Boks nie zaćmi piłki czyli futbolowy weekend w zapiskach Kamila

1 czerwca 2019 roku wydarzeniem sportowym dnia miał być bezapelacyjnie finał Ligi Mistrzów. Poziom finału jednak mocno zawiódł i ostatecznie jedną z najbardziej emocjonujących sezonów LM zakończyło absolutnie bezbarwne i jednostronne spotkanie. Sprawiło to, że ten mecz przyćmiony został przez inne wydarzenie, które miało być sportową formalnością. Po finale LM dwóch angielskich drużyn, inny syn Albionu – mistrz świata Anthony Joshua miał po raz kolejny obronić tytuł mistrza świata, pierwszy raz na terenie Stanów Zjednoczonych. Stało się jednak inaczej. Grubawy Andy Ruiz wygrał przez nokaut z Anglikiem a pojedynek ten, zwłaszcza jego trzecia runda (Ruiz posłał na deski Joshue, choć był sam na nich kilka chwil wcześniej). Sensacja to mało powiedziane.

W ten weekend odbył się rewanż. Tym razem już żadne inne wydarzenie nie miało się równać temu starciu. Piłka zejść miała na plan dalszy. No i znów rzeczywistość sprawiła psikusa. Walka rewanżowa była nudna. Joshua wygrał, ale w jego boksowaniu nie było błysku. Ruiz za to był powolny, w dodatku nie potrafił oddać zbyt wielu celnych ciosów. 8 kg więcej od ostatniej walki dało się we znaki. W czerwcu Ruizowi i Joshule, udało się przyćmić finał LM, a w sobotę emocjami przyćmił walkę mecz w lidze włoskiej. Spotkanie Lazio – Juventus miało wszystko to, za co lubi się piłkę. Pełne Stadio Olimpico, wiele sytuacji, odrobienie strat przez Rzymian i niewykorzystany karny. Lazio pokazało, że ich dobra forma to nie przypadek i naprawdę są groźni. Juventus mógł po remisie Interu z Romą wrócić na fotel lidera, a ostatecznie stracił jeszcze jeden punkt do Interu. Tuż za ich plecami za to czyha się Lazio właśnie. Niesamowicie rzymianie kontrowali pod koniec piłkarzy „Starej Damy”, dzięki temu zwycięstwu po raz pierwszy w historii wygrali 7 meczów z rzędu w lidze i pokonali Juventus po raz pierwszy od 18 lat w ligowym starciu.

Ole Gunnar Solskjaer jeszcze tydzień temu był o krok od wypowiedzenia a po dwóch bardzo cennych i prestiżowych zwycięstwach z nadzieją może patrzeć na dalszą walkę o Ligę Mistrzów. Skoro bowiem jego drużyna jest w stanie punktować z najlepszymi drużynami w lidze to znaczy, że z obecnych piłkarzy Diabłów da się sporo wyciągnąć. Trzeba tylko popracować na systematyczności i nie gubić za często punktów z niżej notowanymi rywalami. Złą wiadomością dla United jest na pewno skrócenie okresu transferowej banicji dla Chelsea, z drugiej strony znowu punktu pogubiło Wolves. No i chyba dostatecznie w sobotę ucięli szanse lokalnym rywalom na obronę tytułu. 14 punktów przy tej regularności Liverpoolu wydaje się zadaniem nie do odrobienia, nawet biorąc pod uwagę aż 22 kolejki do końca. Zwłaszcza że wiosną to raczej drużyny Guardioli miewały kryzysy. Na placu boju pozostaje jeszcze Leicester, które dzielnie stawia kroku liverpoolczykom. Aczkolwiek szansa, że drużyna powtórzy swój sukces z 2016 roku przy tej formie ludzi Klopp’a raczej wątpliwa. Inna sprawa, że sam powrót do LM należałoby odczytywać jako wielki sukces.

Spójrzmy na tabele Bundesligi. Gdyby sezon w Niemczech skończył się dziś Bayern byłby poza europejskimi pucharami. Gorąco głowa Javi Martineza sprawiła, że przegrali ostatni hitowy mecz z Gladbach. A że tabela Bundesligi jest niesamowicie ciasna to druga z rzędu porażka oznaczała zsyłkę dopiero na 7 miejsce. Jedno zwycięstwo Bayernu i korzystny układ meczu mogą diametralnie poprawić pozycję drużyny Lewandowskiego po kolejnej kolejce. I tak mimo wszystko drużyna Bayernu pozostaje głównym faworytem do sięgnięcia po mistrzowską paterę. To ona jako jedyna może w sposób wymierny wzmocnić się zimą, posiada także zdecydowanie najszerszą kadrę w całych Niemczech. Gdy przyjdą trudy sezonu może to okazać się decydujące. Wiele jednak wskazuje, że nawet jeśli Bayern pozostanie mistrzem to nie będzie to droga usłana różami. Kluczem może być forma Lewandowskiego, jeśli on się zatnie na dłużej to mają w Monachium powody do obaw.

Podsumowanie weekendu skończę pisząc oczywiście o naszej Ekstraklasie. 18 seria spotkań okazała się ostatnia dla Ireneusza Mamrota, jako trenera Jagiellonii Białystok. O zwolnieniu Mamrota mówiło się od jakiegoś czasu, Jagiellonia wypisała się raczej z walki o mistrzostwo w tym roku a do takiego obrotu sprawy nie są w Białymstoku przyzwyczajeni. Mamrot przychodził do klubu w trudnym momencie, gdy odchodził Michał Probierz a klub rzutem na taśmę przegrał walkę o mistrzostwo. Chodzenie w butach po Probierzu nie było zadaniem łatwy, ale Mamrot w tej roli poradził sobie nad wyraz dobrze. Już samo utrzymanie się w naszej chwiejnej lidze w jednym klubie przez dwa i pół roku może robić wrażenie. Mamrot dał się pokazać jako dobry trener, więc raczej na długo z ekstraklasowego kołowrota trenerskiego szkoleniowiec ten nie wypadnie na długo. Nowy trener Jagiellonii za to będzie musiał gasić pożar i ratować sezon starając się ulokować Jagę po 30 kolejkach w pierwszej ósemce.

Pogoń, Cracovia, Lech i Lechia wygrywają swoje spotkania. Chwalony do niedawna mistrz Polski z Gliwic przegrywa 3 mecz z rzędu i musi zacząć obracać się do tyłu, gdyż spadek do dolnej ósemki wisi na włosku. Wisła śrubuje niechlubną serię porażek, ŁKS po chwilowym sukcesie z Cracovią został sprowadzony na ziemie w meczu zgodowym przez Lecha. Choć sam ŁKS nie zagrał złego meczu, sporo szczęścia miał Lech, że udało im się strzelić gola po błędzie obrońców Łodzian. W arcyważnym dla układu tabeli meczu Korona-Arka góra wychodzą goście.

Śląsk – Legia. Serce mówiło głośniej przed tym meczem niż rozum. Niestety, rzeczywistość brutalnie zweryfikowała drużynę Lavicki. Można oczywiście mówić, że nie mieliśmy środka pola przez brak Chrapka i Mączyńskiego a ewentualne wykorzystanie przez Picha karnego, mogłoby zupełnie inaczej wpłynąć na mecz. Nie da się jednak zaprzeczyć, że  między sąsiadami w ligowej tabeli występuje duża przepaść umiejętności. Legia była po prostu lepsza, piłkarze Śląska chyba także nieco stremowali się wagą meczu. Życie toczy się dalej i tak na początku sezonu taki stan rzeczy przyjąłbym w ciemno. Dwa kolejne mecze bardzo ciężkie, więc przydałoby się jakkolwiek zapunktować, by nie stracić dystansu. Oby tylko na mecz z Lechem normalnie mogli wejść kibice, gdyż nie rozumiem, w czym pomóc miałoby zamknięcie całego lub części stadionu. Fajerwerki na stadionie mnie nie oburzają, więc jak ktoś chce przeczytać tradycyjnego lamentowania to proszę iść gdzie indziej. Z tego miejsca duże wyrazy szacunku należą się kibicom Legii. Nigdy jeszcze sektor gości na Stadionie Wrocław nie był tak szczelnie zapełniony. Można Legii nie lubić, ale trzeba im oddać, że wiedzą, o co chodzi w tym interesie. Wczorajszy mecz był świętem na trybunach i wizytówką dla ligi. Za takie widowiska należą się nagrody, a nie kary. Piłka nożna dla kibiców!