Podsumowanie piłkarskiego weekendu (14-15 grudnia)

Świąteczny czas widać już na witrynach sklepowych, jarmarkach bożonarodzeniowych i coraz częściej na udekorowanych domach prywatnych. Nie dostrzegam jednak jej (na całe szczęście!) na piłkarskich boiskach. Nawet w naszej Ekstraklasie widzę, że piłkarze robią to, co do nich należy i nie są myślami przy świątecznym barszczu. Dzieje się bowiem sporo, emocji w ostatni weekend nie brakowało.

Zacznijmy od Ekstraklasy, bo tu jest po prostu śmiesznie. Wisła zbiera baty od każdego, ostatnio grała z drużynami z ostatnich miejsc i nikt nie miał dla niej litości. A tu przyjechał lider ze Szczecina i się Wisła przełamała. Duża w tym zasługa powracającego do składu Kuby Błaszczykowskiego.

Kibice krakowskiej ekipy chcą wierzyć, że wygrana ich drużyny przed świętami zwiastuje przemianę na miarę przemiany Scrooga z Opowieści wigilijnej Dickensa, lecz w dalszym ciągu wydaje mi się Wisła bliższa jest losu „Dziewczynki z zapałkami” Andersena, jeśli pozostajemy przy baśniowych analogiach. Ogrzanie się ciepłem trzech oczek nie zmienia postaci ogólnej nędzy kadrowej, na jaką cierpią krakowianie. Kuba dzisiaj jest do dyspozycji, ale przy jego wieku i szklanym zdrowiu niczego nie można być pewnym. Inna niespodzianka wydarzyła się w Kielcach, gdzie Korona ograła Cracovię, przez długi czas grając w 10 a pod koniec meczu już nawet w 9. Parodię sędziowania urządził w sobie w tym meczu sędzia Myć, który wyglądał jakby stracił głowę w świątecznym szale zakupowym.

Śląsk też powinien wygrać. Przy pustych trybunach sprawiał wrażenie lepsze od Lecha. Wydawało się zresztą, że na 15 minut przed przerwą będzie prowadził 2-0, ale minimalny spalony cofnął Cholewiakowi (bardzo dobry mecz w jego wykonaniu) bramkę po VAR. Chwilę później wyrównał Lech z rzutu wolnego, choć jeden z piłkarzy poznańskich stał nieprzepisowo w trakcie jego wykonywania. Mamy, więc lekką kontrowersję. Ważne z perspektywy wrocławian jest zapunktowanie także w piątkowym meczu z Cracovią, zranioną w Kielcach. Gdy inni z czołówki tracą punkty nie zawodzi Legia, już samodzielnie zajmując miejsce w fotelu lidera po pokonaniu Wisły Płock. Świąteczny cud wydarzył się także w Białymstoku, gdzie zawodnicy Jagiellonii przypomnieli sobie jak się gra w piłkę. Piszę o świątecznym cudzie, bo przecież nie uwierzę, że ekstraklasowicze mogliby grać na zwolnienie trenera a koincydencja czasowa ze zwolnieniem Mamrota jest przypadkiem, co nie?

Opuśćmy już nasz swojski grajdoł i spójrzmy co wydarzyło się za granicą. Przed El Clasico Barcelona i Real miały trudne wyjazdy i w obu zagrały na remis. Jedni i drudzy w trakcie meczu przegrywali, więc do wywalczonego punktu powinni podejść z dużym szacunkiem. Zwłaszcza Real, który wygarnął go sobie w ostatniej akcji meczu, gdy już nawet Courtuis powędrował w pole karne rywala i nawet uczestniczył w akcji bramkowej. Lepszego scenariusza przed klasykiem sobie wyobrazić nie można było. Barcelona i Real na dwóch pierwszych ligowych miejscach, z tą samą liczbą punktów. Brzmi jak zapowiedź świetnego meczu albo paździerza na miarę ostatniego pojedynku Atletico z Barceloną. Zidane i Valverde mogą bowiem jednomyślnie uznać, że najważniejsze to w tym meczu nie przegrać i zgodnie zagrają na remis grając na remis.

W Premier League informowanie o kolejnym zwycięstwie Liverpoolu ma sens podobny do informowania o tym, że zaszło słońce. Jest to równie oczywista rzecz. Punkty zgubiło za to Leicester, więc przewaga piłkarzy Kloppa na 1 miejscu jeszcze wzrosła. City rozjechało Arsenal, jak widać Premier League to nie Ekstraklasa i tu efekt nowej miotły nie występuje. Ljunberg jednak w dalszym ciągu jest najpoważniejszym kandydatem do objęcia posady trenera po Emerym. Zawsze mnie zadziwia ta pokusa do zatrudniana byłych piłkarzy bez większego doświadczenia trenerskiego. Raz się taki eksperyment udał z Guardiolą w Barcelonie i każdy chce go powielić, mimo że różnie się on sprawdza. Nie mam nic przeciwko byłym piłkarzom na ławkach trenerskich, ale często bez doświadczenia trenerskiego wrzuca się ich na bardzo głęboką wodę. I często niestety ostatecznie toną.

We Włoszech trwa festiwal Lazio Rzym. Po wygranej z Juventusem przyszło starcie z Cagliari, które bardzo dobrze spisuje się w tym sezonie. Rzymianie długo przegrywali, lecz udało im się zmienić losy meczu strzelając dwa gole w doliczonym czasie gry. Takie mecze jeszcze bardziej hartują drużynę i budują potencjał. Przy okazji punkty zgubił jeszcze Inter z Fiorentiną, więc strata do drużyny z Mediolanu zmniejszyła się nieco. Nie zawiódł Juventus, który pewnie odprawił Udinese. W debiucie zimny prysznic musiał przyjąć Gattuso. Szczerze mówiąc nie jestem w stanie logicznie wyjaśnić co kierowała De Lauretisem przy wyborze akurat tego trenera.

W Niemczech Bayern, choć przegrywał, ostatecznie dał popis strzelecki w meczu z Werderem Brema. Zmienił się też lider, gdyż Gladbach uległa Wolfsburgowi. Na czele obecnie RB Lipsk. Bardzo tego nie chce, ale wiele wskazuje na to, że pierwsze tytuły w gablotach tego klubu to kwestia czasu. Są pieniądze i dobra organizacja to musi się na sukces przełożyć. Ciekawe rzeczy działy się tez w Holandii. Ajax doznał już trzeciej porażki z rzędu i ma już tyle samo punktów co AZ, z którym w minioną niedzielę przegrał. Dodatkowo Feyenoord sprał jeszcze w bezpośrednim starciu PSV.

Już dziś ligowe starcie, która wzbudza największe emocje na świecie, czyli Real kontra Barcelona. Postaram się ten mecz skomentować w kilku zdaniach po jego zakończeniu.