Rozczarowanie komercjalizacją

Jak przeżywa się święta Bożego Narodzenia w najbardziej zsekularyzowanym kraju Europy? Czy w Królestwie Niderlandów jest jeszcze miejsce na żywą wiarę i refleksję nad tajemnicą Wcielenia? – dowie się Patrycja Jenczmionka–Błędowska w rozmowie z Wojciechem Zipserem, który przez 20 lat był konsulem honorowym Holandii we Wrocławiu.

PJB: Co Pana najbardziej zaskoczyło w świętach Bożego Narodzenia Holandii?

WZ: To było dawno temu. Pojechałem w czasie trudnym do wyobrażenia, kiedy była jeszcze granica, wizy, kiedy wyjazd na Zachód był czymś szczególnym. Chciałem odwiedzić przyjaciół. Byłem wtedy zakochany w holenderskiej dziewczynie i to dla niej pojechałem. W tej wielkiej miłości postanowiłem, że zostanę w Holandii. To była decyzja niezwykle trudna i było to nielegalne. Nie można było wyjechać z Polski i po prostu nie wrócić. Kiedy wyjeżdżało się z kraju, należało z góry zadeklarować, dokąd się jedzie, jakim środkiem lokomocji, przez jakie przejścia graniczne będzie się przechodzić itd. A przede wszystkim należało zaakcentować, kiedy się wróci. Jeśli się spóźniło o 1-2 dni, mogło to być związane z rozmaitymi represjami, np. zakazem wyjazdu z Polski na kilka lat. Odważyłem się, pojechałem i postanowiłem nie wrócić i to był akurat czas przed świętami Bożego Narodzenia.

PJB: I jak wspomina Pan te pierwsze święta w Królestwie Niderlandów?

WZ: Na Boże Narodzenie byłem przyzwyczajony, zgodnie z tradycją wyniesioną z domu, do Wigilii obchodzonej w odpowiedni sposób. Do tego dnia przygotowaliśmy się bez żadnej oprawy świątecznej. I dopiero w Wigilię pojawiały się światło, radość, kolędy i zaczynało się świętować. W domu mojej wybranki zorientowałem się, że w ogóle nie będzie żadnej Wigilii. Pamiętam, że poszedłem do pokoju i się rozpłakałem. Moja niedoszła teściowa to zauważyła i nagle zauważyłem, że jest jakiś ruch, zaczęły się jakieś przygotowania i ona zaimprowizowała Wigilię dlatego, że ja tego pragnąłem. I to było bardzo piękne z jej strony.

PJB: Dlaczego nie przeżywano i nie przygotowywano tam Wigilii?

WZ: Holandia jest społecznością wielokulturową, a także wieloświatopoglądową. Jeśli mówimy o światopoglądzie chrześcijańskim z punktu widzenia religijności czy kultury, to jest on podzielony na strefę ponad rzekami i poniżej rzek, czyli na północ i południe kraju. Na północy przeważa przywiązanie do ruchów protestanckich, natomiast na południu jest więcej katolicyzmu. Ta specyfika wywodzi się jeszcze z końca XVI w., kiedy wytworzył się obszar, który teraz nazywamy Niderlandami. Północne Niderlandy były zdecydowanie protestanckie. Oddzielenie się północy spod władzy hiszpańskich Habsburgów było związane z protestantyzmem. Protestanci w północnych Niderlandach sprzeciwiali się kontrreformacyjnym działaniom Hiszpanii. Stąd protestantyzm został zakotwiczony bardzo mocno na północy i do dziś to widać. Katolicy w Holandii świętują Wigilię, protestanci raczej nie. Dla tych ostatnich ważniejszy jest pierwszy czy drugi dzień świąt, a najważniejszym dniem w kalendarzu liturgicznym i w dogmatyce jest Wielki Piątek. Trudno zatem w Amsterdamie, który leży na północy, oczekiwać takich tradycji wigilijnych. Można powiedzieć, że ja je wprowadziłem do domu, choć ożeniłem się z kimś innym. Ta pierwsza, największa miłość, nie utrzymała się zbyt długo. W mojej rodzinie staraliśmy się obchodzić Wigilię tak jak w Polsce, aczkolwiek to nie należy do łatwego przedsięwzięcia. Nie sposób w Holandii zrobić pierogi ruskie, które u mnie w domu były absolutnie nieodłączne. Na Wigilię były one przysmażane tartą bułeczką, bo w innych dniach były podawane z cebulką lub ze śmietaną. Karp natomiast był niedostępny w Holandii.

PJB: Holandia słynie z rzek, kanalików, stawów. Czy nie można było np. łowić?

WZ: Nie wolno było. Duże karpie pływały i pływają w holenderskich parkach, sadzawkach, ale nikt ich nie łowił, bo ten gatunek jest ozdobny. Nikomu w Holandii do głowy nie przychodziło, że karpia można jeść. Teraz tak, bo je się wszystko. Choć coraz częściej odchodzi się od karpi. W późniejszych latach na Wigilię robiliśmy rożne wariacje rybne. Nie jadło się mięsa, bo jest post i taka jest tradycja. Na stole coraz częściej lądowały dorsze czy owoce morza. Z roku na rok odchodziliśmy od pierogów i, prawdę mówiąc, nie starałem się ich zastępować czymś innym.

PJB: Jak udawało się zachować w Pańskiej rodzinie polskie tradycje świąteczne, żyjąc w kraju o takim bogactwie kulturowym?

WZ: Moja nieżyjąca już żona była Żydówką. Jej matka była także wyznania judaistycznego, a ojciec był z domu protestantem – kalwinem liberalnym. J ej rodzina obchodziła wszystkie święta chrześcijańskie i wszystkie żydowskie. Tam nieustannie było święto. Świętowaliśmy Wigilię ze względu na mnie, a także święta żydowskie. Chodziliśmy do liberalnej synagogi w Amsterdamie. Na Wigilię przygotowywaliśmy prezenty. W pierwszy dzień świąt staraliśmy się spotkać z przyjaciółmi, czasem przyjeżdżała do nas rodzina z Polski. Najważniejszymi świętami zimowymi, w kontekście przeżywania rodzinnego, nie jest Boże Narodzenie, a Mikołaj, zwany tu Sinterklaasem. Przypływa on do Niderlandii z Hiszpanii 5 grudnia. Wysiada ze swojego statku w swoim stroju biskupim. Jest tłumnie witany i dopiero następnego dnia jedzie do Polski. Dzień świętego Mikołaja jest niezwykle istotny dla holenderskich rodzin. Dawniej bywało, że dzień przed tym świętem, a już na pewno 5 grudnia, nie można było dodzwonić się do żadnej firmy czy urzędu, bo wszyscy byli bardzo „zajęci”.

PJB: A co naprawdę robili?

WZ: Pisali wiersze. Na świętego Mikołaja daje się prezenty bliskim, ale każdy powinien być opisany wierszem. Niektórzy idą na łatwiznę i piszą coś w stylu: „Fiku-miku i już jestem w twoim pamiętniku”. Bardziej ambitni piszą wiersze, które odnoszą się do danego prezentu, ale w taki sposób, by obdarowany zgadł, co to za upominek. Dodatkowo prezent należy zapakować tak, by z samego kształtu nie wynikało, co znajduje się w środku. Pamiętam, że święto Mikołaja było taką celebracją w Holandii jak u nas w Wigilię. Kolacja ze świecami, z muzyką i nagle ktoś zauważa, że pod choinką znajdują się prezenty. Wyciąga się je kolejno, czyta wierszyk i zgaduje, od kogo jest i co znajduje się wewnątrz. Taka zabawa w pełnej radości może trwać kilka godzin, jeśli prezentów jest więcej. Czasem z przyjaciółmi robiliśmy ustalenia, by zrobić jak najwięcej prezentów do określonej kwoty, najczęściej niskiej, by było trudniej. I wychodziły cuda: specjalny rodzaj ołówka czy kolorowe skarpetki. I to było fantastyczne!

PJB: Jaka atmosfera panowała w tym czasie? Co Pan czuł?

WZ: Rozczarowanie komercjalizacją. W czasach mojego dzieciństwa półki w sklepach nie były pełne. Mieliśmy także tradycję wywodzącą się z Kresów Wschodnich: Lwowa i Stanisławowa. Nie mogliśmy nawet śpiewać kolęd przed zabłyśnięciem na niebie pierwszej gwiazdki. Do tego momentu było szaro, ciemno i tak trochę smutno. To była tradycja oczekiwania. Dopiero od tego momentu rozpoczynały się święta. W Zabrzu, u moich dziadków, którzy wyemigrowali tam ze Wschodu, obowiązywał post ścisły, skromny i wykluczający potrawy mięsne. Nie było widać świąt. W kuchni rozpoczynały się przygotowywania. Wołano nas z siostrą do pomocy i w tym czasie słychać było dzwoneczki. Trzeba było sprawdzić, co się dzieje, więc biegło się do salonu i okazywało się, że aniołek przyniósł choinkę. Drzewko ubieraliśmy w świeczki, lampki. I dopiero wtedy zaczęły jaśnieć te święta. Wspominam to z dużym rozrzewnieniem, gdyż kontrast pomiędzy szarym oczekiwaniem i tym świętem powodował emocje, których w tej chwili już nie mam. Przychodzi listopad i pojawiają świąteczne iluminacje i wiem, że w sklepach będziemy słyszeć piosenki typu „Last Christmas”.

PJB: Czy w tak sekularyzowanym kraju, jakim jest Holandia, jest jeszcze ten wymiar duchowy świąt?

WZ: Według moich obserwacji, przeżywanie chrześcijaństwa w Polsce jest niezwykłą rzadkością. Jest ono powierzchowne i odnosi się do zewnętrznych objawów. To, co widzimy w kościele, jest nierzadko zaprzeczeniem chrześcijaństwa, słów Jezusa – „Moje królestwo jest nie z tego świata” i przede wszystkim zaprzeczeniem miłości bliźniego, by szanować wszystkich tych, którzy są odmienni rasą czy narodowością, np. setnika, tych, których traktujemy jako wrogów politycznych, np. samarytan i w ogóle tych, którzy są inni niż my. W Holandii jest tak, że jak ktoś deklaruje się, że jest katolikiem, protestantem, adwentystą dnia siódmego, to robi to na serio.

PJB: Skąd takie obserwacje?

WZ: Ze swoich własnych doświadczeń. Pracowałem przez 5 lat na Uniwersytecie w Utrechcie na wydziale teologii jako historyk, zajmując się radykalną reformacją w XVI i XVII w. Miałem nie tylko kontakt z osobami  reprezentującymi najrozmaitsze odłamy chrześcijaństwa, ale także z ich opowiadaniami. Stykałem się z tym bardzo blisko. Poważnie podchodziło się do wyznawanego systemu zasad moralnych.

PJB:  W praktyce także, nie tylko w teorii uniwersyteckiej?

WZ: Tak. To wynika z tego, że w Holandii jest duża konkurencja światopoglądowa. Jeśli połączymy liczne odłamy chrześcijaństwa: protestantyzm, katolicyzm, prawosławie, to stanowią one jednak większość, a potem mamy mniejszości w postaci judaizmu, islamu, hinduizmu czy buddyzmu. Jest bardzo łatwy dostęp do innego światopoglądu również w ramach chrześcijaństwa. Stąd też holenderscy katolicy nie tak łatwo będą godzić się z autorytarną strukturą kościoła rzymskokatolickiego, gdyż wokół mają tzw. gminy – społeczności ludzi wierzących w ten sam system, u których istnieje demokracja. Sami wybierają swoich predykantów, kaznodziei, którzy kontrolują jakość swojego kościoła i albo płacą na niego, albo nie. Pamiętam, jak w kościele w Amersfoort miałem spotkanie z członkami kościoła rzymskokatolickiego i rozmawialiśmy o tym, że brakuje im księży. Próbowali ściągać duchownych z Polski, ale twierdzili, że to była klęska. Uważali, że mentalność młodych ludzi zatrzymała się na XIX w. Ich zdaniem mieli oni duży ładunek nietolerancji, braku zrozumienia drugiego człowieka. W Polsce mówi się, że Holandia to kraj grzeszny, źródło deprawacji. Każdy z tych tematów jak: aborcja, eutanazja, prostytucja, narkotyki, gdyby go zdefiniować, pokazać na czym polega, rozbić na czynniki pierwsze, wygląda zupełnie inaczej niż w propagandzie niektórych mediów w Polsce.

PJB: Co dziś króluje u Pana na stole? Które tradycje Pan jeszcze pielęgnuje?

WZ: Robię pierogi ruskie. Jeśli jestem w Polsce to nie problemu, jeśli spędzam je w Holandii, przywożę ser z Polski. I robię je naprawdę dobre! Dawniej jak nie miałem białego sera, kupowałem ser wiejski, przeciskałem go i jakoś się udawało. Poza tym zawsze pojawia się ryba. W Polsce to jest karp, tu nie, bo jest trudno dostępny.

PJB: A dzielenie się opłatkiem? Ta tradycja wprowadza nas w świąteczny i magiczny nastrój świąt.

WZ: Bardzo lubię tę tradycję. Dzielimy się z przyjaciółmi i znajomymi podczas spotkań przed i po wigilijnych. Bardzo mi się to podoba.

PJB: A które tradycje z rodzinnego domu „przemycił” Pan do Holandii?

WZ: Przede wszystkim tradycje z mojego dzieciństwa. Światła na drzewku  powinny zapalić się dopiero w wieczór wigilijny, wtedy należy zasiąść do stołu i wtedy też można zacząć śpiewać kolędy czy włączyć świąteczną muzykę. U mnie cały czas Wigilia ma charakter taki jak w dzieciństwie, aczkolwiek nie da się wszystkiego powtórzyć.

PJB: Która kolęda należy do Pana ulubionych?

WZ: „Lulajże Jezuniu” jest prześliczną kolędą. W Krakowie, w grupie maluchów brałem udział w jasełkach i byłem przebrany za pazia jednego z królów. Ubrany byłem w renesansowy strój z ogromnym beretem na głowie. Miałem zaśpiewać kolędę dla publiczności w przepięknej sali teatralnej w przedszkolu. Spojrzałem przez kurtynę na publiczność i dałem „dyla”, bo się przeraziłem. Siostry prowadzące placówkę były na to gotowe. Zostałem złapany w żelazny uścisk, wystawiony przez kurtynę i lekko przytrzymany. Nie miałem wyboru i musiałem zaśpiewać: „ W dzień Bożego Narodzenia radość wszelkiego stworzenia, ptaszki w górę podlatują, Jezusowi wyśpiewują, wyśpiewują” – stąd jest to dla mnie po dziś dzień niezwykle ulubiona kolęda.

PJB: A z holenderskich?

WZ: Są holenderskie kolędy. Nie mają one dla mnie jednak takiego uroku. Większość holenderskich pieśni jest związana ze świętym Mikołajem. Mają one radosny wydźwięk, ale jednak sięgamy wspomnieniami do czasu dzieciństwa, bo jak mówił nasz wieszcz Adam Mickiewicz: „Kraj lat dziecinnych! On zawsze zostanieŚwięty i czysty jak pierwsze kochanie”.

PJB: Spróbujmy wybrzmieć radosnym tonem. Co jest najbardziej wyjątkowego w świętach w Holandii?

WZ: My jesteśmy najbardziej wyjątkowi. Każdy i każda z nas. I im więcej w tę wyjątkowość włożymy optymizmu, radości i szacunku dla drugiego człowieka, również do tego, co nie świętuje Bożego Narodzenia, a np. Ramadan, tym więcej pojawia się w nas przyjaźni i miłości. I to będzie piękne.

PJB: Czego życzymy dziś Polonii w Niderlandach?

WZ: Otwartości umysłu i otwartości na drugiego człowieka. Umiejętności słuchania i skromności, jeśli chodzi o moje własne podejście do świata. Bo choć nie wiem jak mocną będę miał wiarę w takie czy inne pochodzenie świata, strukturę czy system moralny – to cały czas to jest jedynie wiara. A wiara to nie jest pewność. Ona jest przekonaniem dla siebie samego. Nie zezwala ona na osądzanie drugiego człowieka, który ma inne podejście do świata i inny system wartości.PJB: Dziękuję bardzo.