Dziś prawdziwych kiboli już nie ma, czyli o kibicach, którzy chcieli obalić rzymskiego cesarza

Większość z nas zapewne pamięta organizowane przez kibiców demonstracje pod hasłem „Donald matole, twój rząd obalą kibole!” Rząd zapowiadał wtedy walkę z agresją na stadionach i wszelkim jej przełożeniem na politykę, w którą kibice od czasu do czasu się angażują. Zdaje się jednak, że plany te (zresztą nigdy nie zrealizowane) porównać można jedynie do walki z wiatrakami, jeśli tylko sprawdzimy jak podobne sytuacje wyglądały z perspektywy historycznej. Historia natomiast szybko dostarczy nam wiedzy, że kibice byli aktywni na styku polityki i aktywności społecznej od tak dawna, jak istnieje sport jako masowa rozrywka. A przynajmniej od czasów sportu w wydaniu rzymskim.

Fakt, że wraz z przyjęciem przez Rzym chrześcijaństwa zaczęły zanikać co bardziej krwawe widowiska, takie jak walki gladiatorów i walki ze zwierzętami nie oznaczał, że obywatele rzymscy mieli zostać pozbawieni rozrywki masowej w zupełności. Choć jeszcze w końcu antyku i początkach średniowiecza walki ze zwierzętami się odbywały (podobno sam Konstantyn Wielki miał zabić na arenie lwa!), to z czasem jako ostatni przeżytek dawnych krwawych widowisk pogańskiego Rzymu i one uległy zapomnieniu. W Nowym Rzymie – Konstantynopolu, dominowały już równie widowiskowe, lecz mniej drastyczne rozrywki. Pomiędzy pokazami egzotycznych zwierząt, występami grup teatralnych i akrobatycznych czy wreszcie zawodach biegaczy znajdziemy króla bizantyńskiego sportu – wyścigi rydwanów. To właśnie one budziły największe emocje, gromadziły największą publikę i wreszcie to wokół nich organizowały się cztery fakcje cyrkowe, które będą bohaterami tej historii.

Istniały cztery stronnictwa odpowiadające zespołom, które wystawiały na hipodromie swoje rydwany. Dwa największe to Błękitni oraz rywalizujący z nimi Zieloni. Dwa mniej znaczące współpracowały z głównymi i tak Błękitni mieli wsparcie Białych, natomiast Zielonych popierali Czerwoni. Podstawowym celem istnienia tych organizacji było przygotowywanie wyścigów, które były dla Miasta (jak zwykli nazywać swoją stolicę obywatele wschodniego Cesarstwa) świętami na tyle istotnymi, że już same przygotowania budziły zainteresowanie cesarza, który poprzez swoich urzędników nadzorował ten proces. Najczęściej wyścigi organizowane były w związku ze świętami istotnymi dla mieszkańców Cesarstwa i Nowego Rzymu, takimi jak rocznica założenia Konstantynopola, w okresie karnawału czy id styczniowych (jak miało to miejsce w przypadku interesujących nas tutaj wydarzeń).

Nie  samych jednak wyścigów dotyczy ta historia, choć bez cienia wątpliwości jest to temat nad wyraz interesujący. Dlatego nie sportowa rola fakcji i samego hipodromu jest tu istotna, lecz ich polityczne znaczenie w życiu Miasta. Na hipodromie odbywało się wiele ceremonii cesarskich, nierzadko dokonywano tu aklamacji i koronacji nowego cesarza (w Cesarstwie nigdy nie ustaliła się jasna reguła sukcesji tronu, choć oczywiście próbowano wprowadzać dziedziczność, a nawet ustanawiano dynastie, choć niekoniecznie sukcesja następowała z ojca na syna). Wreszcie było to idealne miejsce na uzyskanie dostępu do cesarskiego ucha przez lud, który z reguły miewał raczej trudności z dostaniem się przed tron władcy. Choć pojawiają się przekazy o bezpośrednich kontaktach imperatora ze swoimi poddanymi, to z reguły dialog ten odbywał się za pośrednictwem przeznaczonego do tego zadania urzędnika, zwanego mandatorem. Konstantynopolitańczycy bardzo chętnie czynili użytek z tego narzędzia przekazując tak swoje zadowolenie, jak i dezaprobatę dla poczynań cesarza. Nie stronili również od składania skarg na urzędników, często skutecznie egzekwując należną sobie sprawiedliwość.

Nie inaczej było również tym razem w roku 532 po Chrystusie, gdy 13 stycznia odbywały się na hipodromie wyścigi. Dość szczegółową relację możemy poznać m.in. dzięki niejakiemu Janowi Malalasowi, mieszkającemu wówczas w stolicy (pochodzić miał natomiast z Antiochii) i prawdopodobnie był urzędnikiem państwowym lub prawnikiem. Pierwotnym powodem niepokojów miały być wydarzenia, które zaszły niedługo przed zawodami. Od pewnego czasu dochodziło do napięć między fakcjami, z których Zieloni zarzucali cesarzowi, że traktowani są surowiej, a Justynian sprzyja Błękitnym. Prefekt miasta, Eudajmon, miał wówczas trzymać w areszcie podejrzanych o morderstwo członków stronnictw cyrkowych (postanowiono bowiem ukarać dla przykładu obie strony sporu). Po przesłuchaniach dopatrzył się winy u siedmiu z nich i skazał ich na śmierć. Jednakże dwóch z nich, odpowiednio Zielony i Błękitny, którzy mieli zostać powieszeni, urwali się ze stryczka. O zajściach dowiedzieli się mnisi z pobliskiego klasztoru i przybyli, aby zabrać ocalałych skazańców, po czym wysłali do kościoła św. Wawrzyńca, gdzie mieli szansę na azyl. Eudajmon, dowiadując się o tym wysłał tam wojska, zapewne będąc przekonanym, że kiedyś będą musieli opuścić mury świątyni.

Powyższe wydarzenia miały miejsce kilka dni przed wspomnianymi zawodami. Kibice wiedząc o nich zaczęli z trybun wołać do cesarza o łaskę dla skazanych. Według Malalasa kontynuowali te okrzyki aż do 22 gonitwy, nie otrzymując jednak od Justyniana żadnej odpowiedzi. Wówczas, jak relacjonuje kronikarz, nastrój tłumu zmienił się a skandowane hasło miało brzmieć: „Niech żyją miłościwi Błękitni i Zieloni!”. Po zakończeniu wyścigów tłum ruszył przez miasto z ustalonym okrzykiem-hasłem „Nika!” na ustach (z greckiego „Zwyciężaj!”, był to okrzyk wznoszony na trybunach, którym zwyczajowo zagrzewano woźniców na hipodromie). Udali się do prefekta, by uzyskać informacje o chroniących się w kościele św. Wawrzyńca skazańcach, nie uzyskując jednak żadnej odpowiedzi podpalili budynek. Zniszczeniu uległo też wiele okolicznych budynków publicznych, w tym Wielki Kościół, znany nam bardziej jako Haghia Sophia.

Wśród zbuntowanych kibiców pojawiły się nowe żądania. Zaczęli domagać się odwołania znienawidzonych urzędników – Jana z Kapadocji, prefekta Eudajmona oraz prawnika Tryboniana. Ostatni z nich był jednym z najwyżej cenionych jurystów na dworze cesarskim. Pochodzący z Pamfilii Trybonian zrobił w stolicy karierę docierając aż na dwór Justyniana. Tam pracował w komisji, która uporządkowała całość dotychczas wydanego prawa od czasów Hadriana, co doprowadziło do wydania Kodeksu Justyniana. Następnie stanął na czele komisji, która prowadziła dalsze prace nad prawem rzymskim, w tym komentarzami najwybitniejszych rzymskich jurystów, tak aby stworzyć wytyczne dla funkcjonowania sądów. Całość pracy wszystkich tych komisji do historii przeszła jako Corpus Iuris Civilis i była jednym z najdonioślejszych dzieł Justyniana, z których jest on znany aż do dnia dzisiejszego. Czym jednak podpadł kibicom? Bazując na relacjach Prokopiusza z Cezarei zarzucano Trybonianowi chciwość.

Jeszcze większą antypatią ludu cieszył się wspomniany Jan z Kapadocji, który piastował godność prefekta pretorium (szefa administracji państwowej). Był człowiekiem z prowincji, słabo wykształconym (miał problemu z pisaniem w grece, słabo posługiwał się łaciną, wciąż obecną w pismach urzędowych), ponadto miał traktować swoich podwładnych w sposób okrutny. Nasuwa się więc pytanie jakim cudem trafił na to stanowisko? Mimo jego rozlicznych wad, nie był pozbawiony również i zalet. Miał on szczycić się pomysłowością i talentem organizacyjnym, potrafił się także przeciwstawiać zdaniu cesarza, czym zyskał sobie przychylność samego Justyniana. Eudajmon, prefekt miasta, zapewne znalazł się w tym doborowym towarzystwie ze względu na udział w represjach wobec członków stronnictw cyrkowych.

Biorąc pod uwagę wzniecone pożary w całym mieście, powszechne rozruchy i oblegający cesarski pałac zbuntowany tłum Justynian zmuszony był przystać na żądania i zdymisjonować wymienionych urzędników, mimo że niedługo wcześniej wyprowadził na ulice wojska. Zresztą i po tej decyzji cesarza tłum się nie uspokoił i oddziały cesarskie zmuszone były użyć siły wobec uczestników zamieszek, wielu z nich zabijając. Skala wydarzeń narastała, z jednej strony płonęly kolejne budynki, a z drugiej żołnierze wycinali kolejnych kibiców.

18 stycznia w loży na hipodromie pojawił się Justynian z Ewangeliarzem w dłoniach, pod przysięgą obiecując całkowitą amnestię, mając ze sobą (według relacji Malalasa) wielu z zebranych. Inni jednak zaczęli skandować imię Hypacjusza, siostrzeńca jednego z poprzedników Justyniana na tronie, Anastazjusza. Niedługo potem na hipodromie obwołano go cesarzem, ubrano w purpurę i wciśnięto insygnia monarsze, wyniesione uprzednio z pałacu. On sam już wtedy miał twierdzić, że po władze sięga jedynie pod wpływem przymusu, mimo że miał już po swojej stronie niektórych senatorów.

Justynian tymczasem, gorąco wspierany przez Teodorę, swoją małżonkę, miał już plan awaryjny. Jego ludzie zaczęli przekupywać członków fakcji Błękitnych, którzy zaczęli skandować imię Justyniana jako cesarza. W tym samym czasie oddziały cesarskie otaczały hipodrom i wchodziły nań blokując drogi ewakuacji. Mimo przewagi liczebnej kibice nie byli w stanie stawić skutecznego oporu i byli sukcesywnie zabijani przez postępujących naprzód żołnierzy. Belizariuszowi, jednemu z najbardziej znanych dowódców swojej epoki, udało się przebić do Hypacjusza, którego pojmał, a następnie uwięził. Według relacji Jana Malalasa uzurpator wraz ze swoim bratem, Pompejuszem, kiedy zostali zaprowadzeni przed majestat cesarski mieli paść do jego stóp ze słowami „Panie, z wielkim trudem zgromadziliśmy przeciwników Jego majestatu na hipodromie”, na co imperator odrzekł: „Postąpiliście słusznie, ale jeżeli oni byli posłuszni waszej władzy, dlaczego nie uczyniliście tego, zanim spalili całe miasto?”. Kolejnego dnia zostali ścięci obaj, ich majątki zaś skonfiskowano. W przyszłości jednak cesarz okazał się na tyle łaskawy, że częściowo przywrócił je potomstwu skazanych. Senatorzy, którzy w swoim nieprzemyślanym ruchu poparli krótkotrwałą uzurpację zmuszeni byli udać się na wygnanie, również tracąc swoje majątki. Jednak jeszcze za swego życia zostali ułaskawieni i odzyskali utracone dobra. Odwołani w czasie buntu urzędnicy odzyskali swe godności.

Podsumowując zatem – spalona znaczna część miasta, w tym wiele ważnych budynków na czele z Haghia Sophia, śmierć kilkudziesięciu tysięcy ludzi (szacunki mówią o liczbach od 30 do 50 tysięcy), niemal udany przewrót polityczny na samym szczycie wschodniorzymskiej hierarchii – oto wynik drobnych z początku niepokojów, jakie miały miejsce na konstantynopolitańskim stadionie. W porównaniu z nimi „nasze” bójki i ustawki organizowane przez rodzimych kiboli brzmią wręcz jak dziecinna zabawa. Wydaje się jednak, że skoro przez tyle setek lat nie udało się w pełni ujarzmić żywiołu kibicowskiego, to i współczesne próby skazane są na niepowodzenie, zwłaszcza, że żaden rząd nie ma możliwości zdobycia się na tak radykalne kroki, jakimi dysponował cesarz Justynian. Można się tylko cieszyć, że dziś nawet ta rywalizacja stronnictw kibicowskich przyjmuje dużo bardziej cywilizowany wymiar. Z drugiej strony, gdyby nie opisywane wydarzenia zapewne nigdy nie ujrzelibyśmy kościoła Haghia Sophia w wersji jaką znamy dzisiaj, odbudowanej po zniszczeniach powstania Nika, choć oszpeconego osmańskimi dodatkami. Jednakże sądzę, iż Haghia Sophia to z pewnością temat na odrębna historię.

(cytaty przypisywane poszczególnym osobom podaję według „Kroniki” Jana Malalasa za: J. A. Evans „Justynian i imperium bizantyńskie”, Warszawa 2008)

Sebastian Bachmura

Absolwent prawa, tradycjonalistyczny konserwatysta, publicysta. Współpracuje m.in. z czasopismem "Pro Fide Rege et Lege" oraz "Portalem Myśli Konserwatywnej - konserwatyzm.pl" i portalem "Myśl Konserwatywna".