Wolność krzepi, czyli bez słodzenia o książce J. Kornhausera

Rok temu wybrałem się do Centrum Sztuki Mościcie w Tarnowie. Na regale z darmowymi folderami dostrzegłem kilka czerwonych książeczek. Pomyślałem, że to Mao Tse-Tung. Okazało się, że Jakub Kornhauser. Tytuł niczym przedwojenna reklama – “Wolność krzepi”. Publikacja bezpłatna, nieprzeznaczona do sprzedaży. Skoro więc dawali, to wziąłem. Zwłaszcza, że zapowiadała się całkiem dobrze i kojarzyła się z cukrem. Zbiór dziewięciu historii związanych z Małopolską. Nawet Tarnów się załapał (a w zasadzie Mościce). Do tego niestandardowy format, bardzo dobrze złożona, w środku sporo przykuwających wzrok zdjęć.

“Wolność krzepi” przeleżała swoje na półce z książkami, aż pewnego zabrałem ją w podróż do Krakowa. Przeczytałem tekst o Tarnowie-Mościcach, czyli dzielnicy zbudowanej od podstaw, w której znajdują się Zakłady Azotowe, następnie o Witosie, wójcie Wierzchosławic… a potem przez pół godziny rozważałem jak to się stało, że ktoś tę książkę wydał.

Moim zdaniem mogło to wyglądać tak:

—Jakub, jest sprawa. Mamy pieniądze na książkę. Ty umiesz pisać. Może byś coś napisał? X tysięcy znaków. Y tysięcy złotych brutto. Co ty na to?
—No ok.

I tak oto Jakub Kornhauser, poeta, tłumacz, eseista i literaturoznawca, rowerzysta, szaradzista i taternik, “Laureat Nagrody im. Wiesławy Szymborskiej” napisał kolejną książkę. Wydał ją Małopolski Instytut Kultury w ramach Małopolskich Dni Dziedzictwa Kulturowego. Rachunek wystawiono. Pieniądze się zgadzały. I liczba znaków też.

Niestety odnoszę wrażenie, że ilość znaków była tu głównym kryterium. “Wolność krzepi” jest bowiem książką, w której “przelanej wody” jest więcej niż treści.

Chcielibyście kawałka porządnej historii. Takiej, że z chłopa król, że każdy buławę to nosi w plecaku, że z gumna na pałace. I już wam się święcą w oczach sejmowe sale, rauty, poncze i szable za pasem, najwyższe szczeble i tajemnice państwowe. Ale zapominacie o małej ojczyźnie, co wrasta pod paznokcie i szczoteczką żadną się jej nie wymyje.

Tak Jakub Kornhauser rozpoczyna opowieść o Witosie. A jak kończy?

(…) Może ten orzeł zrobiłby kółko i przysiadł na jednej z chat. I zaskrzeczał: chcielibyście kawałka porządnej historii. Takiej, że z chłopa król, że każdy buławę to nosi w plecaku, że z gumna na pałace. I już wam się święcą w oczach sejmowe sale, rauty, poncze i szable za pasem, najwyższe szczeble i tajemnice państwowe. Ale zapominacie o małej ojczyźnie, co wrasta pod paznokcie i szczoteczką żadną się jej nie wymyje.

Interesujący zabieg. W pewnym momencie jednak robi się nużący, bo Jakub Kornhauser stosuje go w… każdym rozdziale. Wstęp jest zawsze pretensjonalny i takie też jest zakończenie, bo w istocie jest ono wstępem. Sprytne. No bo po co lać niepotrzebnie wodę, skoro przelaną już wodę można skopiować? Ważne, że zgadza się liczba znaków.

Zapewne wiele osób odbierze niniejszy tekst jako krytykę książki “Wolność krzepi”. W istocie jednak jest to krytyka systemu, w którym pieniądze podatników finansują kiepskie przedsięwzięcia. Bo nawet jeśli się mylę i autor nie otrzymał za publikację ani złotówki, poświęcając swój cenny czas Wielkiej Sprawie, to jednak Małopolski Instytut Kultury wydał ją w nakładzie 7 tysięcy i zmarnował sporo papieru. A tyle się mówi o ekologii…