Zapomniany Szukalski

Gdyby nie wojna, byłby dziś zapewne jednym z najbardziej rozpoznawalnych artystów dwudziestolecia międzywojennego. Niestety, emigracja i nędza tułaczego życia skazały go na niepamięć. Nie zabiły w nim jednak pierwiastka twórczego. To jeden z tych Wielkich, którzy stworzyli swój własny styl. Styl niepowtarzalny, dogłębnie polski, który pozwala, widząc któregokolwiek z jego dzieł, powiedzieć bez wahania: “To na pewno Szukalski!”

Stanisław Szukalski urodził się 13 grudnia 1893 roku. Właśnie mija 126. rocznica. Trudno jednak szukać rocznicowych wydarzeń. O artyście wciąż pamięta jedynie garstka miłośników jego twórczości. Sytuację tę mógł zmienić film Netflixa z 2018 roku. Cóż, platforma ta potrafi robić bardzo dobre dokumenty. Przykładem jest wyśmienity serial “Wild Wild Country”, który podaje fakty i całe spektrum opinii na temat działalności Osho, ocenę jednak pozostawia widzowi, bez narzucania interpretacji. Niestety “Struggle: The Life and Lost Art of Szukalski” to dokument tendencyjny, po obejrzeniu którego odniosłem wrażenie, że był robiony pod tezę. Jej wybrzmienie było priorytetem. Stąd też film jest nieco chaotyczny. Autorzy skaczą z wątku do wątku. To nie jest trzymająca się chronologii fabularna opowieść taka jak “Wild Wild Country”. To film ideologiczny, w którym ważniejsze od twórczości Szukalskiego są jego poglądy.

“Struggle: The Life and Lost Art of Szukalski” nie spopularyzował postaci Szukalskiego. Niewiele też opowiedział o życiu zapomnianego artysty. Doskonale jednak pokazał przyczyny tego zapomnienia. Wszystko staje się jasne w drugiej połowie dokumentu. Pierwsze 59 minut to opowieść o geniuszu, który był megalomanem, ekscentrykiem, antyklerykałem, poganinem. W dzisiejszym świecie nie są to żadne przeszkody, by stać się sławnym. Czasem wręcz pomagają. Szukalski miał jednak na sumieniu inny, niewybaczalny grzech. Film przechodzi do tej kwestii dość płynnie, w 59 minucie, kiedy po dość humorystycznym wątku przedstawienia Hitlera jako baletnicy, przytaczane są słowa Ben Hechta, który pisał, że Szukalski w swoim indywidualizmie to swoiste przeciwieństwo Hitlera. Zaraz potem, niczym czarne chmury, pojawiają się słowa George’a DiCaprio:

“Ben Hecht pisał o Stasiu tak żarliwie. Musiał nie wiedzieć i dać się nabrać, tak jak inni.”

DiCaprio opisuje później okrutną prawdę, którą odkryli podczas prac nad filmem:

“Byliśmy zdumieni i zdezorientowani. Zwłaszcza ci, którzy znali go później. Nie był osobą, którą sobie wyobrażaliśmy. Straciliśmy przyjaciela, który nigdy nie istniał.”

O co chodzi? Oczywiście o wątek antysemicki. Otóż Szukalski wydawał w Polsce pismo “Krak”, które nawoływało nie tylko do przywrócenia sztuce polskości, ale również do bojkotu żydowskich sklepów. A to już grzech śmiertelny. Stąd i zarzut padający w filmie, że Szukalski współtworzył antysemicką atmosferę wśród Polaków. Zresztą dalej to robi. Jeden z ekspertów zauważa:

“W końcu prace Szukalskiego padły łupem pogańskiego stowarzyszenia w Polsce dążącego do autorytarnego państwa prawicowego.”

Oczywiście nikt nie dodał, że to właśnie rodzimowiecy jako jedni z nielicznych pamiętali o Stachu z Warty w ciągu ostatniego ćwierćwiecza. Nic w tym dziwnego – artysta współpracował z przedwojenną Zadrugą. Cóż, trzeba mieć sporo złej woli, aby kultywowanie pamięci przez garstkę ludzi porównywać z “łupami”.

Oczywiście w tle wypowiedzi mądrych głów mamy subiektywne obrazy: marsze współczesnych nacjonalistów i zdjęcia z tzw. “pogromu w Przytyku”. Cóż za piękne połączenie! Obrazy te idealnie pokazują ignorancję autorów filmu, dla których “pogrom w Przytyku” jest przykładem antysemickich prześladowań w przedwojennej Polsce. W istocie wydarzenie to ma wielopłaszczyznowe podłoże i równie dobrze można byłoby je określić jako zamach na polskich chłopów dokonany przez antypolską bojówkę Icka Frydmana. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Zainteresowanych tematem odsyłam do książki Piotra Gontarczyka pt. “Pogrom? Zajścia polsko-żydowskie w Przytyku 9 marca 1936 r. Mity, fakty, dokumenty”.

Oczywiście zabieg wymieszania przeszłości ze współczesnością, mitów z prawdą, jest celowy. Wszystko bowiem zmierza do odkrycia przed widzem prawdy o dwóch Szukalskich. Ot, taki Dr Jekyll and Mr Hyde. Kiedy genialny rzeźbiarz mieszkał w Polsce był groźnym nacjonalistą, tworzącym antysemicką atmosferę. Wystarczyło jednak, by opuścił ten straszny kraj i udał się do “Krainy Wolności”, aby stać się tolerancyjnym kosmopolitą. Stąd też Leny Zwalve stwierdza:

“Jego horyzont się rozszerzył bo mieszkał w Stanach i stał się artystą uniwersalnym.”

Glenn Bray zaś dodaje:

“Pod koniec życia Staś był absolutnie przeciwny ideologii nacjonalistycznej. Skończył z tym dawno. Widział jej skutki.”

Takie jest przesłanie filmu, z którego niewiele dowiedziałem się o Szukalskim jako artyście. Poznałem natomiast zasadę, że kto raz wystąpi przeciwko pewnemu narodowi, ten nie ma prawa istnieć w świecie. Czy pośmiertne deklaracje przyjaciół i zaoczne nawrócenie na kosmopolityzm coś zmienią?

Szukalski wypowiadający się w filmie dzięki archiwalnym nagraniom, nie sprawia wrażania, by żałował swoich wyborów. Owszem, jego poglądy mogły ewoluować, ale przez całe życie był wyznawcą jedynie własnych idei i koncepcji. Do końca żył Polską. Zresztą Ben Hecht (ten sam, który ponoć został oszukany) pisał o nim:

Szukalski w duszy własnej był krajem, który zwie się Polską (…) takim on był – patriotą, szowinistą i kochankiem Polski, oślepłym z tęsknoty za nią jak ryba za wodą. Żadne inne dzieje, zagadnienia albo ludzie nie istniały dla niego prócz tych, które dotyczyły Polski.