolenniczek feminatywów tkwi bowiem w relatywizmie językowym, czyli teorii Sapira i Whorfa. 

Już od dawna wiadomo, że język, jakim się na co dzień posługujemy, ma bardzo duży wpływ na to, jak postrzegamy świat i w jaki sposób myślimy. Badania na ten temat prowadzili Edward Sapir i Benjamin Lee Whorf, dwaj językoznawcy, którzy przyczynili się do stworzenia tak zwanego prawa relatywizmu językowego. Według ich teorii używany przez ludzi język wpływa na sposób ich myślenia, a systemy językowe są odbiciem tworzących je środowisk. Wynika z tego wniosek, że ludzie posługujący się innymi językami – różnie odbierają świat. Hipoteza Sapira-Whorfa opiera się na determinizmie językowym, czyli poglądzie, według którego system językowy, w którym wychowujemy się i myślimy od dzieciństwa, kształtuje nasz późniejszy światopogląd. Wyniki badań tych dwóch językoznawców są obecnie uważane za zbyt skrajne, jednak spora część lingwistów akceptuje nieco słabszą postać tej teorii i skłania się ku założeniu, iż istnieje związek między używanym językiem a sposobem postrzegania otaczającego nas świata. 

Język, którego używamy zamyka nas więc w swego rodzaju dyskursie językowym, czyli pewnej organizacji świata stworzonej przez konkretną grupę społeczną, którą się otaczamy. Na postawie dyskursywnego obrazu świata powstała teoria o „językowym obrazie świata”, będąca rozwinięciem hipotezy Sapira-Whorfa. Badania na ten temat prowadził niemiecki lingwista, Leo Weisgerber, który doszedł do wniosku, że językowy obraz świata jest interpretacją rzeczywistości, utrwaloną w języku i sugerowaną jego użytkownikowi

Na postawie tych teorii można więc określić feminatywy jako sposób wypłynięcia na rzeczywistość poprzez język. Współczesne ruchy feministyczne w Polsce za pomocą wprowadzenia do powszechnego użytku żeńskich końcówek chcą walczyć z wciąż istniejącą nierównością płci. Rozpowszechnienie żeńskich form wyrazów określających stanowiska, funkcje i zawody może pomóc w walce ze swego rodzaju niewidzialnością kobiet na niektórych polach zawodowych, nierówną płacą czy nawet dyskryminacją ze względu na płeć. 

Boimy się nieznanego i śmieszy nas „nieosłuchane” 

Osoby, które są przeciwne wprowadzeniu nowych wyrazów w formie żeńskiej, często uważają feminatywy za słowa prześmiewcze, niepotrzebne i zbędne. Pod nosem podśmiewają się z „ministry” i otwierają usta ze zdziwienia na dźwięk „prezydentki”. Naigrywają się z feminatywów, żartując z istniejących już słów i tworząc coraz to nowsze, oryginalne sformułowania. Wraz z rozpowszechnieniem żeńskich końcówek, w mediach zawrzało a społeczeństwo podzieliło się na przeciwników i zwolenników ewolucji języka polskiego. Głęboko zakorzenione w społeczeństwie przekonanie, o wyższości męskich form, ukryta dyskryminacja czy po prostu zwykłe nieosłuchanie? 

Wyrazy, które do tej pory nie były zbyt popularne mogą dziwić, mają też prawo śmieszyć. Na pewno wiele osób uśmiechnie się, słysząc słowo „psycholożka”. Część z nich skomentuje to, określając feminatywy jako niepoważne czy nieprofesjonalne. Takie stanowisko wynika jednak z faktu, że tych słów nie używa się zbyt często, a co za tym idzie – sporo osób się z nimi zwyczajnie nie osłuchała. Kiedyś mogło dziwić słowo „nauczycielka”, użyte po raz pierwszy – dzisiaj nikogo już nie szokuje. Język polski jest językiem wciąż żywym i zmieniającym się, dlatego nie należy się bronić i zamykać na jego ewolucję. Oczywiście, każdy ma prawo stosować takie formy, jakie mu się podobają, a oficjalne stanowisko Rady Języka Polskiego mówi, iż decyzja o stosowaniu feminatywów należy do mówiącego, mimo wszystko warto pamiętać o wpływie języka na kształtowanie świata. 

Język może być narzędziem nie tylko słownej zabawy, ale także groźnej dyskryminacji – w wielu zawodach kobiety wciąż są przecież pomijane i niewidzialne, a ich płace wynoszą mniej niż pensje mężczyzn, wykonujących dokładnie te same zadania. Stosowanie feminatywów w potocznej polszczyźnie na pewno nie usunie tego problemu zupełnie, ale jest pewnym krokiem na przód, który pozwala na zauważenie i podkreślenie roli kobiet w życiu zawodowym. Nie ma więc żadnych przeciwwskazań, żeby rezygnować z korzystania z żeńskich końcówek, a chociaż niektóre z nich mogą być początkowo trudne do wypowiedzenia czy nawet wydawać się śmieszne – to nie należy się bać „chirurżki” ani „marszałkini”, nie chcą one przecież kaleczyć języka, a jedynie walczyć o równouprawnienie i stać się widzialne w społeczeństwie.