Hanys on tour czyli o bakcylu podróży i pomagania

Pokonał 310 tysięcy kilometrów w powietrzu w blisko 130 lotach, zwiedził 6 kontynentów w tym 45 krajów. Jego ostatnia podróż na misje do Tanzanii nie należała do najszczęśliwszych. Święta, choć planował inaczej, spędził na Czarnym Kontynencie. O ostatnim wyjeździe opowiada 31 -letni Marcin Kupczak w rozmowie z Patrycja Jenczmionką – Błędowską.

PJB: Ostatnim razem widzieliśmy się w Panamie na Światowych Dniach Młodzieży. Już wtedy mówiłeś o swoich planach związanych z Afryką. Byłeś na Czarnym Lądzie. Co się zmieniło od tego czasu?

MK: Będąc w Panamie już miałem wizję swojego pobytu w Afryce. W pierwszej kolejności po powrocie z Panamy poleciałem na Cypr, gdzie pracowałem do początku listopada, aby uzyskać pieniądze, które pozwolą mi lecieć do Tanzanii. W drugiej połowie listopada spakowałem dwie walizki. Zabrałem sprzęt sportowy i udałem się na Czarny Ląd. Był to mój czwarty pobyt w Afryce. Wcześniej odwiedziłem Ugandę, Kenię oraz Tanzanię, więc już wiedziałem czego mniej więcej mogę się spodziewać.

PJB: Jaka była Twoja droga na Czarny Kontynent?

MK: Gdy pierwszy raz trzy lata temu wylądowałem na lotnisku Entebbe w Ugandzie byłem w głębokim szoku. Był on tym większy, ponieważ kilka tygodni wcześniej byłem w Las Vegas. Brak prądu, ogromny bałagan na ulicy i kompletny brak poczucia bezpieczeństwa – to pierwsze rzeczy, które pamiętam z wizyty w Ugandzie w 2017 roku. Zaskoczeniem było również dla mnie jedzenie. Do wszystkiego musiałem się przyzwyczaić. Lecąc do Tanzanii byłem w bardziej komfortowej sytuacji. Wiedziałem, gdzie jadę i czego się mogę spodziewać –  tak więc był to już duży plus.

PJB: Jakie było to pierwsze zderzenie z rzeczywistością? Jak wyglądała placówka misyjna?

MK: Będąc w Tanzanii wylądowałem w samym środku afrykańskiego buszu. Dokładnie w miejscowości Sunya, gdzie pracuje dwóch polskich księży. Jest to wioska położona w obszarze krainy Masajów czyli najbardziej charakterystycznego dla afrykańskiego plemienia. Bez dwóch zdań, jest to wyjątkowe doświadczenie. Gdy wchodzisz do kościoła wybudowanego z gałęzi w samym środku buszu i widzisz ludzi w swoich lokalnych strojach, którzy modlą się wspólnie z tobą. Oczywiście wielki szacunek dla polskich księży: Krzysztofa i Marka, którzy odprawiają Mszę w języku masajskim, a którego musieli się nauczyć będąc na miejscu. Masajowie trzymają zwierzęta w swoich domach. Po Mszy św. zazwyczaj zapraszają wiernych na posiłek w postaci  ryżu, a czasem również mięsa. Obowiązkowym elementem posiłku jest bardzo słodka herbata połączona z mlekiem.

PJB: Czym się zajmowałeś na miejscu? Jak przebiegał Twój dzień?

MK: Mój dzień zaczynał się Mszą św. o 6:40 rano. Następnie przychodził czas na  śniadanie, kawę i naukę swahili ( język z rodziny bantu używany w Afryce Środkowej i Wschodniej ). Był to ważny punkt, ponieważ komunikacja w wiosce w języku angielskim jest praktycznie niemożliwa. W tym celu musiałem nauczyć się podstawowych słów i zwrotów w języku afrykańskim. Po obiedzie przychodziła pora na zajęcia dla dzieci. Głównie były to zajęcia sportowe, czasem plastyczne, ale w tej dziedzinie nie mam dużego talentu, więc zazwyczaj graliśmy w piłkę lub robiłem jakieś konkursy z nagrodami. O godz. 18:30 odmawialiśmy wspólnie różaniec, a później wspólnie zjadaliśmy kolację i zasadniczo można było już iść spać, ponieważ o 19.00 w Tanzanii jest już zupełnie ciemno z racji położenia kraju blisko równika. Przez pewien czas przebywałem również w miejscowości Loltepez, gdzie w szkole położonej w buszu prowadziłem proste zajęcia dla dzieci oraz sportowe.

PJB: Jacy są ludzie, dzieci?

MK: Trudno jest odpowiedzieć na pytanie jacy są ludzie. Każdy człowiek jest inny. Żyją prosto. Pasą bydło, pracują na polu. Kobiety chodzą po wodę i noszą ją na głowie do domu. Dzieci są dosłownie wszędzie, dlatego też, gdy przyjechałem, nie było żadnego problemu z frekwencją.

PJB: A fauna i flora?

MK: Tak jak mówiłem, wioska znajduje się w buszu. W tym roku, odmiennie do ubiegłego, było bardzo zielono, a to za sprawą opadów deszczu. Temperatura codziennie wynosiła ok 27 stopni Celsjusza. Klimat sprzyjał aktywnościom, nie było tak wilgotno jak w okolicy Dar Salaam.

PJB: Jak wygląda strona duchowa? Czy tak, jak większości krajów afrykańskich występują animizmy i magia?

MK: W Tanzanii w dalszym ciągu występuje dużo różnych religii i sekt. Mentalność ludzi też jest bardzo specyficzna, ponieważ dla części z nich nie jest problemem jednego dnia iść do kościoła np. anglikańskiego, a kolejnego dnia do kościoła o innym wyznaniu. Najważniejszą rzeczą jest to, aby było jedzenie po wszystkim. Oczywiście wciąż można spotkać się z różnymi czarownikami, którzy odprawiają swoje magiczne zwyczaje.

PJB: Jak kształtują się relacje chrześcijanie – muzułmanie?

MK: Relacje między chrześcijanami i muzułmanami są neutralne. Nie ma dużych problemów. Oczywiście każdy przypadek trzeba rozpatrywać indywidualnie, bo mogą pojawiać się konflikty. Na wsi wszyscy żyją razem i jakoś specjalnie nie wchodzą sobie w drogę.

PJB: Jakie są największe problemy Tanzanii, które zauważyłeś w trakcie swojego pobytu?

MK: Największym problemem w Tanzanii jest korupcja, z którą trudno walczyć ze względu na specyfikę kraju. Inną sprawą to brak zakładów pracy, w których mogliby pracować miejscowi.

PJB: Pewnie codziennie ludzie zadają Ci to pytanie – Po co Ci Afryka? Zatem i ja ponownie je zadam. Wytłumacz się. Co Ci daje takie doświadczenie?


MK: Pobyt w Afryce zdecydowanie otwiera oczy na różne rzecz np. w jakim dobrobycie żyjemy w Polsce. Mamy wodę, kuchenki, na których możemy gotować czy chociażby toaletę w domu. Takie proste rzeczy docenia się dopiero, gdy ich brakuje.

PJB: Czy zamierzasz wrócić na Czarny Ląd? Dlaczego?

MK: Oczywiście, chciałbym wrócić do Afryki natomiast obecnie może to być trudne. Będąc w Tanzanii pogryzły mnie pszczoły. Wdarło się zakażenie i wylądowałem w szpitalu w Dar Salam. Miałem wrócić na święta do Polski, a musiałem pozostać na Czarnym Lądzie na ten okres. Na miejscu miałem rozcinaną nogę, a teraz po powrocie do Polski czeka mnie kolejny zabieg, tak więc powrót to Afryki może okazać się bardzo trudny. O wszystkich moich „przygodach” można przeczytać na portalu społecznościowym facebook pod hasłem „Hanys on tour”.

PJB: To jaki teraz kierunek Ci się marzy?

MK: Chciałbym wrócić do Tanzanii na moja wioskę i zakończyć to, co rozpocząłem.

PJB: Czyli?

MK: Z dzieciakami mieliśmy naprawić metalowe bramki do piłki nożnej, które uległy zniszczeniu. Takie zwykłe codzienne rzeczy….

PJB: To tego Ci życzę. Dziękuję za rozmowę.