Boska przyroda i ludzki szkodnik. O etyce ekologicznej słów kilka.

Przy okazji rozmów na temat Grety Thunberg jako części współczesnego, bardzo silnego mitu, zwracano mi uwagę, że liczy się oddziaływanie tego mitu, które jest – choćby nawet przypadkowo – pozytywne. Tak więc jeżeli nawet nasze emocjonalne reakcje na debatę są irracjonalne, ale mają pozytywny wpływ na środowisko, to nie ma potrzeby tego krytykować. W końcu nie zaszkodzi nam, żebyśmy pod wpływem emocjonalnych tyrad na temat zniszczonego dzieciństwa przestali korzystać z plastikowych opakowań czy też zaczęli bardziej oszczędnie podchodzić do zużycia energii i konsumpcji żywności.

Ekologiczny ascetyzm

Jeżeli w ten sposób spojrzeć na tę kwestię, to zapewne można przyznać temu dozę racji – intuicyjnie odczuwamy, że chociaż nie można obiektywnie zmierzyć, czy dany poziom konsumpcji przewyższa „ludzkie potrzeby”, to są na tym świecie rzeczy, bez których moglibyśmy z całą pewnością żyć. Nic dziwnego, że przez całą historię filozofii pojawiają się refleksje dotyczące konieczności uniezależnienia się od przemijalnych rzeczy materialnych – począwszy od Sokratesa, cyników, stoików, przez filozofię chrześcijańską, aż po dwudziestowieczną (wtórną) krytykę konsumpcjonizmu, reprezentowaną przez bardzo różne szkoły i nurty filozoficzne.

Najbardziej znaczące w postulatach ograniczenia potrzeb jest to, że w ich uzasadnieniu można opierać się na bardzo różnych hierarchiach wartości. Rezygnacja z jazdy windą czy samochodem ma bez wątpienia pozytywny wpływ na ludzkie zdrowie czy środowisko, ale może też być wyrazem nałożenia na siebie ascetycznego obowiązku i samodyscypliny, traktowanego po Kantowsku jako cel sam w sobie (i maksymę uniwersalną). Możemy zrezygnować z picia kawy aby udowodnić sobie, że możemy, albo po to, aby ograniczyć popyt na ten produkt o wysokim śladzie węglowym. Możemy zrezygnować w jeden dzień tygodnia z mięsa, kierując się zasadami religii chrześcijańskiej, mimowolnie przyczyniając się do ograniczenia globalnego popytu na mięso, a więc zarazem do ograniczenia emisji metanu i zużycia zasobów zużywanych do hodowli.

Przykłady można mnożyć. W takich wypadkach trudno jest rozgraniczyć kwestie, które należą do etyki środowiska naturalnego, a które należy rozważać w zupełnie innych kategoriach. Zasady etyczne, które mają pozytywny wpływ na środowisko naturalne, nie muszą mieć zatem umocowania w konkretnej aksjologii przyrody. Jednak brak takiej aksjologii jest zwodniczy. Jeżeli milcząco zakładamy, że pewna droga postępowania jest w skutkach do pogodzenia z innym systemem wartości, ryzykujemy, że na pewnym etapie może dojść do jawnej sprzeczności z naszym systemem – na przykład na poziomie politycznym – której konsekwencje staną się nieodwracalne.

Antropocentryczne fantazje biocentryzmu

Najbardziej radykalnym stanowiskiem aksjologicznym w relacji człowieka z naturą jest to przyjęte przez Dave’a Foremana i jego ruch Earth First!. Foremana wspominam, ponieważ znany jest zwłaszcza z jednego, często rozpowszechnianego przez ekologów cytatu: “Humanity is the cancer of nature”. Nie jest to jedynie slogan, który rzuca do rodziców rozemocjonowane dziecko w okresie dojrzewania, nie zastanawiając się nad etycznymi konsekwencjami. Foreman, podobnie jak inni radykalni ekolodzy, jest doskonale świadomy tego, co mówi – w jego opinii pozbycie się człowieka jako gatunku rozwiązałoby wszystkie problemy świata. Podobna deklaracja znajduje się na stronie Ruchu na Rzecz Dobrowolnego Wymarcia Ludzkości (The Voluntary Human Extinction Movement).

I nie sposób przyznać racji temu poglądowi. Wymarcie ludzkości rozwiązałoby każdy problem, ponieważ przy braku człowieka nic nie mogłoby być już postrzegane jako problem. Istniałoby oczywiście nadal cierpienie, istniałaby śmierć, gatunki nadal wymierałyby tak, jak wymierają obecnie – ale nie byłoby nikogo, kto mógłby to określić mianem problemu.

Domaganie się wyjścia poza „antropocentryzm” w etyce, a więc przyjęcie w wartościowaniu perspektywy innej, niż ludzka („biocentrycznej”), jest absolutnie nonsensowne. Niezależnie od tego, czy po Platońsku uznamy, że prawda, dobro i piękno istnieją obiektywnie poza ludzkim umysłem, czy też popadniemy w relatywizm aksjologiczny – w każdym przypadku jedynie ludzki umysł jest w stanie przetwarzać i urzeczywistniać te wartości. Cierpienie jest złem, ale tylko wtedy, kiedy istnieje człowiek, który w jakiś sposób je „obserwuje” – doświadcza go, widzi je, słyszy lub też poznaje relację o nim kogoś innego. Bez ludzkiego obserwatora cierpienie po prostu jest: nie jest ani dobre, ani złe.

Niezależnie od tego, jak bardzo byśmy chcieli, nie możemy wyjść poza ludzką perspektywę w wartościowaniu zjawisk. Organizmy żywe nie zastanawiają się nad procesami, które ich otaczają, ale po prostu ich doświadczają – w sposób na tyle złożony, na ile pozwalają ich możliwości percepcji. Jeleń nie ma preferencji, czy woli zostać zabity przez ludzkiego myśliwego, czy przez warana z Komodo, ponieważ się nad tym nie zastanawia – chociaż jako ludzie możemy, korzystając z naszej wiedzy, stwierdzić, że śmierć z ręki myśliwego oznacza dla jelenia wręcz nieskończenie krótsze i mniej intensywne cierpienie.

Wola przyrody

Promowanie perspektywy biocentrycznej jest forsowaniem wizji, w której „przyroda” ma własne, odmienne od człowieka cele, i one są same w sobie dobre, ponieważ… są. Przyroda więc stanowiłaby dobro obiektywne, które powinno istnieć, ponieważ istnieje – a człowiek jest przekształcającym to środowisko na swoją modłę, obniżając jego wartość. Jest to pogląd logicznie nie do utrzymania.

Po pierwsze, przyroda nie istnieje wiecznie. To, co nazywamy przyrodą, środowiskiem – to środowisko holocenu, poprzedzone wieloma epokami, w których „przyroda” miała zupełnie inny kształt. Można przewidywać zatem, że – podobnie jak inne epoki – holocen skończy się masowym wymieraniem, w trakcie którego zniknie większa część organizmów żywych. Jeżeli przyjąć, że obecna działalność człowieka przyczynia się do wymierania organizmów i skończy się ekologiczną katastrofą, to w perspektywie naturalnej ma to znikome znaczenie. Bez człowieka holocen również trwałby określony czas, którego końcem byłaby pewna katastrofa „naturalna”.

Po drugie, człowiek – czy zwolennicy biocentryzmu tego chcą, czy nie – jest również częścią przyrody, niezależnie od perspektywy, jaką przyjmujemy. Co za tym idzie, wyniszczanie przez człowieka środowiska naturalnego jest procesem tak samo naturalnym, jak aktywność wulkaniczna czy kosmiczna – pozaludzki obserwator nie może jej wartościować inaczej. Deforestacja dokonana przez człowieka jest w równym stopniu wbrew „interesom drzew”, jak spustoszenia w drzewostanie dokonane przez trąbę powietrzną. Jeżeli chcemy przyjąć „perspektywę przyrody”, to jedyną możliwą jest uznanie, że proces ewolucji nie bez przyczyny doprowadził do powstania człowieka, zatem z samego faktu, że istnieje człowiek i funkcjonuje tak, jak funkcjonuje, możemy wnioskować, że taka jest „naturalna kolej rzeczy”.

Każdy kto ma dziecko nie jest eco friendly

Po trzecie wreszcie: jeżeli nawet wyłączylibyśmy „antroposferę”, czyli tę część środowiska, która została przekształcona przez człowieka, z biosfery, to nie istnieje żadne obiektywne kryterium pozwalające na ocenę, czy faktycznie wszystkie organizmy “oceniłyby” pozytywnie brak istnienia człowieka i byłyby z tego powodu jednakowo “zadowolone”. Wyginięcie rodzaju ludzkiego jest jedynie ludzką fantazją, stworzoną na podstawie wyłącznie ludzkich, „antropocentrycznych” kryteriów, w dodatku z bardzo egoistycznych egoistycznych pobudek.

Wraca bowiem jak bumerang zawsze pytanie postawione ongiś przez Thomasa Nagela: czy mogę wiedzieć, jakbym czuł się jako nietoperz? Cóż, mogę sobie próbować to wyobrazić. Jednak zawsze będzie to ludzka, moja indywidualna projekcja bycia nietoperzem, która z tym, jak to jest być nietoperzem nie może mieć absolutnie nic wspólnego.

Konflikt człowieka z przyrodą

Tutaj też dochodzimy do sedna problemu. Jeżeli człowiek nie jest w stanie przyjąć perspektywy innej, niż antropocentryczna, to biocentryzm jest po prostu kwestią arbitralnego sądu na temat tego, co jest, a co nie jest właściwym postępowaniem wobec przyrody. I nie jest to niestety rzecz błaha. W przypadku mówienia o „dobru przyrody” odmiennym od dobra człowieka nieuchronnie pojawi się rozstrzygnięcia, jak bardzo dobro człowieka może być ograniczone „w interesie przyrody”.

Co prawda nawoływania do ludobójstwa, jakie pojawiły się ostatnio w wypowiedziach japońskiego polityka, należą niewątpliwie do marginesu debaty publicznej, ale pogląd o tym, że samo życie człowieka jest już niezgodne z interesem przyrody jest już raczej rozpowszechniony. Ekolodzy, czy może raczej osoby, które zgodnie z wychyleniem wahadła społecznych emocji przyjęły ekologiczną retorykę, atakują samą instytucję rodzicielstwa i potrzebę posiadania dzieci. Internet, a zwłaszcza Facebook, pełen jest takich wypowiedzi – od ataków na fanpage rodziny Brodów z „recenzjami” odnoszącymi się do rzekomej lekkomyślności klimatycznej, której wyrazem jest wielodzietność, aż po walki wewnątrz własnego środowiska o to, kto niewystarczająco przyczynia się do zmniejszenia emisji CO2.

Niezmiennie wiąże się to zatem z dylematem: jeżeli interesy człowieka i „przyrody” są sprzeczne, to znaczy, że każde ludzkie życie jest nieekologiczne. Zatem nie tylko powinniśmy powstrzymać się od prokreacji; logicznie rzecz biorąc jest to nie dość radykalne podejście. Hasło „save the planet, kill yourself” nie jest tylko zabawnym memem i hiperbolą, ale jedyną racjonalną konsekwencją uznania konfliktu między przyrodą a człowiekiem, przy faworyzowaniu tej pierwszej strony.

Bez wątpienia przyroda stanowi pewne dobro, zatem uznanie tego dobra za cel ludzkich działań jest pożądane. Ale należy sobie uświadomić, że tak przyrodę postrzegamy dlatego, że jesteśmy ludźmi – ponieważ czerpiemy z przyrody korzyści ekonomiczne, estetyczne lub też staramy się na dbanie o przyrodę nałożyć pewną aksjologię. Jednak jest to tak samo działalność ściśle ludzka, jak ludzką jest eksploatacja zasobów naturalnych. Nikt nie zna „planu” bytu, który nazywamy przyrodą, więc uleganie retoryce konfliktowej prowadzi jedynie do mistycyzmu, który może mieć tragiczne konsekwencje.