Społeczna mcdonaldyzacja poglądów. Zaawansowane stadium zacierania granic

Życie gna do przodu coraz szybciej. Ludzie zajęci swoimi codziennymi sprawami nie mają często czasu na to, aby pochylić się nad tematami innymi niż praca, dom i obowiązki, które ich bezpośrednio dotyczą. Zamykają się na najbliższe otoczenie odrzucając wysiłek zmierzający do jednoznacznego wyrażenia stanowiska w społeczno-politycznych kwestiach. Mcdonaldyzacja nabiera w ten sposób tempa, biorąc za „zakładników” osoby płynące z prądem tego świata.

W latach 80. społeczeństwo polskie stanowiło solidny ruch oporu wobec komunistycznego okupanta. Gdy w 1989 roku w przestrzeni politycznej do głosu doszli solidarnościowcy, a częściowo wolne wybory wskazywały na szybką przemianę ustroju naszego państwa, zdawać się mogło, że społeczeństwo przebudziło się na dobre i nie tak łatwo będzie nim manipulować. Niestety, układy okrągłostołowe, magdalenkowe poklepywania po plecach i bratanie się z wrogiem, który okazał się dobrym kumplem, zburzyło nadzieje na odbudowanie w pełni wolnej Polski. Niektórzy obywatele przeszli nad tym do porządku dziennego, inni próbowali jeszcze głośno o tym mówić, jak choćby Anna Walentynowicz czy Andrzej Gwiazda, ale ich słowa ginęły w atmosferze medialnego triumfu demokracji nad uciemiężeniem przez rosyjskiego okupanta. Po zaledwie 6 latach do władzy powrócili ludzie, którzy w czasach PRL stali po stronie wroga. Społeczeństwo wybrało.

Z dzisiejszej perspektywy, gdy ludzie mówią: „mnie to nie interesuje”, „mam ważniejsze sprawy na głowie” można powiedzieć, że w latach 90. było całkiem podobnie. Po chwilowym oddolnym zrywie ludzie zachłysnęli się wolnością, ucieszyli z obalenia komunizmu i… powrócili do swoich codziennych spraw. Brak szerszego zainteresowania polityką skutkował takim a nie innym wyborem w roku 1995 i latach kolejnych. Nienagannie skrojony garnitur, ładny uśmiech, przyjazna twarz widniejąca na ekranach telewizorów wystarczyła i wystarcza nadal.

Brak wgłębiania się w temat powoduje szybkie wybory i decyzje, które nie zawsze są dobre. Tu i teraz jest ważniejsze niż patrzenie perspektywiczne. Powielanie słów i poglądów, które usłyszymy w mediach czy innych osób jest prostsze niż samodzielne myślenie, poszukiwanie informacji i wyciąganie wniosków. I właśnie na takim podłożu mcdonaldyzacja ma wszelkie potrzebne składniki, aby się dobrze rozwijać.

Czym jest mcdonaldyzacja?

Nazwa tego zjawiska wzięła się od znanej sieci restauracji szybkiej obsługi McDonald’s, a upowszechnił je George Ritzer, który już w latach 60. XX wieku zainteresował się tym tematem. Patrząc na jednolity ubiór obsługi, krótki czas oczekiwania na jedzenie oraz brak indywidualnego podejścia do klienta stwierdził, że schemat ten można przenieść na inne sfery życia i dziedziny. Z góry ustalone zasady i kryteria mają spowodować szybkie reakcje, w czasie których człowiek nie będzie miał czasu się nad nimi zastanawiać. Ma być efektywnie, przewidywalnie, przez co łatwiej ludźmi kierować i nimi manipulować, stwarzając iluzję, że to właśnie oni dokonują wyborów i wyrażają własne zdanie w określonych kwestiach. W rzeczywistości zaś podsuwane są społeczeństwu gotowe rozwiązania w celu ujednolicenia poglądów i postaw.

Aborcja jako lek na zło

Pierwszą kwestią, nad którą warto się pochylić w kontekście szeroko zakrojonych prób mcdonaldyzacji poglądów na gruncie polskim, jest aborcja. Środowiska popierające ten proceder nazywają go „zabiegiem”, „prawem kobiet”, „wolnością wyboru” czy też po prostu „zakończeniem ciąży”. Nawołują do tego, aby to tylko i wyłącznie kobiety decydowały o tym, czy dokonać aborcji, całkowicie pomijając ważną rolę ojca dziecka w jego przyjęciu i wychowaniu. Wszystkie marsze, protesty i wiece organizowane przez te środowiska na sztandarach mają postulaty o rozszerzeniu prawa do aborcji. Uprzedmiotawiają poczęte dziecko nazywając je zlepkiem komórek czy płodem, który nic nie czuje. Rozwiązaniem na trudną sytuację życiową, traumę gwałtu czy też możliwość urodzenia chorego dziecka staje się aborcja. Ma być ona przedstawiona kobietom jako lek na zło. „Wybór należy do Ciebie” – w taki oto sposób kobieta ma odczytać przekaz proaborcyjnych środowisk, lansujących się jako orędownik kobiecego dobra. Wszystko po to, aby przekonać jak najwięcej ludzi do tzw. prawa do aborcji.

Rzekomy wybór jest w rzeczywistości narzucony, nachalnie promowana aborcja w kręgach nie tylko lewicowych i feministycznych, ale także niektórych mediach im sprzyjających, ma służyć zdecydowaniu się na „zabieg”. Promocja ta skierowana jest szczególnie do tych kobiet, które pozostając same, nieraz w niełatwej sytuacji, mają dostrzec aborcję jako jedyne właściwe rozwiązanie sytuacji. Proceder ten, opakowany w bezpieczne hasła o decydowaniu o własnym ciele, ma stać się produktem, po który chętnie sięgają kobiety. Zmanipulowany obraz aborcji, całkowity brak mówienia o życiu dziecka i jego prawach, a także o możliwych negatywnych i groźnych skutkach po dokonaniu ów „zabiegu” ma w konsekwencji upowszechnić pogląd, iż aborcja jest bezpieczniejsza niż sam poród (sic!). Potężne środki finansowe oraz próby uciszania obrońców życia, którzy pokazują prawdę o procederze aborcyjnym, mają tenże pogląd ostatecznie zakorzenić w umysłach społeczeństwa. Powierzchowne historie o rzekomych pozytywach aborcji, pokazywanie w mediach celebrytek, które wyrażają swoje poparcie dla aborcji, straszenie podziemiem aborcyjnym i skalą umieralności kobiet w nielegalnych warunkach „przerywania ciąży” (choć żadnych statystyk odnoszących się do Polski nigdy nie pokazano) – to siły rzucone ku temu, aby ujednolicić postrzeganie aborcji. Nie jako zabicia dziecka nienarodzonego, ale jako prawa kobiety. Mcdonaldyzacja jest tutaj bardzo dostrzegalna, choć pozytywem pozostaje to, że środowiska prolife nie odpuszczają tego tematu i konsekwentnie walczą o zwycięstwo prawdy.

LGBT=miłość

Kolejną kwestią, którą śmiało można postrzegać jako próbę mcdonaldyzacji poglądów, jest promocja LGBT, czyli środowiska lesbijek, gejów, biseksualistów i transseksualistów. Pierwsze próby przebicia się do społeczeństwa z przekazem, że homoseksualizm (i jemu pochodne) jest dobry, miały miejsce w 2001 roku, kiedy to ulicami Warszawy przeszła tzw. parada równości. Później miała ona miejsce w 2005 roku, także w stolicy Polski, natomiast od jakichś 4 lat już systematycznie organizowane są podobne imprezy w różnych miastach kraju.

Społeczeństwo bombardowane jest wręcz hasłami o tolerancji, akceptacji, o tym, że prawa małżeńskie i rodzinne należy rozszerzyć na grupę LGBT, bo miłość to miłość. Wszelkie zaś wypowiedzi dotyczące tego, że homoseksualizm to nie orientacja seksualna tylko zaburzenie, traktowane są jako homofobia i mowa nienawiści, które bezwzględnie należy zwalczać.

Zamysł zaawansowanej promocji LGBT powstał w latach 80. Marschall Kirk, znany w tamtych czasach gejowski aktywista i twórca abecadła homopropagandy, opracował plan na to, by homoseksualizm, biseksualizm i transseksualizm postrzegane były jako norma, a nie jako choroba. Mówił wtedy tak: „Chodzi o to, aby ułatwić społeczeństwom spoglądanie na homoseksualizm z obojętnością, a nie z żywym zaangażowaniem. Byłoby najlepiej, gdyby zwykli ludzie zauważali różnicę w preferencjach seksualnych w ten sam sposób, w jaki zauważają fakt, że można mieć różne ulubione smaki lodów albo dyscypliny sportu”. Nawoływał, aby prezentować gejów i lesbijki jako wzorcowe pary, zaczynając od bajek i filmów dla dzieci i młodzieży. Najmłodsza grupa odbiorców, jako najbardziej podatna na wpływy i sugestie z zewnątrz, miała w zamyśle Kirka stać się w przyszłości tą, która walczy o „prawa” LGBT. Drugim ważnym ogniwem miała być walka z Kościołem katolickim, który w krótkim czasie zaczął być przedstawiany jako ciemnogród, zacofane średniowiecze, a nauka z Niego wypływająca jako przestarzała, nieaktualna i godząca w godność mniejszości homoseksualnych. Sami homoseksualiści mieli zaś być przedstawiani jako ofiary społeczeństwa. Czyż teraz nie widzimy naocznie, jak bardzo plan ten jest realizowany?

Społeczeństwo polskie powoli staje się podatne na hasła lansowane przez aktywistów LGBT. Parady równości ukazują kolorowych, uśmiechniętych ludzi, głośna, popularna muzyka ma sprzyjać atmosferze radości. W ten sposób zakorzenia się w umysłach ludzi myśl, że faktycznie – homoseksualizm, biseksualizm czy transseksualizm to orientacje wrodzone, trzeba taki styl życia w końcu zaakceptować. Zobojętnienie na temat daje szerokie pole do działania dla środowisk promujących dewiacyjne zachowania, opakowane w hasła o miłości i równości. Jeśli społeczeństwo nie przebudzi się z tego letargu, w krótkim czasie będziemy oglądać sceny, jakie już teraz mają miejsce podczas parad dumy gejowskiej na Zachodzie. Będziemy także mieli do czynienia z prawem zrównującym małżeństwo kobiety i mężczyzny z homozwiązkami, które będą mogły adoptować dzieci. Zręczna taktyka medialna pokazująca patologie w tradycyjnych rodzinach, całkowicie pomijając te dziejące się w tzw. rodzinach LGBT, ma służyć upowszechnieniu postulatów środowisk homoseksualnych. Mcdonaldyzacja na tym polu zbiera już swoje żniwo.

Klimat ponad człowiekiem

Trzecią kwestią, gdzie już dostrzegalna jest ofensywa mcdonaldyzacji, jest temat dotyczący klimatu. Wszyscy zgodzimy się ze stwierdzeniem, że o środowisko naturalne należy dbać. I na tym właśnie obszarze promocja walki o Ziemię zbiera swoich zwolenników. Hasła mówiące o niebezpiecznym przeludnieniu planety i jej rychłym obumarciu mają zwrócić uwagę na naturę jako nadrzędną wobec człowieka. W tej koncepcji to natura ma rządzić ludźmi, nie na odwrót. Protesty klimatyczne, mówienie o konieczności ograniczenia liczby dzieci w rodzinach powoli zbierają poparcie, zwłaszcza wśród młodych osób, które poszukując ideałów i chcąc walczyć o wyższe cele, stają się podatne na manipulacje. Obrona dzików, karpi, gatunków zagrożonych, a także klimatu stała się kampanią, w jaką zaangażowali się ludzie z show-biznesu. Mają oni uwiarygodnić problem klimatyczny. Nadać mu nadrzędną pozycję, spychając choćby kwestię obrony życia nienarodzonych na całkowicie boczny i nieistotny tor.

Mcdonaldyzacja ma na tym polu całkiem żyzną glebę i potencjał do rozwoju. Sprzyjają temu międzynarodowe konferencje poświęcone klimatowi oraz lansowanie w obecnym czasie Grety Thunberg, dziewczynki-aktywistki, która pokazywana jest jako superbohater mogący zmienić myślenie wielkich tego świata. Ma stać się także idolem młodych, którzy stanowić mogą silny fundament obrony klimatu w przyszłości. Upowszechnienie problemu i nadanie mu wielkiej rangi to rzeczywistość, która już się dokonuje. Niebezpieczeństwem staje się zepchnięcie człowieka do sługi natury i pominięcie Tego, który stworzył Ziemię – Boga-Stwórcy. Wszystko będzie zależeć od tego, czy jako społeczeństwo damy się unieść tej fali bezrefleksyjnej walki o klimat ponad wszystko, czy jednak roztropnie podejdziemy do tematu, zachowując równowagę na linii Bóg-człowiek-natura.

Włącz myślenie

Powyższe przykłady mają zwrócić uwagę na fakt, jak bardzo próby ujednolicenia poglądów i postaw na społeczno-polityczne kwestie przybierają na sile. Pozorna wolność słowa i samodzielnego myślenia ukierunkowana jest właśnie na określone podejmowanie decyzji, najbardziej korzystnych. Oczywiście dla poszczególnych grup interesu. Tak jak w układach politycznych, gdzie za kulisami ciągle istnieje bratanie się i wzajemne osłanianie przed braniem odpowiedzialności za błędy i afery, nie bacząc na dobro społeczeństwa, tak w kwestiach społecznych, opisanych wyżej – nie chodzi o dobro człowieka, ale o koncepcje, które mogą przynieść nie tylko korzyści finansowe, lecz także popularność i władzę. Koncepcje te mogą się rozwijać tak długo, jak długo ludzie nie będą się nimi interesować i dociekać prawdy. „Mnie to nie interesuje” – hasło stanowiące podatną glebę dla mcdonaldyzacji. Tylko od nas zależy, czy tę glebę będziemy dalej użyźniać czy też nie.