Niewidzialni ludzie

Nie będzie niczym odkrywczym powiedzieć, że polskie społeczeństwo jest głęboko podzielone. Naszą wspólnotę rozdzierają konflikty polityczne, kulturowe i społeczno-ekonomiczne. Atmosfera nieustannych sporów, stale podgrzewana przez żerujących na ludzkich emocjach, mediach i politykach, oddala nas od głębszego wejrzenia w naturę podziałów i sformułowanie prawdziwych, a nie sztucznie wytworzonych osi konfliktów.

Wydaje się, że serwowany z telewizorów i opiniotwórczych portali obraz ropiejącego pęknięcia naszego społeczeństwa oddaje istotę sprawy. Jednak, jeśli wykonamy krok poza siebie, w kierunku drugiego człowieka, może okazać się, że popularne podziały na obrońców praworządności i zwolenników dobrej zmiany; euroentuzjastów i patriotów; tolerancyjnych liberałów i obrońców tradycyjnej rodziny; czy ogólniej my i oni są sztucznie generowanymi emocjami społecznymi, swoistym „zastępczym polem konfliktu”. Ścierają się różne wrażliwości, poglądy, systemy aksjologiczne, wreszcie kompleksy i traumy sięgające swoimi korzeniami mniej lub bardziej odległej historii.

To wszystko prawda, ale czy rzeczywiście tego rodzaju spory dotyczą całej wspólnoty i czy są samą esencją tego co nas dzieli, co uniemożliwia normalny dialog? A może to tylko starannie reżyserowany spektakl skierowany do tych, którzy mają zasoby w postaci czasu i statusu ekonomicznego, umożliwiającego ekscytowanie się medialnymi konfliktami? Perspektywa, którą będę chciał zaprezentować, może być przyczynkiem do nieco innego spojrzenia na to, jakie jest nasze społeczeństwo u progu czwartej dekady po odzyskaniu suwerenności.

Zajmę się jedynie wycinkiem naszego społeczeństwa, ale za to tym, który wydaje się być zupełnie nieobecny w wyżej wspomnianych sporach. Grupa ta, nieposiadająca nazwy i będąca bardzo zróżnicowaną w swoim przekroju, to roboczo określając – „prawdziwie wykluczeni”. Ludzie, którzy są we współczesnej Polsce przedmiotowo traktowani i bywa, że sami są już pogodzeni z bezalternatywnością swojego losu. Nie mają możliwości albo chęci, żeby marzyć o czymś więcej lub jest już dla nich za późno na daleko idące zmiany.

Będzie to opowieść o „szarym człowieku”, który nie posiada twarzy, pomimo tego, że większość z nas mija go codziennie na ulicach polskich miast. Żyją z nami, a jednak obok nas, skupionych na swoich sprawach, zajętych prozą codziennego życia. Są nieuświadomionym wyrzutem transformacji, o którym nie chcemy pamiętać, nie chcemy o nim wiedzieć, oddzielając się od drugiej osoby murem własnych autokreacji. Paradoksalnie, bliższy dla wielu z nas jest uchodźca, lub ofiara jakiegoś medialnego konfliktu na drugim końcu świata niż człowiek znacznie bliższy – rodak, sąsiad, od którego odwracamy wzrok niemal codziennie, zupełnie nie zauważając jego istnienia.

Kim są Ci „prawdziwie wykluczeni”, na których to zamierzam rzucić światło?

Opowiem o nich, w formie kilku historii konkretnych ludzi, żeby tym „szarym ludziom” nadać twarz, historię, emocje, żeby ich przybliżyć i ponownie spersonalizować. To ludzie z krwi i kości, tak samo czujący, śmiejący się, płaczący, pracujący lub niepracujący jak każdy, a jednak nigdy nie znajdą się na okładce modnego tygodnika, nie dla nich sława i wielkie pieniądze, nie są też grupą docelową żadnej partii czy „targetem” dla kampanii reklamowej. Nie ma dla nich miejsca w kolorowym świecie, nie spotkamy ich w teatrach i operach, a jak już się gdzieś pojawią, to dla mieszczańskiego filistra są przestrogą, którą może pokazać dzieciom.

Żyją na marginesie społeczeństwa, porzuceni, zostawieni sami sobie. Nie mieszkają na strzeżonych osiedlach, oddzielonych od świata bramą – tą dosłowną i tą metaforyczną. A jednak są tuż obok – za ścianą, w rozpadającej się kamienicy naprzeciwko, w mało prestiżowej dzielnicy. Samo uświadomienie, że są, że istnieją, wymagałoby od przeciętnego polskiego mieszkańca miasta, tak bardzo skupionego na wspinaniu się po drabinie kariery, wyjścia poza siebie i uznania, że świat nie kończy się na „ja” i „moje”. Przybliżanie tych ludzi zacznę od scharakteryzowania łączącego ich losy, miejsca zamieszkania.

Arena wydarzeń

Dwa kilometry od wrocławskiego Rynku, tak pięknie rozświetlonego, całego w świątecznych ozdobach, pełnego turystów polskich i zagranicznych, popijających grzane wino, jedzących kiełbaskę za 35 zł – żyją niewidzialni ludzie. Niepasujący do obrazu wielkiego, europejskiego miasta sukcesu, w którym miód płynie z kranów, a ulicami poruszają się tylko najnowocześniejsze auta. Ich szare twarze, znoszone ubrania nie pasują do wizji, którą od lat preparuje miejska władza.

Ta wielka mistyfikacja nie jest specyfiką wrocławską, to jasne. Takie mniej prestiżowe dzielnice I osiedla są w każdym dużym mieście w Polsce. I tak samo, w każdym mieście w Polsce, żyją ludzie zapomniani, pozbawieni nadziei na lepsze jutro, którzy stanowią obciążenie dla wizerunku tej fajnej i uśmiechniętej Polski, jakże dumnej i zadowolonej z 30-lecia demokracji. Tutaj, na wrocławskie zachodnie Śródmieście, już nie dociera światło Jarmarku Bożonarodzeniowego, nie ma też ozdób i choinek.

Ale to tutaj bije tętno miasta i mieszkańców, z dala od oczu turystów, licznie odwiedzających Wrocław w ostatnich latach. Jest to dzielnica pełna kontrastów, bo z jednej strony, to miejsce które jako pierwsze zostało zasiedlone przez Polaków przybywających w 1945 roku w poszukiwaniu nowego domu, a więc miejsce teoretycznie szczególne dla tożsamości mieszkańców. Śródmieście jest też najmniej zniszczoną dzielnicą Wrocławia – w sensie historycznym – pozostało prawie nietknięte podczas niszczycielskiego oblężenia Festung Breslau. Ma swoje liczne zabytki, tajemnice i charakterystyczne położenie, pomiędzy dwoma kanałami Odry. Jeśli coś jest „pierwszym, polskim” to z dużym prawdopodobieństwem znajduje się właśnie na Śródmieściu. Jak chociażby kamienica, w której mieszkał pierwszy powojenny prezydent miasta, Bolesław Drobner czy pierwsza szkoła podstawowa i pierwsze liceum w powojennym Wrocławiu.

Są tutaj odgrodzone murem nowe budynki, są hipsterskie knajpy, parki, zabytkowy budynek wydziału architektury PWr projektu Maxa Berga, uroczy, poniemiecki dworzec i wiele, wiele innych. Ale są też zrujnowane kamienice, noszące na sobie ślady II Wojny Światowej,  a które niszczeją od czasu, kiedy wróciła tu Polska. Na ulicach jest ciemno, brudno, a po zapadnięciu zmroku bywa, że niebezpiecznie. Nagrany w 1983 roku wielki przebój pt. „Strzeż się tych miejsc” zespołu Klaus Mitffoch traktował wprawdzie o wrocławskim „Trójkącie”, ale dzisiaj chyba bardziej pasowałby do Śródmieścia. To tutaj, według statystyk policyjnych, jest już od lat, najwyższy poziom przestępczości. Z ciemnych bram dybią na zagubionego przechodnia wrogie spojrzenia – „tu nie wolno głośno śmiać się i za dobre mieć ubranie”, bo może to skończyć się nieprzyjemnym spotkaniem z lokalsami.

Jeśli ktoś chce zrozumieć, na czym polega wrocławski klimat to znajdzie to tylko tutaj, na Śródmieściu, gdzie obok siebie żyją przyjezdni studenci, dorobkiewicze, żulia, dresiarze i … np. sławny w całym kraju prof. Jan Miodek. Tę abstrakcyjną mieszankę sprzeczności oddaje hasło wypisane niemal na każdym obskurnym podwórku – „Wierzcie lub nie wierzcie, to Śródmieście”. Rzeczywiście, trudno sobie wyobrazić, że tego samego dnia można spotkać w tramwaju profesora Miodka, a kilka godzin później zostać „zdziesionowanym” przez lokalsa, któremu akurat brakowało do piwa. Tutaj nikogo nie dziwią nocne bijatyki, walające się pod szkołami papierki po dopalaczach czy dzieciaki bawiące się w śmietniku podczas wakacji. Tak wygląda nasza arena wydarzeń.

Czas przybliżyć osoby, które w takiej rzeczywistości żyją, czyli naszych bohaterów – Mariusza, Zbigniewa, Krystynę, Dawida oraz Jurka i Agnieszkę.

Żyjąc obok

Mariusz, lat 30 – lipcowe, upalne popołudnie, tramwaj.

Młody mężczyzna z kobietą i dwójką kilkuletnich córek wsiada do tramwaju. Zajmują dwa wolne miejsca. Mężczyzna zadbał o to, żeby kobieta mogła usiąść i posadzić na kolanach swoją młodszą córkę. Na drugim miejscu siada nieznacznie starsza, druga córka. Mężczyzna stoi nad nimi, roztaczając opiekę nad swoją rodziną. Tatuaże na jego rękach znikają pod rękawkami koszulki z patriotycznym wzorem. Jego dłonie, mocno zaciśnięte na oparciach obu krzesełek, na których siedzą jego najbliżsi świadczą, że pracuje fizycznie.

Kobieta, trzymająca na kolanach młodszą córkę odgarnia za ucho swoje włosy, którymi chwilę wcześniej bawiła się córka. Obie dziewczynki z wielkim zainteresowaniem rozglądają się po tramwaju i oglądają widok za oknem. Jednocześnie zarzucają swoich rodziców pytaniami o sprawy istotne dla kilkuletnich dzieci. Rodzice cierpliwie odpowiadają. Widać po ich twarzach, że są zmęczeni, ale głosy którymi mówią do swoich dzieci, są spokojne i pełne ciepła. Rodzice są ubrani w tanie ciuchy, na pierwszy rzut oka powiedziałoby się, że wyglądają, jak ze stereotypu o dresach. Za to dziewczynki są ubrane w kolorowe, schludne i czyste sukienki, mają zaplecione warkocze, a ich rozpromienione uśmiechem twarze, świadczą o tym, że są prawdziwie szczęśliwie. Kiedy na chwilę dziewczynki przestają przepytywać rodziców, ci mają okazję, żeby wymienić kilka słów między sobą. Nie mówią może językiem poety, ale nie słyszę żadnych przekleństw. Z kontekstu rozmowy wynika, że cała rodzina jedzie na basen, żeby zrobić córkom przyjemność.

Przyglądam się uważniej mężczyźnie i dopiero po chwili poznaję, że chodziliśmy razem do szkoły podstawowej, do równoległych klas. Mariusz, bo tak miał na imię, był raczej typem niepokornym, któremu nie było w głowie siedzenie na lekcjach. Jeśli mnie pamięć nie myli, to przydarzył mu się nawet dodatkowy rok, żeby mógł lepiej przyswoić materiał przerabiany w szkole. Po kilku latach od czasów szkolnych widywałem go na ulicy, zajmował się tym, czym na wrocławskim Śródmieściu zajmują się ci, których życie nie rozpieszczało od małego, czyli paleniem marihuany, bijatykami i wystawaniem w bramie, rzucając nieufne spojrzenia w kierunku tych, których nie znał, przynajmniej z widzenia. Wysiadając z tramwaju, pomyślałem sobie, że wycisnął z życia tyle, ile mógł i wszedł na dobrą drogę, która doprowadziła go do miejsca, w którym udało mu się założyć rodzinę i zapewnić jej utrzymanie. Mariusz nie zostanie już wysoko wynagradzanym programistą, nie będzie też odnoszącym sukcesy pracownikiem korporacji i nie będzie czelendżował kolejnych wyzwań. W wieku 30 lat osiągnął już wszystko, co mógł i resztę życia spędzi walcząc o to, żeby zdrowie pozwoliło mu, jak najdłużej być wydajnym, tak żeby mógł utrzymać swoją rodzinę.

Zbigniew, lat około 55 – listopadowy, chłodny wieczór, zakład bukmacherski.

Zbigniew skończył technikum i przez lata pracował w jednym z wrocławskich większych zakładów pracy, aż do momentu, w którym ten zakład został uznany za nierentowny i zbędny w gospodarce kapitalistycznej. Od tego czasu, Zbigniew miał problem ze znalezieniem stałej pracy. Pracował, owszem, trochę tu, trochę tam, ale nic stałego czy długotrwałego mu się nie trafiło. Zbigniew pije, może nie jakoś dużo i tylko z banderolą, ale wypić lubi. To pewnie też miało znaczenie dla jego dalszych losów. Dzisiaj Zbigniew już nie szuka pracy, po latach poniewierki i mało zdrowego trybu życia, dorobił się chorób i trafił na niską rentę, która musi wystarczyć mu na życie. W zakładzie bukmacherskim jest jak element wystroju. Można go tam spotkać codziennie. Trochę gra, raz wygrywa, raz przegrywa. Traktuje to jak sposób spędzania czasu i dorobienia paru groszy do renty. Chociaż tak naprawdę to, dla Zbigniewa codzienne wizyty w świątyni hazardu, są formą socjalizacji i możliwością porozmawiania z ludźmi. Chyba tylko dzięki tym obowiązkowym punktom programu codziennie wstaje z łóżka i zmusza się do przeżycia kolejnego dnia. Zbigniew nie narzeka, a przynajmniej nie więcej niż wszyscy w Polsce. O przeszłości rozmawiać nie lubi i robi to niechętnie. O polityce też nie, bo przecież „w tym sejmie to sami złodzieje siedzą”.

Pamiętam Zbigniewa jeszcze z lat 90-tych, kiedy sam byłem dzieciakiem. Widywałem go w kościele, w którym bywał, co niedziela, z rodziną. Elegancko ubrani, jak to do kościoła. Zawsze pod krawatem, żona dobrze ubrana, dzieci też. Teraz, rodziny już nie ma. Do kościoła też nie chodzi, bo po co? Nie ma do nikogo pretensji, wie że sam nie wykrzesał z siebie tyle, ile mógł i dlatego jest w takim miejscu, w jakim jest. Samotny, schorowany człowiek, który już na nic i na nikogo nie czeka.

Krystyna, lat 65 – styczniowy, mroźny wieczór/noc, knajpa.

Starsza kobieta siedzi sama przy stoliku, w rogu lokalu. Czyta książkę korzystając z ciepłego światła lampy stojącej pod ścianą albo wyszywa przyniesione kawałki materiałów. Na stole leży paczka czerwonych Rothmansów, a obok stoi pokal z jasnym piwem. Kobieta siedzi w tym samym miejscu prawie codziennie, przy jednym, z rzadka przy dwóch piwach. Przychodzi wczesnym wieczorem i siedzi do 23, czasami dłużej. Jest zawsze elegancko ubrana, z makijażem, paznokcie pomalowane na czerwono. Ma ze sobą dwie duże torby podróżne. Siada jak najbliżej kaloryfera, ogrzewając się w jego cieple, a na parapecie rozkłada mokre rzeczy, żeby je wysuszyć.

Nie ma telefonu, nie ma zegarka, tylko malutką portmonetkę i dwie torby, które nosi na obu ramionach. Unoszący się delikatnie dym papierosowy przesłania jej twarz. Pomimo dopracowanego makijażu, który stara się ukryć jej zmarszczki, widać że kobieta czas młodości ma już za sobą. Jednak rysy jej twarzy pamiętają lata dawnej świetności i z pewnością można powiedzieć, że w młodości była atrakcyjną kobietą. Oczy kobiety powoli się zamykają, a jej głowa osuwa się na ramię… Zasnęła. Kiedy robi się już późno, kobieta pyta najbliżej siedzących o godzinę i za każdym razem jest uroczo zdziwiona, że jest już tak zaawansowana pora. Idzie do toalety, ubiera się, zakłada torby na oba ramiona, mówi wszystkim obecnym na sali „dobranoc” i wychodzi z gracją godną królowej. Sytuacja powtarza się regularnie. Zdążyła się już zaprzyjaźnić z obsługą, która zawsze pilnuje, żeby miała swoje miejsce, mimo że nie należy do strategicznych klientów.

Pani Krystyna jest osobą bez stałego zatrudnienia. Trochę szyje, pomaga znajomej prowadzącej zakład krawiecki. Jeden z niewielu, które ostały się na Śródmieściu. Samotnie wychowała dwóch, już dorosłych synów. W przeszłości pracowała jako krawcowa w dzień, a w nocy w kasynie, jako pomoc kuchenna – musiała samodzielnie utrzymać dom. Po pracy, nad ranem, przygotowywała śniadanie dla swoich synów i szykowała ich do szkoły. Kiedy synowie dorośli, zapomnieli o matce, która została sama. Krystyna ma więc rodzinę, ale w jej życiu nie ma nikogo, kto ukoiłby poczucie przytłaczającej samotności i zainteresowałby się jej losem. Cały jej dobytek stanowią dwie, duże torby, w których ma wszystko, co ważne.

Kiedy wychodzi z lokalu, żeby kupić papierosy, prosi zawsze, żeby przypilnować jej toreb. Krystyna jest osobą oczytaną, której wiedza znacznie wykracza poza to, czego można by się spodziewać po krawcowej. To kobieta, od której nie usłyszy się nawet najmniejszego słowa narzekań na okrutny los. Zawsze kulturalna, elegancka, cicha i niestwarzająca żadnych problemów. W jesieni swojego życia robi, co musi, żeby utrzymać się w formie – wie, że może liczyć tylko na siebie, bo jej losem nikt nie jest zainteresowany. Pracuje, czyta i stara się zachowywać pozory, że prowadzi normalne życie. Krystyna jest osobą bezdomną. Ciepło i gwar knajpy stanowią dla niej namiastkę normalności.

Kiedy siedzi w rogu sali dla palących i w skupieniu zszywa fragmenty materiału, młodzi ludzie siedzący przy innych stolikach rozmawiają o swoich problemach. Słyszę głośno wypowiadane fragmenty rozmów: „Znowu na uczelni się czepiają”; „Nie wyrobiliśmy planu kwartalnego… A już zaplanowałem na co wydam premię!”; „Ale najgorsza to jest ta Anka… Głupia jak but, nie wiem, jak to się stało, że jest team-liderem. Byle do czerwca i jadę do Włoch, odpocząć od tego syfu.”. Krystyna odrywa się od pracy i spogląda za okno. Płatki śniegu leniwie opadają na ulice, topiąc się zaraz po zetknięciu z ziemią. Po chwili, bierze do ręki swoją portmonetkę i skrupulatnie liczy monety. Jak zapłaci za piwo to będzie jeszcze miała na bułkę.

Dawid, lat 19 – kwietniowy, ciepły wieczór, ławka w parku.

Młody chłopak siedzi ze swoimi kolegami na ławce w parku. Piją piwo i głośno rozmawiają. Spacerujący, z psami, ludzie starają się tak iść, żeby nie przechodzić koło młodych. Chłopaki opowiadają sobie, co się ostatnio wydarzyło. Najgłośniejszy z nich z wielkim przejęciem mówi, jak to skasował jakiegoś studencika pod monopolem. Pozostali się śmieją. Nie było żadnej przyczyny tej napaści. Po prostu, nie spodobał mu się. Otwierają kolejne piwa. Jeden skręca blanta. Dawid opowiada kolegom, jaki w poprzedni weekend był melanż. Pili wódę z mety, a Siwy wypadł z okna. Na szczęście z pierwszego piętra i tylko rękę złamał. Śmieją się głośno, tak że śmiech niesie się ponad stawem, przez cały park.

Fajka pokoju przechodzi z rąk do rąk. Każdy głęboko się zaciąga. Jeden zakrztusił się dymem. Reszta głośno rechocze. Chłopakowi robi się głupio, przecież nie jest jakimś pedałem, dla którego to pierwszyzna. Śmiech przerywa poważny głos – „Jutro przyjeżdżają te kurwy z Gdyni. Nasi muszą ich rozjebać.”. Pozostali kiwają z aprobatą głowami. „Spotkajmy się jutro o 15, wypijemy piwko i pojedziemy na mecz razem” – mówi Dawid. Jeden odpowiada, że nie da rady, bo obiecał matce, że pomoże jej w pracy. Reszta macha na niego ręką. Mrok rozświetlają niebieskie światła radiowozu. Znowu jakaś stara baba zadzwoniła na psy. Człowiek nie może się w spokoju wychillować. Chłopaki zbijają piątki i rozbiegają się w różnych kierunkach.

Dawid chodzi do klasy maturalnej w liceum ogólnokształcącym na Śródmieściu. Jego nauczycielka twierdzi, że to bardzo zdolny chłopak, tylko ma trudny charakter i nie uznaje żadnych autorytetów. Ma naturalne umiejętności przywódcze. Kiedy mówi, inni milkną. Za dzieciaka był wybijającym się uczniem, szczególnie zdolny z przedmiotów ścisłych. Nauczycielka chciała go wysłać na olimpiadę z matematyki, ale Dawid nie chciał. Teraz nie ma głowy do nauki, ma swoją ekipę, w której jest kimś. Ma pieniądze, kupił sobie używane BMW 3.

W domu nigdy się nie przelewało. Ojciec zmarł jak Dawid miał 5 lat. Matka ciężko pracowała na kasie w supermarkecie, żeby utrzymać Dawida i jego młodszego, o 2 lata, brata. Lubiła też wypić i sprowadzała do domu coraz to nowych amantów. Dawid żadnego nie zaakceptował i z czasem zaczął poczuwać się do roli ojca rodziny. Brat wylądował w domu dziecka. A matka, z czasem, pogodziła się z tym, że to Dawid przejmuje coraz to więcej zobowiązań domowych i finansowych. Starsi koledzy z podwórka wprowadzili go w świat łatwych pieniędzy. Dawid trochę kradł, a co ukradł to sprzedawał. Z czasem wkręcił się w bardziej opłacalny biznes i teraz dilluje dopalaczami. Czasami stoi na bramce w modnym klubie. Dawid ma dziewczynę i malutkie dziecko. Kiedy wraca do dwu-pokojowego mieszkania ze współdzieloną toaletą z sąsiadami, wie że musi być odpowiedzialny. Daje pieniądze dziewczynie, bawi się z dzieckiem. W pokoju obok śpi jego matka. Zmęczona, po pracy, zasnęła przy włączonym telewizorze, w którym leciał jakiś film klasy „B”. Dawid cichutko zamyka drzwi do jej pokoju. Jego dziewczyna usypia ich córkę. Zaraz będą mieli chwilę dla siebie. Muszą tylko być cicho, żeby nie obudzić matki i córeczki. Na studia Dawid nie idzie. Nie jest przecież jakimś lamusem.

Jurek i Agnieszka, po 70 lat – lutowy, chłodny poranek, ulica.

Postawny mężczyzna z burzą siwych włosów pcha wózek inwalidzki, na którym siedzi drobna kobieta. Mężczyzna ma dobre 190 wzrostu i budowę godną siłacza, na głowie okulary kupione na targu i sklejone taśmą klejącą. Kobieta siedzi na wózku, opatulona w szary koc. Ma smutną twarz i żółtawą skórę. Poruszają się w milczeniu. Mężczyzna ma na imię Jurek, a kobieta Agnieszka. Spotkali się kilka lat temu i przypadli sobie do gustu. Jurek całe życie był typem niebieskiego ptaka. Miał żonę, ale im nie wyszło. W wieku 16 lat wyszedł z rodzinnego domu bez słowa i od tamtej pory pojawiał się w nim raz na kilka lat. Trochę pomieszkiwał u dziadka w Krakowie, a po jego śmierci u innych członków rodziny. Nigdzie nie mógł zapuścić korzeni. W PRLu, kiedy oficjalnie nie było problemu bezrobocia, Jurek był kierowany do różnych zakładów pracy.

Można powiedzieć, że jest weteranem walki z przymusem pracy. Nawet władza komunistyczna nie była wstanie zmusić go do podjęcia stałej pracy. Jurek skończył szkołę podstawową, na więcej nie miał czasu i ochoty. Pracował w wielu miejscach, ale nigdzie na tyle długo, żeby przysługiwała mu godna emerytura. Kiedy zapyta się go dlaczego tak pokierował swoim życiem, odpowiada milczeniem. Tak typ człowieka. Agnieszka miała męża, który zmarł wiele lat temu, ma też dzieci, ale są już dorosłe i mają swoje sprawy. Czasami zadzwonią, ale matki nie odwiedzają. Agnieszka jest osobą schorowaną, od lat jej stan się pogarsza i pewnie bez pomocy Jurka nie mogłaby funkcjonować. Ich relacja ma charakter układu korzystnego dla obu stron – Agnieszka ma opiekuna, który się nią zajmuje, zrobi zakupy, nagrzeje w piecu, a Jurek ma gdzie mieszkać, ma co jeść i nikt się go nie czepia, że jest jaki jest. Mieszkają w starej, rozpadającej się oficynie, której niepisany jest nawet remont elewacji. W końcu oficyny turyści nie zobaczą, więc nie ma takiej potrzeby. Agnieszka ma skromną emeryturę, a Jurek handluje, czym popadnie – ubraniami, meblami, tanią biżuterią. Co tam wpadnie w ręce i można sprzedać. Czasami Jurek idzie po ubrania i coś do zjedzenia do MOPSu i kuchni dla bezdomnych. Jurkowi zostało tylko kilka zębów, więc musi uważać, co je. O protezie nawet nie marzy.

Jurek urodził się jako pogrobowiec. Jego ojciec zmarł w wieku 28 lat. Jego matka po kilku latach wyszła drugi raz za mąż i założyła nową rodzinę. Jurek został usynowiony przez jej nowego męża, ale nie mógł odnaleźć się w tej trudnej dla młodego człowieka sytuacji. Jego całe życie naznaczyła śmierć ojca i skomplikowane relacje z rodziną. Nie był wstanie tego przetrawić i już tego nie zrobi. Za późno, za dużo niezrozumienia, żalu i zawiedzionych oczekiwań. Jurek niejako uparł się, żeby zrazić do siebie wszystkich, którzy chcieli mu kiedykolwiek pomóc. Z domu rodzinnego odszedł bez słowa. U dziadka mieszkał, ale kiedy dziadek zmarł, wyszedł i już nie wrócił, tracąc mieszkanie komunalne. Innym członkom rodziny, którzy wyciągali do niego pomocną dłoń, również odpłacał, jakby nie chcieli mu pomóc, tylko zaszkodzić. Kiedy był dzieckiem, jego ojczym, który sam był muzycznie uzdolniony, zauważył że chłopak ma talent do gry na skrzypcach. Jurek nauczył się grać pod czujnym okiem ojczyma, ale na egzaminie wstępnym do szkoły muzycznej specjalnie fałszował. Nie chciał takiej przyszłości. Teraz nie ma żadnej.

Wspólnota ubogich serc

Kilkoro ludzi, kilka różnych historii. Czy to po prostu smutne historie tych, którym nie wyszło lub początek historii tych, którzy nigdy nie osiągną tego, co mogliby osiągnąć, gdyby tylko lepiej się urodzili? Czy tak musi być, że życie człowieka tak bardzo determinuje to gdzie i kiedy się urodził? Jeden pokonuje przeciwności losu od niechcenia, a drugi przewraca się już na pierwszej poważniejszej przeszkodzie. To co dla jednego jest łatwe, dla drugiego okazuje się być problemem nie do przejścia.

Nie zamierzam przesadnie moralizować i apelować do sumień. Nie o to chodzi. To z czym zwracam się do czytającego ten tekst, to prośba o chwilę refleksji nad naturą naszego społeczeństwa. To jak traktujemy najsłabszych jest miarą tego, co sobą reprezentujemy. Na 2019 rok przypadała rocznica 30-lecia demokratycznych przemian w Polsce. Z gospodarki centralnie planowanej przeszliśmy do gospodarki wolnorynkowej, która w skali globalnej wygrała rywalizację z komunistyczną alternatywą. W artykule 20 konstytucji, model gospodarczy przyjęty w Polsce nazwany został „społeczną gospodarką rynkową” i rzekomo ma się opierać na: solidarności, dialogu i współpracy. Jednak ta próba wprowadzenia w Polsce czegoś w rodzaju „trzeciej drogi” pozostaje tylko jednym z licznych w polskim ustawodawstwie komunałów, za którym nie idzie nic więcej niż zwykły kapitalizm. Praktyka wygląda tak, że zamiast solidarności mamy kult przedsiębiorczości, rozumianej jako umiejętność uzyskania jak najwięcej dla siebie, nie biorąc pod uwagę wspólnoty. Zamiast dialogu, mamy notoryczny konflikt i przerzucanie się profesjonalnie przygotowanymi agendami-wyzwalaczami społecznych emocji, jakże abstrakcyjnymi w kontekście realnych trosk szarego człowieka. Miejsce współpracy zajęła niepohamowana konkurencja i prawo silniejszego, który słabszego może zgnieść i jeszcze zostać za to uhonorowanym, jako efektywny manager/polityk/biznesmen.

Smutny jest obraz Polski Anno Domini 2019, w której ludzie żyją niby razem, a jednak osobno. Bogaci otaczają się dobrami konsumpcyjnymi, zupełnie zbędnymi dla życia. Wykorzystując swoją pozycję i przewagę ekonomiczną, tworzą miraż dobrego życia, który polega na gromadzeniu więcej i więcej rzeczy, które są im tak naprawdę zbędne. Średni marzą przed snem o tym, żeby dołączyć do elitarnego grona bogatych i stać się takimi jak oni – pustymi w środku, ale otoczonymi dobrami. Tymczasem, obok żyją ludzie, którzy chcieliby mieć toaletę w mieszkaniu, wysłać choć raz dzieciaki na wakacje do Ustki, mieć ciepło tej zimy w mieszkaniu czy wybrać się do dentysty.

Polskie ubóstwo to nie materiał na film o umierających z głodu, ani o osobach, które nie mają, w co się ubrać, to też nie obraz ludzi mieszkających w namiocie na pustkowiu, którzy muszą bać się o życie swoje i swoich bliskich. Polskie ubóstwo ma bardziej prozaiczne, a przez to mniej medialnie, atrakcyjne oblicze. To twarze tysięcy takich szarych ludzi, jak ci opisani w tekście. Tych, którzy z przyczyn strukturalnych, osobistych, zdrowotnych nie są wstanie złapać życia za przysłowiowe rogi i osiągnąć tego, co ustanowiono jako najcenniejsze w naszych czasach, czyli indywidualnego sukcesu. Dlatego żyją obok, po cichu, bez dramatyzowania, pogodzeni ze swoim losem. Mówi się, że człowiek syty, nigdy nie zrozumie człowieka głodnego. I tak samo, człowiek radzący sobie w życiu, o ile nie włożył pracy w rozwijanie osobistej wrażliwości, może nigdy nie zrozumieć człowieka żyjącego obok. Ktoś kto naprawdę ma problem, żeby utrzymać siebie i swoich najbliższych za 6 tysięcy złotych, nie będzie wstanie przyjąć do wiadomości, że w Polsce żyją ludzie, którzy mają 4-5 razy mniej na życie.

Jako wspólnota funkcjonujemy w czasach niewyobrażalnego postępu technologicznego, żyjemy na kontynencie, na którym produkowana jest ogromna ilość żywności i rozmaitych dóbr, a mimo to nadal nie udało się doprowadzić do sytuacji, w której ubóstwo zniknęłoby z naszych słowników, jako archaizm, który dotyczy zamierzchłej przeszłości. Zastanawiając się nad stanem naszej wspólnoty, myślę też o tych, którzy pielęgnują w samych sobie inny rodzaj ubogości. Bo ubogim nie jest tylko ten, który nie ma możliwości zapewnić sobie i swoim bliskim wyższego poziomu życia, ale też ten, który ma wszystko, ale dla tych, którzy mają o wiele mniej, ma tylko pogardę i radę w rodzaju – załóż firmę. Prawdziwym dramatem naszych czasów jest to, że coraz więcej jest tych, którzy nie są ubodzy materialnie, ale mają ubogie serce, w którym nie ma miejsca dla drugiego człowieka.

Ta postępująca depersonalizacja wspólnoty to największe wyzwanie, jakie stoi przed społeczeństwem, które lubuje się w podkreślaniu, że to nasze plemię wydało papieża-Polaka, Jana Pawła II, a jednocześnie za nic ma jego nauki i z zapałem godnym, jakiejś wielkiej sprawy, zaangażowało się w tryby świata, w którym bycie zredukowało się do posiadania. Wartość ludzkiego życia, wyryta na sztandarach wszystkich opcji politycznych w Polsce, to dzisiaj pusty slogan, za którym stoi tylko cyniczna gra o głosy w kolejnych elekcjach. Współczesny człowiek jest niczym więcej, jak zabawką w pozbawionym głębi systemie mechanizmów instytucjonalnych, wyborczych, ekonomicznych i kulturowych, które nie służą już rzeczywistości osobowej, tylko samej sobie.

Jesteśmy więc niewolnikami bezdusznej machiny, którą sami stworzyliśmy, a która odebrała nam osobową podmiotowość, dając w zamian ulotne iluzje w postaci kariery, nieprzebranej ilości wyborów, niepohamowanej konsumpcji, kończąc na iluzji wpływu na władzę. Ofiarami tego stanu rzeczy jesteśmy wszyscy, i ci na górze, i ci na dole, i ci żyjący obok. Wspólnota, która zapomina o ciągłej potrzebie pielęgnowania odruchów serca i życia osobowego, może co najwyżej być kolorowym więzieniem, a nie prawdziwą przestrzenią rozwoju i życia w pełni.