Terytorium Rzeczypospolitej, terytorium niczyje?

Drogi Czytelniku, wyobraź sobie, że jesteś nie byle jakim deweloperem, dysponujesz gruntami pokaźnych rozmiarów. Codziennie analizujesz, który kawałek terenu zabudować, który odsprzedać, kiedy ruszyć z budową w jednym miejscu, a kiedy będzie to kolidowało z budową w innym miejscu. Twoim obowiązkiem jest wykorzystać każdy metr kwadratowy w sposób optymalny, bo tylko optymalne wykorzystanie potencjałów i ograniczeń danego metra kwadratowego sprawi, że ten metr będzie cenny. Jeśli technicznie będzie dobrze wykorzystany, jeśli w odbiorze klienta będzie funkcjonalny i przyjemny, to twój zysk będzie nie tylko wysoki ale też długotrwały. Właśnie tę umiejętność rozpoznawania ograniczeń oraz potencjałów, a następnie widzenia możliwości optymalnego wykorzystania połączeń jednego metra z drugim nazywamy planowaniem.

A teraz drogi Czytelniku, zamknij oczy i wyobraź sobie, że zarządzasz całym terytorium Państwa Polskiego. I co widzisz? ………………….. – tak, te kropki, drogi Czytelniku, obrazują salwę przekleństw i śmiechu, które właśnie padły z Twoich ust.

Terytorium Państwa Polskiego nie jest zarządzane w ogóle. Zaledwie 30 % terenu pokryte jest planami zagospodarowania przestrzennego, a i te plany są fragmentaryczne, nie tworzą żadnej całości. Zdarza się, że taki plan obejmuje teren jednej działki zawieszonej w próżni pustej białej mapy dookoła. Obecne plany nie przewidują żadnych kosztów, tak jakby można było malować po mapie gminy, a gmina nie miała z tym potem nic wspólnego. To, że namalowaliśmy, to znaczy, że mamy to wliczyć w budżet gminy? I jeszcze może zaplanować kiedy tą drogę wybudujemy? Hahaha! Śmieje się w głos wójt. A mieszkańców to nie dziwi, bo przez dziesiątki lat zdążyli się już przyzwyczaić i mało kto oczekuje, że coś się zmieni. Niewiele osób pomyśli, że powinno być inaczej, bo to pieniądze mieszkańców finansują pana wójta, finansują pracownię urbanistyczną czy wydział planowania w urzędzie gminy. Mało kto skojarzy także, że projektant przedstawiający nam kilka koncepcji projektu domu zamawianego na wolnym rynku, to powszechny minimalny standard, i że tak samo miejski urbanista powinien przygotować kilka wariantów, bo przecież mieszkańcy płacą mu przynajmniej za to minimum.

Zapewne mieszkańcy nie zdają sobie nawet sprawy z tego, że ta namalowana droga kosztuje miliony, a w sumie to jest potrzebna tylko dlatego, że pan Heniek wyrwał kiedyś z gminy WuZetkę, na której pozwolono mu wybudować dom z dala od istniejącej zabudowy i teraz cała gmina na drogę do Heńka za te kilka milionów musi się złożyć. Koszty planowania dla całej gminy to raptem kilkadziesiąt tysięcy złotych, a 1 km tej drogi, to kilka milionów złotych. To jest przebitka dwóch zer panie wójcie! Zaplanować gminę i uniknąć wybudowania 1 km zbędnej drogi oznacza, że nadwyżka rzędu dwóch zer zostanie w budżecie gminy! Koszt takich niepotrzebnych dróg, źle zaplanowanych inwestycji, kolizji zmuszających gminę lub państwo do wykupywania dodatkowych działek czy mnóstwa innych sytuacji, których dałoby się uniknąć, przekracza 84 mld zł rocznie! To prawie tyle ile rocznie #ZUSmorderca wydaje na emerytury i o 20 mld zł więcej niż wypływało rocznie przez lukę VATowska.

Drogi Czytelniku, chaos przestrzenny praktycznie w ogóle nie odnosi się do estetyki, ładu, porządku, reklam na zabytkach czy brzydkich fasad budynków. Uchwały krajobrazowe wprowadziło zaledwie kilka procent miast w Polsce. To są problemy marginalne z punktu widzenia rozwoju kraju. Chaos przestrzenny dotyczy przede wszystkim dużych pieniędzy, inwestycji, finansów każdej gminy, wójtów czy prezydentów wydających WuZetki w środku miasta i inwestorów dostających te WuZetki bez planu. Dlatego już wiele lat temu dokumenty strategiczne określiły brak planowania jako jedną z barier rozwojowych Polski. Kto je czytał ten od lat to wie.

Planowanie przestrzenne, to gigantyczne pieniądze i interesy, których Ty, drogi Czytelniku, jesteś płatnikiem, ale nie masz głosu, bo gmina nie zaprasza Cię jako partnera do stołu negocjacyjnego, tak jak zaprasza dużych inwestorów. Pan Zdzisiek z rodziną, własnym sumptem, z pomocą szwagra, ojca i brata dom postawią. Pani Jadzia z mężem i synami postawi stolarnię. Ale jak przyjdą do gminy, to nadal po PRLowsku usłyszą: „Dziś jest dzień terenowy, trzeba było zadzwonić do pani Danki i zapytać, czy przyjmuje interesantów. A na stronie internetowej, to tam jest nieaktualne prze pana. A przyjechał pan z daleka, no cóż, to proszę przyjść jutro. A ta zgoda to na pewno jest potrzebna proszę pana i proszę się tyle razy nie pytać, bo ja nie wiem jak pan czytał te przepisy, że panu wychodzi, że nie jest potrzebna ale wiem, że pani Naczelnik ma inne zdanie. A gdzie się to załatwia, no to już pan powinien wiedzieć, przecież pan jest inwestorem. Tak wiem, że to na drugim końcu miasta, ale to pan projektanta wyśle. Nie, mailem się nie da. A pismo pan chciał odebrać osobiście, żeby było szybciej, a my już wysłaliśmy. Nie, nie mailem, pocztą wysłaliśmy. A termin jaki tam jest, no 7 dni pan ma teraz na uzupełnienie. Że nie dojdzie w 7 dni, bo święto po drodze, no wie pan, ja kalendarza nie ustawiałam. A co w piśmie jest, to ja nie pamiętam, pan pismo dostanie, to się pan dowie”.

Jak widać urzędnik dobrze zarządza swoim czasem. A biedny inwestor biega, sapie, dyszy, płaci, dzwoni, pisze, odpisuje i znów płaci, biega, dzwoni, przynosi stos zbędnych zgód, stos usilnie wyprodukowanych nikomu niepotrzebnych dokumentów i znów płaci, a to za zgodność z oryginałem, a to za fakt, że ma upoważnienie od żony. Polski mały inwestor, nieznośny, uparty i tak dopnie swego, nawet jakby mu ta gehenna z urzędnikami miała zająć 10 lat. Niestrudzony Bob Budowniczy po cichu buduje 50% mieszkań w Polsce nie wiedząc nawet czy dotrze do nich kanalizacja i czy tuż obok za parę lat nie powstanie osiedle z wielkiej płyty. Skąd ma wiedzieć, skoro plan zagospodarowania kończy się na działce sąsiada, a tam dalej to się dopiero okaże kto i kiedy o jaką WuZetkę wystąpi i co mu urzędnicy pozwolą. Jak już pozwolą to się, drogi Czytelniku Sąsiedzie, po fakcie dowiesz. A Państwo Polskie stoi zapatrzone w tą niezaplanowaną dal, jak w pociągającą czarną dziurę, która wciąga te wszystkie zmarnowane miliardy. W każdej wiosce i mieście jest taka czarna otchłań i ten kto o tym pomyśli, ten widzi jak ona wciąga spocone złotówki pana Stasia. Jak dziura VATowska wciągała miliardy, a ci co widzieli nadal stali w nią zapatrzeni.