Klimat z lewa, klimat z prawa

Polska prawica i lewica powinny jak najszybciej porozumieć się ze sobą w sprawie zmian klimatu. Wymaga to jednak uprzedniego zrozumienia perspektywy drugiej strony.

Ostatnie miesiące w Polsce pełne były przepychanek w kwestiach klimatycznych. U podstaw tego leżały dwa wydarzenia – zablokowanie przez Polskę i jej sojuszników porozumienia dot. Neutralności klimatycznej Unii Europejskiej oraz protest 13-letniej Ingi przed Sejmem. Obie sprawy zlały się w jedną, a rozmiary sporu spotęgował rozgaszczający się powoli w mediach sezon ogórkowy.

Najpierw media i niektóre organizacje zaczęły pod niebiosa wychwalać protest Ingi, podkreślając ją wielką odwagę, odpowiedzialność i obywatelską postawę – dziewczynka dostała „jedynkę” w Gazecie Wyborczej, a Marek Józefiak z polskiego Greenpeace’u napisał na Twitterze, że Inga zrobiła dla klimatu więcej, niż „wszyscy internetowi pieniacze”. Na moje pytanie „co takiego zrobiła” nie uzyskałem odpowiedzi. Zresztą, dla wielu ja sam byłem internetowym pieniaczem, bo do strajku Ingi odniosłem się publicznie tak, jak się odniosłem, czyli mocno sceptycznie.

No, właśnie – wkrótce potem lewica (rozumiana na potrzeby tego tekstu bardzo szeroko, w zasadzie jako nie-prawica, czy raczej: druga strona sporu w stosunku do prawicy; w tym tekście sporo generalizuję i upraszczam, za co już teraz przepraszam), podniosła natychmiastowy krzyk na każdego, kto w ogóle śmiał śmieć powiedzieć cokolwiek innego niż pochwałę pod adresem protestującej Ingi. Przy okazji oberwało się także i mi, ASZdziennik.pl i OKO.press zaliczyły mnie do swoich list „dorosłych żałosnych”, którzy hejtowali 13-letnie dziecko. Gdy poprosiłem, by autor tekstu odniósł się do tego, co napisałem na mikroblogu o polskim proteście politycznym, usłyszałem, że „jak będzie miał czas, to się odniesie”. Innymi słowy mówiąc, mogłem se pisać na Berdyczów.

Z kolei z prawej strony temat skomentował m.in. red. Rafał Ziemkiewicz, który wziął udział w sympatycznej dyskusji zatytułowanej „Polityka klimatyczna wpływa na klimat, jak pierdzenie na zmianę kierunku wiatru”. W rozmowie red. Ziemkiewicz mówił m.in., że Grenlandia nazywa się tak, bo kiedyś była zielona (co jest mitem; zielone mogły być fragmenty południa wyspy, ale nigdy – za naszych “ludzkich” czasów, gdy rozwijały się języki – cała Grenlandia). Deprecjonował też znaczenie antropogenicznego dwutlenku węgla dla kwestii klimatycznych.

Natomiast red. Łukasz Warzecha skupił się na wykształceniu byłego szefa Międzyrządowego Panelu ds Zmian Klimatu (IPCC), podkreślając, że Rajendra Kumar Pachauri był inżynierem kolejnictwa (jego uwadze uszedł natomiast fakt, że obecny szef IPCC, Hoesung Lee, to profesor ekonomii specjalizujący się w tematyce klimatycznej i zrównoważonego rozwoju).

Powyższe wybrane fragmenciki, to tylko niewielka część ogromnego shitstormu, który przetoczył się przez Internet, domy, mieszkania, tramwaje i autobusy, a który uzmysłowił mi, że w obecnym stanie rzeczy najbardziej prawdopodobnym polskim rozwiązaniem problemów zmiany klimatu jest depopulacja wskutek wojny domowej.

Co zatem możemy zrobić, by zamiast pogłębiania tego sporu i wtłaczania go w znane nam już ramy, doprowadzić do jakichkolwiek prób porozumienia? Oto parę moich wskazówek:

Zbudujmy wreszcie wspólną platformę medialną do rozmów. Taką wspólną, gdzie dałoby się słyszeć wszystkie zainteresowane sprawą głosy, gdzie głosy te mogłyby wymieniać się faktami, opiniami i krytyką, przy wspólnie prowadzonej moderacji, gdzie w toku debaty można byłoby szukać wspólnych mianowników. Wierzę, że dałoby się w coś takiego zaangażować tzw. liderów opinii z jednej i z drugiej strony, wierzę, że dałoby się ich posadzić przy jednym stole, wierzę, że nawet jeśli rozmowy zakończyłyby się fiaskiem, to przynajmniej przez chwilę obie strony zostałyby wystawione na działanie wzajemnych argumentów. Klub Jagielloński, Magazyn Kontakt, Nowa Konfederacja, Kultura Liberalna i Krytyka Polityczna pracują od jakiegoś czasu nad czymś w tym właśnie guście – projekt nazywa się „Spięcie” i ma na celu przepływ treści między „bańkami” z każdej strony sceny polityczno-społecznej. To może być pewien model, choć docelowo należałoby go rozbudować.

Powyższa metoda jest ściśle powiązana z drugim zastrzeżeniem, które należy poczynić, mianowicie: nie wyłączajmy nikogo z dyskusji. Nic tak nie wpływa na radykalizację i okopanie się na swych stanowiskach poglądowych, jak ucięcie dialogu przez interlokutora, często połączone z inwektywami ad personam. Rozmawiajmy, do cholery. Nie kończmy dyskusji zwrotem „ekoświr” czy „prawicowy cymbał”. Wiem, że to trudne, zwłaszcza w dobie trollingu, ale niestety nie mamy wyjścia – druga strona będzie tu, czy tego chcemy czy nie. Nasza wolność słowa niesie ze sobą także odpowiedzialność do znoszenia cudzej wolności słowa.

Bazując na opisanej wyżej (acz nieskonkretyzowanej – na ten moment to niepotrzebne) platformie, ustalmy tyle wzajemnie uznawanych argumentów, ile potrafimy, nie zasłaniając się przy tym wszechmocą naukowości czy moralnej słuszności. To, że w kwestii klimatu panuje konsensus naukowców, nie musi przekonywać wątpiących, zwłaszcza, że nauka to nie demokracja, zresztą, nawet klimatolodzy niekiedy się mylili. Z kolei każda ze stron może argumentować własną moralnością, sięgającą (być może nieco wybiórczo) do innych uniwersalnych zasad (przy tym wszystkim nie pozwalajmy jednak deprecjonować dorobku nauki i wagi wartości moralnych). Niemniej, ustalmy chociaż, że klimat się zmienia, że na jego zmiany wpływ mają ludzie, że Polska nie wpływa znacząco na te zmiany, że nasz kraj nie jest zmuszony wyłączać swoje elektrownie węglowe do 2035 roku, że możemy działać w tej sprawie inaczej, np. politycznie na arenie międzynarodowej – osiągnięcie tych punktów wspólnych byłoby już – w moim mniemaniu – ogromnym sukcesem.

Warto podkreślić – choć wybrzmiało to już pośrednio powyżej – że ustaleniu faktów musi jednak towarzyszyć zrozumienie dla toku myślowego drugiej strony, wraz ze wszystkimi jego ekstremalnymi fobiami. Prawica uważa, że ekoaktywiści mogą być członkami lub bezwolnymi narzędziami jakiegoś spisku i bazują na fabrykowanych dowodach? Nic dziwnego, historia świata to historia setek teorii spiskowych (weźmy na przykład takie kwiatki, jak zabójstwo Cezara, operacja Mincemeat, kryzys w Zatoce Świń, itp., itd.), a afery pokroju Glaciergate czy Climategate mogą tylko pogłębiać takie wrażenie. Lewica uważa, że konserwatyści oderwali się od nauki? Cóż, jak się posłucha Janusza Korwin-Mikkego, który uważa, że globalne ocieplenie będzie korzystne, bo on lubi ciepło, to nie trudno zrozumieć frustrację ekologów, mających pełne ręce raportów dotyczących m.in. wpływu wzrostu średnich temperatur na stabilność poszczególnych regionów świata (badania takie przeprowadził np. Pentagon). Prawica uważa Lewicę za paranoików straszących katastrofą, która nie nadejdzie wtedy, kiedy miałaby nadejść? Cóż, jak się okazuje, czasami się to zdarza, np. ostatni raport australijskich naukowców, wieszczących kres cywilizacji w ciągu 30 lat został uznany za pozbawiony istotnych naukowych podstaw. Z drugiej jednak strony, prawica często nie przyjmuje do wiadomości faktów, które wykazano już lata temu – chodzi tu m.in. o mit, że wulkany emitują więcej dwutlenku węgla niż cała ludzkość.

I ostatnia rzecz – rezygnujmy z kabotyństwa. Tanie, widowiskowe akcje mają może zasięgi, ale jest to broń obosieczna. Dajmy sobie spokój z włażeniem na chłodnie kominowe, platformy wiertnicze, czy drzewa, udawaniem martwych – gdyby tego typu akcje, odstawiane już od lat, przynosiły wymierne skutki, to ten post byłby niepotrzebny. Tymczasem, z moich obserwacji wynika, że działalność tego pokroju raczej zniechęca tych niezdecydowanych klimatycznie do zaangażowania się w ekologię, a niechętnych sprawie utwierdza na ich stanowiskach. O bezsensownych i szkodliwych technicznie akcjach pokroju Godziny dla Ziemi już nie wspomnę. Przez fokus na atrakcyjnych wizualnie, ale miałkich w sensie akcjach opinii publicznej uciekają takie sprawy, jak apel FOTA4Climate o zachowanie niemieckich elektrowni jądrowych, które są praktycznie bezemisyjnym źródłem energii, a które rząd RFN chce wyłączyć za trzy lata.

To wszystko, co napisałem, może się wydać banalne, ale… spróbujmy. Gorzej już chyba nie będzie, nie? A jeśli by się udało i osiągnęlibyśmy pewien rodzaj krajowego konsensusu w tej kwestii, to ułatwiłoby to wszelkie kolejne kroki.

No, a jeśli powyższy plan zadziała i poradzimy sobie z kwestią klimatyczną, to – bazując na tym mechanizmie – będziemy w stanie przejść do rzeczy bardziej skomplikowanych, czyli do wygaszania całości wojny polsko-polskiej.

Jesteśmy naprawdę fajnym narodem, zróbmy sobie zatem odpowiednio fajny klimat. W kraju i na świecie.

Jakub Wiech

prawnik, dziennikarz, zastępca redaktora naczelnego serwisu Energetyka24, stypendysta James S. Denton’s Transatlantic Fellowship, autor książki „Energiewende. Nowe niemieckie imperium”.