Opisanie pewnej eskapady turystycznej – wielce dla autora relacji brzemiennej w skutki.

            Miłe wspomnienia dotyczą najczęściej rzeczy, spraw czy historii najczęściej przypadkowych, takich które zdarzają się w sposób nieoczekiwany. Ale zostawiają najtrwalszy ślad w naszej pamięci – tak właśnie było z moją przygodą związaną z turystyką rowerową.

            Pewnego wiosennego dnia (AD 1981) zaczepił mnie – skromnego mieszkańca akademika na ulicy Niecałej (ówcześnie Sławińskiego) – student Teologii Marian Banach z niecodzienną propozycją. Powiadomił mnie że niedługo rusza rajd kulowskiego PTTK-u Roztocze Wiosną i w związku z tym jest okazja zorganizować trasę rowerową. Miała to być nowość, dotychczas rajd miał wyłącznie charakter rajdu pieszego. Krótko i soczyście przedstawił mi uroki Roztocza a ja poczułem przedsmak wielkiej przygody o nieco …westernowym zapachu.

            Zainteresowanie moją skromną osobą wzięło się niechybnie z powodu posiadania własnego roweru (Wagant!) zakupionego niedawno za pieniądze zarobione przy myciu okien w którymś z lubelskich banków. Marian uznał że warto sprzęt wypróbować  w plenerze, a najlepiej właśnie podczas rajdu. Rajdy organizowane w tamtych czasach również były organizowane bardzo profesjonalnie. Dostałem broszurkę rajdową w której zawarty był szczegółowy opis trasy, nazwisko prowadzącego grupę   oraz wszelkie informacje dotyczące zbiórki uczestników przed wyruszeniem na poszczególne trasy.

            Nie przeraziła mnie pora wyjazdu, słynny pociąg do Bełżca wyjeżdżał z Lublina o 4. 30 (rano!) a przecież trzeba było być na dworcu wcześniej. Marian uznał  że nie ma w takim razie sensu kłaść się spać i przegadaliśmy prawie całą noc, by broń Boże nie zaspać. Na szczęście bez problemu dojechaliśmy na dworzec – tam poznałem resztę naszej ekipy pod dowództwem Marka Dąbrowskiego. Towarzyszyli nam: Olek Petkiewicz i Rysio Rząd (historycy) Basia Mierzejewska z filozofii przyrody i jej sympatia Miecio Krzyżowski – teolog. Mała ekipa; ale przecież 7 to liczba doskonała – o czym miałem się wkrótce przekonać. Ładowanie rowerów do wagonu bagażowego odbyło się bardzo sprawnie a własny bagaż zabraliśmy do przedziału.

            Plan naszej eskapady był następujący: dojeżdżaliśmy do stacji Zawada – kilka kilometrów przed Zamościem – skąd już rowerami ruszaliśmy przez Zamość do Hrubieszowa i dalej na nocleg mieliśmy dotrzeć do Horodła. Nie interesowały nas odległości, piękna wiosenna pogoda pozwalała napawać się pięknem krajobrazów, zabytków i spotykać po drodze ciekawych ludzi. Mnie się strasznie spodobało – zwłaszcza że ruch drogowy był wtedy bardzo skromny i pozwalaliśmy sobie wielokrotnie na zajmowanie całej szerokości szosy by być bliżej siebie i móc ze sobą pogadać. 

            A co dalej, o tym mieliśmy zdecydować następnego dnia. Teraz słów kilka o tym co widzieliśmy po drodze. Zamość – miasto twierdza, kawał wielkiej historii ze wspaniałym rynkiem i … mocno zapuszczonymi kamienicami w centrum miasta. Zdjęcia naszej ekipy wykonane na schodach zamojskiego ratusza zawdzięczaliśmy Markowi, który jako posiadacz niezawodnego aparatu  Practica nie żałował kliszy fotograficznej by sfotografować wyczyny Olka i Rysia wystawiających swoje głowy przez otwory ratuszowych schodów. Po chwili wszyscy własnymi głowami ozdabialiśmy surową architekturę, wzbudzając aplauz wśród nielicznych przechodniów. I tak narodziła się legenda o „głowach zamojskich”, wzorowanych na pamiątkę tych z Wawelu… Szkoda że nie podzielił tego entuzjazmu ratuszowy stróż który najzwyczajniej w świecie pogonił nas precz!

            Ruszamy dalej w drogę – do Hrubieszowa jest kilkadziesiąt kilometrów, ale nas to nie zraża. Pogoda super, humory dopisują, jedzie się fajnie bowiem ruch drogowy mały. Po drodze mijamy potężną cukrownię w Werbkowicach, teren wydaje się taki jakiś… zpegeeryzowany. To taka polska forma sowieckich kołchozów, na wschodniej ścianie jak się jeszcze przekonamy było tego sporo. Sam Hrubieszów przywitał nas niespotykaną czystością miasta, w porównaniu z Lublinem było nieomalże sterylnie.

            Zagadka tej czystości została przez nas rozwiązana po dojechaniu na główny plac miasta, gdzie uwijała się grupa panów w zielonkawych drelichach dzielnie pracujących miotłami. Toż to przecież więźniowie! Pilnujący ich strażnik nie zabraniał nam kontaktu z nimi – przyjacielski papieros i życzliwa rozmowa szybko pozwoliła nawiązać nam kontakt. Panowie byli osadzonymi w tutejszym więzieniu, odbywali kary za lekkie przestępstwa i wielce sobie chwalili możliwość pracy na świeżym powietrzu. Doradzili nam by zwiedzić piękną z zewnątrz cerkiew prawosławną, a że dysponowali adresem popa skorzystaliśmy skrzętnie z ich rady.

I nie pożałowaliśmy tej decyzji – ksiądz był bardzo rozmowny, opowiedział nam o wystroju cerkwi rzeczy,  o których nie mieliśmy pojęcia. Ja osobiście pierwszy raz w życiu byłem we wnętrzu cerkwi i wyszedłem z niej wręcz zafascynowany.

            Po krótkim posiłku pojechaliśmy dalej, do mety etapu zostało jeszcze ze 20 km, ale jakże interesujących – wjechaliśmy bowiem w najdalej wysunięte na wschód obszary Polski. O  dziwo nikt nas nie zaczepiał – mowa oczywiście o pogranicznikach. Przejechaliśmy przez Husynne, Strzyżów, Zosin i już było blisko. Horodło to nasza wielka historia – o czym Olek i Rysio mieli sporo do powiedzenia. Natomiast sama miejscowość była taka sobie, ni to wieś ni to miasteczko. Marek z Marianem poszukali sołtysa, który pomógł nam zorganizować nocleg. Na przednówku trudno było znaleźć dobrze wypchaną sianem stodołę, ale udało się. Przesympatyczni gospodarze zagotowali nam wrzątku na herbatę, znalazło się coś mocniejszego, a że dzień jeszcze się nie skończył poszliśmy na Kopiec Unii Horodelskiej.

            Ciekaw byłem następnego dnia, jak fizycznie damy radę – wczoraj przejechaliśmy ok. 100 km. Okazało się że poza Basią nikt na nic nie narzekał, a tryskający dobrym humorem Marian zasypywał nas propozycjami modyfikacji trasy. Otóż okazało się, że trasa z regulaminu rajdowego była nieco oddalona od granicy, a Marian przekonywał nas że możemy ją trochę skrócić i pojechać wzdłuż granicy jeszcze z 40 km. Taką możliwość potwierdzili też nasi gospodarze lepiej od nas obyci z okolicą. Okazało się że nie pożałowaliśmy tej decyzji. Malownicza wieś Czumów z wczesnośredniowiecznymi grodziskami, ruiny pałacu w Kryłowie, wspaniały neogotycki kościół w Dołhobyczowie oraz opuszczona w tej miejscowości kapitalna murowana cerkiew, to atrakcje których nie poznalibyśmy trzymając się kurczowo pierwotnej trasy. A drewniane cerkwie w Chłopiatynie i Budyninie – też były warte obejrzenia.

            Jechało się tak fajnie że wczesnym popołudniem dotarliśmy już do Tarnoszyna gdzie mieliśmy zakończyć drugi etap rajdu. Księża z tamtejszej parafii, z nobliwym księdzem prałatem na czele bardzo się ucieszyli z naszej wizyty, oddając do dyspozycji salkę katechetyczną, w piątek po południu już niewykorzystywaną. Cóż robić z tak ładnym dniem? Marian zaproponował dla chętnych wycieczkę po najbliższej okolicy a Basia i Miecio zostali na miejscu by odpocząć. Pojeździliśmy sobie po okolicznych wioskach – pamiętam jak w Ulhówku przywitał nas latający nad okolicą rolniczy samolot, machając do nas na boki skrzydłami. Następnego dnia ksiądz prałat zaprosił nas po śniadaniu na spacer w kierunku stojącej samotnie w polu drewnianej cerkwi – tej samej, która dzisiaj – po renowacji – jest ozdobą skansenu w Lublinie. Wtedy nie wyglądała tak efektownie. Księża dbali – o ile mogli, by nie popadła w całkowitą ruinę i na szczęście doczekała lepszych czasów.

            Pożegnaliśmy gościnnych księży z Tarnoszyna i pojechaliśmy dalej w kierunku Rudy Żurawieckiej wjeżdżając w okolice lesiste. Do dzisiaj pamiętam cudowny zapach okolicznych lasów, inhalujący nas w niewyobrażalny sposób. Po kilkunastu kilometrach natknęliśmy się na patrol WOP-u, a żołnierze uśmiechnięci na nasz widok powiedzieli nam że jeżdżą za nami już trzeci dzień i wreszcie się spotkaliśmy!

Spotkanie było bardzo sympatyczne, na nasze szczęście byliśmy przecież zorganizowaną w ramach rajdu grupą turystyczną. Zostawiliśmy patrolowi regulamin rajdu i pamiątkowe odznaki rajdowe. Przypominam sobie ich zalecenia by zgłaszać rajd do WOP-u, najlepiej przesyłając egzemplarz regulaminu rajdu. Analogicznie wyglądały inne spotkania z pogranicznikami w strefie nadgranicznej i za każdym razem z ich strony padała taka właśnie prośba – ale jakoś nikt nigdy nie pomyślał by się do tych zaleceń dostosować. Ale co tam… pora była ruszać dalej.

            Teraz czekały nas największe atrakcje – cerkiew w Hrebennem i wyjazd na masyw Krągłego Goraja. Niezawodny Marian zorientował się że cerkiewka w Hrebennem jest otwarta – wewnątrz panie sprzątały przed niedzielnym nabożeństwem. Cóż to była za frajda móc zwiedzić XVIII wieczną cerkiew – ale jak ona jest malowniczo położona… Mieliśmy wyjątkowe szczęście gdyż nabożeństwa odbywały się w tej cerkwi raz w miesiącu a ksiądz grekokatolicki przyjeżdżał na tę okazję aż z … Warszawy. Zasieki na pobliskiej granicy, przypominające nam o rzeczywistości nie wzbudziły w nas większego zainteresowania i dlatego pojechaliśmy sobie z powrotem do lasu. Prawdę mówiąc dzisiaj miałbym wątpliwości co do sensu takiej trasy, ale daliśmy radę! Rowerami, momentami pieszo zdobyliśmy Krągły Goraj i był już najwyższy czas by dojechać na metę rajdu.

            Zupka, ognisko, piosenki turystyczne do białego rana – jakimś cudem nie czułem się zmęczony. Na ognisku spotkaliśmy wielu znajomych piechurów, nieskromnie zauważyłem że nasze opowieści o pokonanej trasie wzbudzały wśród nich uznanie, a może nawet szacunek. Przecież na naszych rowerach przejechaliśmy potężny dystans i zaliczyliśmy mnóstwo atrakcji nieosiągalnych dla piechurów.

            Okazało się że to nie były wszystkie atrakcje jakich dane było mi zaznać na tym rajdzie. W ostatnim dniu rajdu mieliśmy do pokonania jakieś 20 kilometrów by dojechać do najbliższej stacji kolejowej. Ale przecież szkoda było takiego ładnego dnia, ale dobra dusza naszego towarzystwa – Marian- zasugerował że moglibyśmy się jeszcze powłóczyć po okolicy – na pociąg i tak zdążymy. Zdążyliśmy na pociąg, zdążyliśmy jeszcze przejechać z 50 kilometrów, zaliczając wizytę w Narolu, Suścu z krótką wycieczką na Szumy, a do pociągu wsiedliśmy bodajże w Zwierzyńcu.

            Byłem z siebie dumny że udało mi się przejechać tą trasę – głównie ze względu na potężny zjazd do Suśca. Od strony Cieszanowa jest takie miejsce, gdzie droga opada gwałtownie w dół pod dość ostrym kątem i jest tam kilkaset metrów ostrego zjazdu. Prędkości rozwija się tam na poziomie 70-80 kilometrów i dla ludzi nieprzyzwyczajonych do takich wyczynów może być taka sytuacja niebezpieczna. Ale  jacy my byliśmy szczęśliwi i zadowoleni z siebie!  Nie spodziewałem że są takie fajne miejsca, tak niedaleko od Lublina. Że są takie fantastyczne lasy, ciekawe zabytki i…tacy fajni koledzy na trasie.

            Powrót do Lublina nie obył się bez niespodzianek. Na stacji w Rejowcu pociąg miał mieć kilkanaście minut postoju i wielu rajdowiczów pobiegło do kolejowego bufetu, na szczęście towarzyszył im konduktor. Znienacka pociąg ruszył i zaczął nabierać prędkości, zostawiając powracających pasażerów i konduktora na peronie. Zadziałała przytomność kierownika pociągu i zaciągnięcie hamulca ręcznego było w tym momencie jak najbardziej uprawnione. Na szczęście wszyscy wsiedli, nawet rozbawieni tak nieoczekiwanym zachowaniem maszynisty.

            W Lublinie przemaszerowaliśmy w zwartej kolumnie na dziedziniec KUL-u, gdzie oficjalnie rozwiązano rajd. A ja wtedy się poczułem uczestnikiem pewnej wspólnoty; wspólnoty…włóczęgów.

            Miesiąc później pojechaliśmy z Marianem na tygodniowy rajd rowerowy w Bieszczady. To był pierwszomajowy rajd lubelskiego SKPB, w ramach którego AKTR Wentyl (akademicki  klub turystyki rowerowej) prowadził dużą trasę rowerową. Zawiadujący tym klubem studenci Politechniki Lubelskiej prowadzili wypożyczalnię rowerów, to właśnie tam załatwialiśmy sobie sprzęt na nasze rajdy. Nasza trasa przebiegała od Przemyśla do Zagórza; przez Birczę, Ustrzyki Dolne, Czarną do Ustrzyk Górnych – gdzie zainstalowaliśmy się na kilka dni. Zakończenie rajdu miało miejsce w Lesku, z finalnym przejazdem do stacji kolejowej w Zagórzu. I z powrotem w pociągu jadącym częściowo przez ówczesny ZSRR!

            To właśnie po tym wyjeździe postanowiliśmy całą „wentylowską” ekipą za namową Dr-a Józka Kaczora (kierownik naszej trasy) rozpocząć szkolenie dla   samodzielnych przewodników na trasach rowerowych. Fascynacja rowerową włóczęgą spotęgowała się we mnie do tego stopnia, że zdobycie tych uprawnień uważałem za najważniejszy cel jaki mi wtedy w życiu przyświecał. A po szkoleniu i pomyślnie zdanym egzaminie uzyskaliśmy jakże oryginalny tytuł Przodownika Turystyki Kolarskiej PTTK!

            Wtedy już w majestacie prawa i moich uprawnień rozpoczęła się w naszym Kole PTTK niesamowita era wyjazdów rowerowych. Albowiem w krótkim czasie zainstalowała się dość spora grupa zaangażowanych rowerzystów. Niektórzy zawzięci piechurzy, a mam na myśli Wiesia Boufała czy świeżo upieczonego Organizatora Turystyki Pieszej – Stasia Gogacza – dołączyli do nas na trwałe.

Rysiek Wojcieszek był inicjatorem wyjazdu rowerami do Kodnia. Dołączył do nas wkrótce Andrzej Jankowski i jego siostry: Basia i Anka Renata, a te z kolei przyprowadziły koleżanki z roku. Ula Poklękowska, Ewa Duda, Dorota Alczyk, Ewa Markiewicz, Basia Parczyńska, Grażynka Węgrzyn to tylko kilka z nich, których nazwiska udało mi się zapamiętać. Nieco później udało się Andrzejowi Sikorze namówić na nasze eskapady całkiem sporą grupkę kolegów z roku. Bardzo ubarwiali oni swoim wesołym podejściem nasze wyjazdy. A Wojtek Żukowski i Wojtek Kutyła celowali w wymyślaniu oryginalnych dowcipów. Taka historyjka: wmówili swojemu koledze konieczność codziennej zmiany powietrza w naszych rowerach… Na nieświeżym powietrzu podobno kiepsko się jeździ… a ofiarny Rysio czym prędzej przystąpił do dzieła. Jego zapał przerwałem przy trzecim pompowaniu; kiedy już cała nasza grupka zaśmiewała się do łez…

            Jeździliśmy  regularnie po Roztoczu, epizodycznie po Pogórzu Przemysko-Dynowskim, czy Podlasiu. I tak było przez całe lata 80-te. Bywało również tak, że zgłaszali się do mnie studenci z propozycją wyjazdu którego trasę sami wymyślili, prosząc o pomoc w jego organizacji i poprowadzeniu.

            Przy okazji któregoś z wyjazdów na Roztocze Wiosną pojawił się na starcie pewien skromny słuchacz wykładów IWKR i kandydat na studenta historii KUL-u, był nim Andrzej Sikora. Szybko nawiązaliśmy nić przyjaźni, a jego talent techniczny przydał się nam nieomalże na drugi dzień. Andrzej doskonale sobie radził z naprawami zawodzącego nas czasem sprzętu. On również przeszedł sprawnie cykl szkoleniowy i stał się pełnoprawnym Przodownikiem kolarzem. Później zasłynął z organizowania szalonych wyjazdów zagranicznych. Dla przykładu; pojechał kiedyś z dużą grupą rowerzystów do Lwowa, gdzie namawiał towarzystwo na przejazd do Kamieńca Podolskiego. Znalazł się ktoś, kto rzucił jeszcze oryginalniejszy pomysł – jeżeli już jesteśmy w tym kraju to czy nie można by było pojechać na Krym? Dwa dni później byli już na Krymie… Andrzej był również autorem wyprawy do Belgii, Holandii i Francji by przejechać szlak bojowy polskich wojsk, przebyty przez nie podczas wyzwalania tych krajów pod koniec  II wojny światowej. Próbowałem mu pomóc w miarę swoich możliwości, gdyż bardzo liczna początkowo grupa potencjalnych uczestników wykruszyła się bardzo szybko. Finalnie pojechało ich czworo – szef na czele trójki dziewczyn. Kiedy rozmawiałem z nimi po powrocie – jednoznacznie potwierdziły: warto było.

            Tradycje kolarskie w naszym Kole PTTK kontynuuje obecnie Piotrek Kieraciński, udaje mu się corocznie montować podczas rajdu Roztocze Wiosną całkiem liczną ekipę. To nie tylko moda na zdrowy styl życia sprowadza nas co roku na rowerową trasę – widzę w tym prawdziwą pasję; a najbardziej to zazdroszczę współczesnym rowerzystom sprzętu. My mogliśmy tylko kiedyś o takim pomarzyć. Ale zawsze było fajnie, z sympatią wspominam ja i moi współtowarzysze nasze czasem szalone eskapady. Warto było.

ps. w ubiegłym roku odszedł do Pana wspominany tutaj wielokrotnie Marian Banach, pokonał go nowotwór – ale pamięć o nim zachowamy…