Unijny wolontariat. Wymysł eurokratów czy cenna inicjatywa?

W 1996 roku Komisja Europejska uruchomiła pilotażowe projekty wolontariatu w ramach programu Młodzież. Inicjatywa ta miała pozwolić młodym ludziom z obszaru Unii Europejskiej i nie tylko do uczestnictwa w różnych działaniach prowadzonych przez organizacje trzeciego sektora. Pomysł przyjął się. Co prawda szyldy zmieniały się już kilka razy, ale od 23 lat inicjatywa jest kontynuowana. Obecnie jako element Europejskiego Korpusu Solidarności.

Unijny wolontariat pozwala na roczny (lub krótszy) wyjazd osób w wieku od 18 do 30 lat do wszystkich krajów Unii Europejskiej, krajów EFTA (Norwegia, Islandia, Liechtenstein), krajów kandydujących (Turcja), krajów bałkańskich (Albania, Bośnia i Hercegowina, Macedonia, Kosowo, Czarnogóra, Serbia), krajów Europy Wschodniej i Kaukazu (Armenia, Azerbejdżan, Białoruś, Gruzja, Mołdawia, Rosja, Ukraina) i krajów Morza Śródziemnego (Algieria, Egipt, Izrael, Jordania, Liban, Maroko, Palestyna, Syria, Tunezja). Projekty są różne – od kulturalnych, przez ekologiczne, aż po działania związane z opieką społeczną. Nie brakuje też ideologicznych inicjatyw w duchu nowych “europejskich wartości”. Niemniej wybór jest tak duży, że każdy chętny powinien znaleźć coś dla siebie. Obecnie w bazie jest ponad 2300 projektów.

Szkoła podstawowa w Sece – miejsce mojego wolontariatu na Łotwie w 2006 roku.

Ja decyzję o wyjeździe na wolontariat (EVS) podjąłem pod koniec 2005 roku. Dziś, z perspektywy 14 lat, mogę śmiało stwierdzić, że był to jeden z ważniejszych wyborów w życiu. Projekt rozpocząłem 10 lipca 2006 roku. Na Łotwie. Wyjechałem tam bez pieniędzy i bez znajomości języka. Nie potrzebowałem jednak ani pierwszego, ani drugiego. Unia Europejska pokrywała koszt przelotu, pobytu i lekcji łotewskiego. Miałem zagwarantowane mieszkanie, jedzenie i kieszonkowe (wówczas dla Łotwy było to 130 euro, później kwotę tę zredukowano i obecnie wynosi 90 euro). Pracować miałem w klubie młodzieżowym przy 9-cioklasowej szkole podstawowej w Sece (wioska 80 km na wschód od Rygi). Teoretycznie moje obowiązki były dokładnie rozpisane. W praktyce jednak okazały się fikcją, bo łotewska prowincja rządzi się swoimi prawami.

Założenia ludzi z Rygi, którzy projekt napisali, zostały szybko zrewidowane. Pomijam fakt, że działania trwały już od dwóch lat. Przed moim przyjazdem w Sece było dwóch wolontariuszy. Najpierw Marta z Portugalii, potem Pierre z Francji. Ich plan był dokładnie taki sam jak mój. Problem w tym, że nie mieli miejsca. Klub młodzieżowy był jedynie koncepcją. Swój wolontariat spędzili więc na remoncie szkolnej piwnicy. Jauniešu klubs musieli dopiero zbudować. Ja przyjechałem na gotowe. Przynajmniej jeśli chodzi o infrastrukturę. Wciąż bowiem nie było wypracowanej formuły, jak miejsce ma funkcjonować. W klubie było kilka gier planszowych, dwa stoły do Novussa (tzw. bilard marynarski) i tyle.

Zawody w rzucie palem.
Larp.
Strzelanie z łuku własnej produkcji.
Czepiec kolczy wykonany przez dzieci z Sece, który został oddany do zbiorów Izby historycznej w Jumpravie.

Miejsce było pomysłem aktywistów z Rygi. Dzieci z Sece w zasadzie go nie potrzebowały. Przyzwyczaiły się do tego co jest. Jesienią i wiosną wolały spędzać czas na zewnątrz niż w piwnicy. Zimą przychodziły chętniej, ale tylko między 12.00 a 15.00. Po tej godzinie odjeżdżał autobus i szkoła pustoszała.

Mimo całego niezorganizowania było to dla mnie jedno z najciekawszych życiowych doświadczeń i jedno z największych wyzwań. Cóż, prowincja rządzi się własnymi prawami i jest raczej oporna na wszelkie nowości. Zwłaszcza jeśli są to zawody w rzucie palem lub larpy (fabularne gry terenowe). Oczywiście starałem się urozmaicić propozycje. Stąd też organizowałem różne warsztaty – tańców celtyckich, tworzenia kolczug, ceramiki, malowania koszulek… Z tymi ostatnimi zresztą związana jest jedna z zabawniejszych historii. Otóż, podczas warsztatów większość dzieci namalowała na t-shirtach swoje imiona. Jeden chłopak chciał się jednak wyróżnić i napisał słowo: FUCK. Przyozdobił to znakiem marki niemieckiego samochodu, co zresztą nie było jego autorskim pomysłem. Pracę tę skomentowałem krótko: “Ciekawe co powie na to Tamara (nauczycielka angielskiego)…” Odpowiedział, że nie obchodzi go to i wyszedł. Niedługo potem przyszła Tamara. Spojrzała na tę koszulkę, zapytała czyja i również wyszła. Nie minęło pół godziny i zjawił się chłopak. Podał mi kartkę, na której było napisane: “David, we decided to change this FUCK into a DUCK. Tamara.” Wkrótce hasło: “Duck off!” stało się całkiem popularne w tej szkole. Cóż, prowincja rządzi się własnymi prawami…

Uczestnicy warsztatów malowania koszulek.
Praca pt. “Nie wypalaj traw” na ekologiczny konkurs plastyczny.

Gdybym jednak miał jeszcze raz wybrać miejsce swojego “zesłania”, to podjąłbym taką samą decyzję. Semigalska wioska pozwoliła mi poznać prawdziwą Łotwę. Duże znaczenie miał fakt, że mieszkałem z łotewską rodziną. Dzięki temu mogłem uczestniczyć w ich codziennym życiu. W stolicy większość doświadczeń byłaby znacznie ograniczona. Pomijam fakt, że ryscy wolontariusze tworzyli swoiste getto i przebywali głównie w swoim środowisku.

Wolontariat zagraniczny to niezastąpione doświadczenie. Daje on często możliwość robienia niezwykłych rzeczy bez posiadania specjalnych kompetencji. Dlatego szczególnie dobrym momentem na wyjazd jest (moim zdaniem rzecz jasna) czas zaraz po zakończeniu szkoły średniej. Wolontariat pomaga bowiem zrewidować własne wyobrażenia na to, co się chce robić w życiu. Pozwala też nabyć nowe kompetencje, które możemy rozwijać później na studiach. Rzecz pozytywnych aspektów (na wielu płaszczyznach) jest dużo więcej. Zależą one jednak w dużej mierze od poszczególnych projektów. Ja skutki mojego odczuwam do dziś.