Recepta na miłość

Rozmowa z Martyną i Michałem Łuniew, absolwentami Studium Teologii Rodziny, prowadzącymi kursy przedmałżeńskie. O znaczeniu rodziny we współczesnym świecie
Martyna i Michał Łuniew są małżeństwem i rodzicami Sancji, Aliny i Faustyny

Mówi się, że rodzina jest podstawową komórką społeczeństwa. Ale czy faktycznie w dzisiejszym czasie dla ludzi rodzina jest taką podstawą, ostoją i gwarantem przyszłości?

Michał: Nie wiem czy wszyscy do tego w ten sposób podchodzą, ale rodzina tak czy inaczej tą podstawową komórką jest. To fundament, bo od rodzin zależy, jaka będzie przyszłość kraju. To w rodzinach wychowują się dzieci, to w rodzinach kształtowane są postawy i przekazywane wartości, więc rodzina jest podstawą społeczeństwa. Nie wszyscy to jednak przyjmują, nie wszyscy się z tym zgadzają.

Z czego może wynikać to, że nie wszyscy ten fakt przyjmują? Jakie czynniki mogą o tym decydować? Dziś, zdawałoby się, oczywiste pojęcia są definiowane w zupełnie inny sposób.

Martyna: Myślę, że głównym czynnikiem w dzisiejszym świecie jest pogoń za pieniądzem. Ludzie najpierw chcą zarobić, przez to odkładają moment założenia rodziny. Chcą zdobyć dobra materialne, wybudować dom, mieć stałą pracę, a to wymaga sporej ilości czasu. W ten sposób myśl o małżeństwie i rodzinie się oddala. Gdy w końcu założą rodzinę, pracują jeszcze więcej, aby zapewnić jej komfortowy byt, tylko że te dobra materialne dalej są na pierwszym miejscu, trzeba by się było zastanowić czy to jest dobre dla współmałżonka, dla dziecka.

Michał: Wydaje mi się też, że wiele młodych osób nie wierzy w to, że można przeżyć całe życie z jedną osobą. Prowadząc kursy dla narzeczonych zawsze na zakończenie wręczamy ankiety z pytaniami co się podobało, co trzeba by było ulepszyć i bardzo często w ankietach występuje taka uwaga od narzeczonych, że chcieliby posłuchać świadectwa małżeństw o większym stażu, aby zobaczyć, że naprawdę da się żyć z jedną osobą do końca. Dziś jest taki strach przed zawarciem małżeństwa i myśl, że jednak nie jest to pewne. Z racji tego, że ktoś nie wierzy w miłość i wierność, cały proces związany z założeniem rodziny wydłuża się, niektórzy w ogóle nie podejmują głębszych relacji prowadzących do małżeństwa, tylko decydują się na tzw. wolne związki – konkubinaty. Później się okazuje, że małżeństwa nie ma, a wiemy, że to właśnie ono jest najbezpieczniejszym miejscem na przyjęcie dzieci. Gdy w takim nietrwałym związku pojawi się dziecko, często jest nieplanowane, a wręcz niechciane, a to się odbija na relacji tych dwojga dorosłych, na relacji z dziećmi, które stają się przeszkodą. Pojawia się strach przed prawdziwą miłością.

Ale z drugiej strony – są małżeństwa zawarte z miłości, które po jakimś czasie rozwodzą się, bo – jak twierdzą – miłość się wypaliła. Jak to rozumieć i w jaki sposób można ten trend odwrócić?

Michał: My podczas kursów dla narzeczonych mówimy o miłości przede wszystkim na podstawie Biblii. Tam jest recepta na prawdziwą miłość i właśnie za pomocą Słowa Bożego pokazujemy, czym ona jest. Dajemy też świadectwo tego, że mimo trudności da się żyć według Pisma Świętego. Dziś możemy zauważyć, czy to w mediach, w książkach, czy czasopismach, że miłość pokazywana jest jako uczucie, coś przyjemnego, a kiedy się ta przyjemność kończy to znaczy, że miłość wygasła. Trzeba jednak wiedzieć, że uczucia nie zależą od nas, one się pojawiają i znikają, a miłość to postawa woli, wzięcie odpowiedzialności za tę drugą osobę. Na ślubnym kobiercu dajemy gwarancję, że będziemy przy tej osobie do końca życia, że będziemy ją kochać. Zamiast szukać odpowiedzi w teledyskach i u różnych celebrytów, warto sięgnąć do Biblii.

Martyna: Naszą receptą było to, że budowaliśmy nasz związek na Bogu, od początku naszej znajomości. Kontynuujemy to w małżeństwie, chcemy, aby Bóg był na pierwszym miejscu. Była modlitwa małżeńska, teraz doszła rodzinna – to umacnia relację między nami i między nami a Bogiem. To też wzór dla dzieci, że we wszystkich chwilach uciekamy się do Boga.

A co w sytuacji, kiedy ludzie nie są wierzący? Co im powiedzieć, aby byli przekonani o wartości małżeństwa, rodziny i stałej miłości?

Michał: Myślę, że potrzeba miłości, takiej wiernej i wyłącznej, jest w każdym człowieku, bez względu na to, czy jest wierzący czy nie. Ludzie łączyli się na całe życie już w zamierzchłych czasach, kiedy jeszcze nie znano Słowa Bożego. Jakby tak spytać każdego na osobności o tę kwestię to myślę, że odpowiedź byłaby taka sama – każdy chce spędzić życie z jedną, ukochaną osobą. Kiedyś pewna osoba powiedziała mi, że najważniejsze w życiu jest to, aby kochać i być kochanym. To taka recepta dla wszystkich, też dla tych, którzy z Panem Bogiem nie są za pan brat. Warto też przypatrzeć się, czy ktoś chce dla nas dobra, niektórzy mówią: „Ja chcę dla ciebie dobrze”, ale czy chce dobra? To jest różnica. Znam przypadek ludzi, którym doradzano unieważnienie małżeństwa na wypadek bezdzietności. Rozwód nigdy nie jest dobrem. Osoby niewierzące mogą radzić się mądrych ludzi, starać się być wiernym, kochać. Pamiętać należy, że źródłem prawdziwej miłości jest Bóg.

Mówiąc o rodzinie nie sposób pominąć wątku dotyczącego zagrożeń, jakie dziś na nią czyhają. Jakie wy dostrzegacie zagrożenia, może z jakimiś zetknęliście się osobiście?

Martyna: Nie wiem czy można nazwać to zagrożeniem, ale na pewno nieprzychylnością – idąc na spacer z dwójką już urodzonych dzieci i jednym w brzuszku usłyszałam komentarze ludzi, którzy chyba myśleli, że na tyle cicho mówią, że ich nie słyszę. „Jeszcze jej się zachciało kolejnego dziecka”, padły też słowa bardzo wulgarne. Zupełnie nie rozumiem takiego podejścia, przecież osobom trzecim nic do tego, że mamy tyle dzieci, w żaden sposób nie są zaangażowane w ich wychowanie czy spacerowanie z nimi. Dziś jest takie przekonanie, że wielodzietność to coś nie fajnego, niepożądanego. Czasem też podczas różnych wydarzeń kulturalnych zauważamy nieprzychylne spojrzenia, zwłaszcza w sytuacji, gdy któreś z dzieci zachowa się w sposób, który nie odpowiada tym ludziom, a który przecież wynika z fizjologii tego dziecka. Dochodzi do tego, że po prostu z wielu wydarzeń rezygnujemy.

Michał: Tak, to są zagrożenia nam bliskie i w pewien sposób fizyczne. Natomiast trzeba tu też zwrócić uwagę na takie, które dotykają rodziny w ogóle. My z wyboru nie mamy radia ani telewizora, więc nasze dziewczynki nie oglądają bajek jak leci, ponieważ są takie, które przedstawiają np. tatę, który nic nie potrafi, z którego można się wyśmiewać. Takie zachowania wpajane są do głowy, dzieci mogą czerpać z takich treści wzorzec. Kiedyś też siedziałem w salonie samochodowym czekając na naprawę auta. Był tam włączony telewizor, kanał muzyczny, i tak patrząc doszedłem do wniosku, że przynajmniej połowa z teledysków wygląda jak film pornograficzny. Jeżeli takie zachowania oglądają dzieci i młodzież to jak mają później nabyć szacunek do siebie, do innych, do rodziców. To postawy przeciwne rodzinie.

Martyna: Tę postawę można też zaobserwować w szpitalu. Po trzecim porodzie pytaliśmy lekarza, kiedy moglibyśmy się postarać o kolejne dziecko, na co lekarz spytał: „To państwo chcecie mieć jeszcze dzieci?”.

Skąd wynika taka postawa innych osób? Zdawałoby się przecież, że dzieci są kochane, łapią za serce, a ludzie rozczulają się nad nimi.

Martyna: Ludzie myślą, że wielodzietność to zagrożenie dla rozwoju kobiety czy mężczyzny. Dziś kobieta, która nie pracuje zawodowo, zajmuje się wychowaniem dzieci i domem, postrzegana jest jako ta, która nic nie robi, cofa się rozwoju albo też pojawia się taka myśl, że przez dzieci nie może się rozwinąć i zarabiać, co jest nieprawdą, bo wiele kobiet na urlopie macierzyńskim odkryło swoje talenty i dzięki temu się rozwinęło.

Michał: Nasza znajoma, która ma cztery córki i około 50 lat, mówiąc jej, że ludzie tak nieprzychylnie patrzą na rodziny wielodzietne powiedziała, że osoby, które przyjmują więcej dzieci są niejako wyrzutem sumienia dla tych, którzy nie chcieli mieć dzieci. Dodatkowym problemem może być fakt, że w czasach PRL w wyniku aborcji zginęło od 4 do nawet 20 milionów dzieci. To też może po latach pokutować. Ludzie noszą w sobie pewną zadrę, uraz, traumę, ciężko im się otworzyć na dzieci, bo wiedzą, że w przeszłości zrobili coś złego.  

Martyna: Spotkałam też starszą osobę, która chwaląc nasze dziewczynki stwierdziła, że zdrowe dzieci jak najbardziej można przyjmować, ale chore dzieci to już co innego i ona się dziwi, że w dzisiejszych czasach są jeszcze ludzie walczący dla nich o prawo do życia. Byłam bardzo zaszokowana i smutna słysząc coś takiego.

Z jednej strony, tak jak to zauważyliście, ludzie źle patrzą na rodziny wielodzietne, na przyjmowanie chorych dzieci, a z drugiej strony wszechobecna jest walka z dyskryminacją. Czy można te postawy jakoś połączyć?

Michał: Jeżeli ktoś walczy z życiem i nie jest przychylny rodzinom, to zaburzony jest porządek rzeczy. Mamy coś takiego jak prawo naturalne. O co w tym chodzi? Wszelkie prawa fizyki, fakt, że ryby pływają, a ptaki latają oznacza, że ktoś tak ustanowił. Jeżeli jest prawo naturalne to znaczy, że ma swojego Prawodawcę. Wszyscy ludzie powinni się do tego prawa stosować. Zresztą, kiedy był  proces w Norymberdze, to zbrodniarzy sądzono według prawa naturalnego. W związku z tym prawem trzeba też wiedzieć, jaka jest istota roli męża i istota roli żony. Mężczyzna to ten, który broni rodziny, zapewnia bezpieczeństwo i byt, przekazuje wartości swoim dzieciom i prowadzi rodzinę ku dobru, kobieta zaś opiekuje się dziećmi, bo nikt tego tak dobrze nie zrobi jak ona, wie, czego one potrzebują, troszczy się domem, buduje relacje i postawę miłości. Wcale nie jest osobą przeznaczoną do wojowania, bijącą się o coś, krzyczącą. Dziś niestety dochodzi do usilnych prób zamiany tych ról – mężczyzna ma tą odpowiedzialnością obarczyć kobietę, być od niej zależny, a ona ma bić się o jakieś prawa, które mają wykluczać z życia innych, bezbronnych ludzi.

Ale wiecie, że to wszystko w obronie praw kobiet i równouprawnienia.

Michał: Równouprawnienie jak najbardziej, ale nie na zasadzie zamiany ról czy zastępowalności. Myślę, że właśnie poprzez to zaburzenie porządku rzeczy wynika strach przed przyjęciem dziecka, co w konsekwencji prowadzi do walki o zabijanie jeszcze tych nienarodzonych. Trzeba zadać sobie pytanie czy prawo zawsze jest dobre – w III Rzeszy też było prawo, i według niego zabijano słabszych, chorych, nie spełniających norm, czy mamy takie coś naśladować? No nie. Prawo naturalne mówi wyraźnie, że każdy człowiek ma prawo do życia. Jeśli się do tego nie dostosujemy to będzie wykluczenie i dyskryminacja.

My tak cały czas mówimy o rodzinie jako mężu, żonie i dzieciach, ale przecież niektórzy dowodzą, że w związkach homoseksualnych rodzą się dzieci i to czasem więcej niż w związkach heteroseksualnych.

Michał: Wszystko ma swoją istotę. Tak jak nie używa się długopisu do podważania, bo się złamie, a krzesła do rzucania na stadionie, tak dwóch mężczyzn czy dwie kobiety w żaden sposób nie mogą mieć dzieci. Tylko kobieta i mężczyzna, dzięki temu, w jaki sposób są zbudowani, mogą poprzez połączenie się począć dziecko. Każde zburzenie tego prawa prowadzi do różnych, niekoniecznie dobrych pomysłów.

Martyna: Są świadectwa ludzi, którzy byli wychowani przez pary homoseksualne i z nich jasno wynika, że to nie było dobre. W tych relacjach padają mocne słowa: „ofiara”, „cierpienie”, „zachwianie równowagi emocjonalnej dziecka”. Cały świat psychiatrii powinien jednogłośnie stwierdzić, że zarówno ojciec, jak i matka są niezbędni, by kształtować osobowość dziecka.

Co można zrobić, aby obronić rodzinę?

Martyna: Należy być aktywnym rodzicem. Jeżeli w szkole czy przedszkolu jest coś, co nas niepokoi, mówmy o tym głośno, nie pozwalajmy na to, aby nasze dzieci uczestniczyły w zajęciach godzących w dobro ich samych i w dobro rodziny. Nieważne, czy nas poprą inni rodzice czy nie, dbajmy o prawidłowy rozwój, również ten moralny, naszych dzieci. Ważne też jest to, aby obracać się w kręgu osób, które podzielają te same wartości i zasady, bo to nas umacnia. My takie wsparcie mamy we wspólnocie Domowego Kościoła.

Michał: Nie pozwalajmy też na zacieranie pojęć. Kiedyś np. słowo konkubinat było czymś normalnym, neutralnym. Teraz zaś, gdy powiemy „konkubent”, inni oskarżą nas o mowę nienawiści. I tak jest w wielu innych kwestiach. Nie dajmy się zwariować. A co do obrony rodziny, ojcowie mają prowadzić swoje dzieci do Boga. W Biblii jest najlepszy przepis na szczęśliwą przyszłość. Tam jest konkretny projekt i recepta. Poza tym, radzimy nie mieć telewizora i radia i samemu wybierać to, co jest wartościowe. Rodzice powinni też mieć wiedzę na temat tego, jakie bajki czy filmy są dobre, jakie książki warto przeczytać, czym się kierować. Ważne jest wspólne uczestnictwo w niedzielnej Mszy św., codzienna wspólna modlitwa, sakrament pokuty i pojednania, bycie ze sobą. Wielką pomocą dla małżonków w budowaniu więzi są metody naturalnego rozpoznania płodności. Oboje małżonkowie podejmują decyzję o przyjęciu kolejnego potomka, szanując wolność drugiej osoby. Są sobie równi. I to jest właśnie równouprawnienie. I taka uwaga dla wszystkich, którzy mienią się eko. Co człowiekowi po tym, że będzie pił czystą wodę i oddychał czystym powietrzem, jeżeli będzie się truł chemią ze środków antykoncepcyjnych.

Martyna: Naturalne metody planowania rodziny są skuteczne – potwierdzone przez ośrodki naukowe. Odświeżają miłość małżeńską, pozwalają odnaleźć najlepszy czas na przyjęcie dziecka, zbliżają do siebie. To jest fakt.

 Dziękuję za rozmowę. Rozmawiała: Agnieszka Jarczyk