Historia pewnej konstytucji. O tym jak sanacja „podbiła” Brazylię

Z europejskiej perspektywy Brazylia pozostaje krajem pod każdym względem egzotycznym, kojarzonym raczej z karnawałem, plażami i amazońską dżunglą. Meandry polityki brazylijskiej są przed nami niemal kompletnie zakryte, tak jeśli chodzi o obecną, jak i historyczną. Całkowicie niesłusznie biorąc pod uwagę wciąż rosnący potencjał gospodarczy Brazylii i jej wzrastającą rolę na arenie międzynarodowej. Tak jak mało znane są karty historii Brazylii zapisane przez polskich kolonistów, których potomkowie żyją tam do dziś, zachowując enklawy polskiej kultury w sercu Ameryki Południowej, tak też tyle samo, a może i jeszcze mniej znany jest fakt, że nad Amazonką dostrzeżono niegdyś naszą rodzimą myśl konstytucyjną i w podobnym jak nasz populistycznym i autorytarnym reżimie postanowione zastosować podobne rozwiązania ustrojowe, zapamiętane jako konstytucja „polska”.

Brazylia swoją „karierę” niepodległego państwa zaczęła w 1822 roku jako cesarstwo i takim pozostała do roku 1891. Kres monarchii i nastanie republiki w znacznej mierze związany jest z abolicją, gdyż plantatorskim elitom brazylijskim monarchia przestała być użyteczna, kiedy nie podtrzymywała już dłużej niewolnictwa. Po przewrocie i detronizacji cesarza ustanowiono państwo, które najwyraźniej w oczach jego twórców wskazywało na pewną analogię do swojego północnoamerykańskiego odpowiednika – czyli USA. Zarówno konstytucja jak i sama nazwa państwa, Stany Zjednoczone Brazylii, nawiązywały do federacji z drugiej z Ameryk, przenosząc wiele rozwiązań ustrojowych metodą kopiuj-wklej nad Amazonkę. Nieco inaczej jedna wyglądał brazylijski układ sił, przez co pierwszy okres republiki został zdominowany przez dwa stany – São Paolo i Minas Gerais przezwany jako rządy „kawy z mlekiem” (café com leite). Pierwszy ze stanów był potentatem w produkcji kawy, drugi natomiast – mleka. Dualistyczne rządy dwóch najsilniejszych stanów doprowadziły do narodzin praktyki ustrojowej, w której przedstawiciele każdego z nich piastowali urząd prezydenta naprzemiennie, najczęściej biorąc sobie na wiceprezydenta reprezentanta drugiego z nich. Dopóki „kawa z mlekiem” była w stanie zapewnić sobie hegemonię w całej federacji Brazylia utrzymywała stabilny system polityczny, jedna wzrost nastrojów rewolucyjnych, jak i powolny wzrost w siłę pozostałych stanów sukcesywnie prowadził do końca dotychczasowej stabilizacji i nadejścia nowych czasów, które wymagały nowych rozwiązań.


Znasz historie o których chciałbyś u nas napisać? Zgłoś się na merytoryczny.pl@gmail.com

Lata 20. upłynęły w kraju pod znakiem kolejnych rewolt wojskowych rewolt wymierzonych w aktualny rząd, wywrotowcom nie udał się jednak zrealizować swoich celów. Ruch, który zapoczątkowali przyjął, od portugalskiego słowa „porucznik”, nazwę tienentismo i zrzeszał głównie młodych oficerów brazylijskiej armii, którzy podnosili hasła odnowy życia publicznego (a zatem sanacji – brzmi znajomo?), opowiadali się za modernizacją wciąć opartej na wielkich plantacjach gospodarki i postawienie na industrializację, choć trudno doszukiwać się w tym ruchu jednego, dobrze sprecyzowanego programu. Był to jednak pewien sygnał do wydarzeń, które miały rozpocząć się na przełomie lat 20. i 30., w czasach wielkiego kryzysu. Drastyczny spadek eksportu kawy osłabił pozycję kawowych potentatów, a tym samym naruszył dotychczasową, mleczno-kawową stabilizację polityczną. Zanegowano dotychczasowy sposób wyłaniania prezydenta i wiceprezydenta naprzemiennie z dwóch najsilniejszych stanów i choć ostatecznie w wyborach 1930 roki wygrał kandydat São Paolo, Júlio Prestes, to jego rywal Getúlio Vargas nie zamierzał tego zaakceptować.

Vargas wraz ze swoimi zwolennikami rozpoczął przygotowania do powstania, które miało zapewnić mu władzę w państwie. Rozwój wydarzeń nabrał tempa w lipcu 1930 kiedy kandydat na wiceprezydenta przy Vargasie w ostatnich wyborach został zamordowany. Uroczystości pogrzebowe stały się okazją do zamieszek, które miały być preludium do zbliżającego się powstania. 3 października wybuchła rebelia, która błyskawicznie opanowała stany Rio Grande do Sul, Minas Gerais oraz Paraíba, by następnie zacząć rozprzestrzeniać się na pozostałą część kraju. Rząd ogłosił mobilizację, czym jeszcze bardziej podpadł obywatelom, którzy nie tylko nie mieli ochoty bić się w tej wojnie, ale często z entuzjazmem witali wkraczające siły rewolucjonistów. Po około trzech tygodniach swój własny bunt podniosło wojsko doprowadzając do oblężenia Pałacu Prezydenckiego i uwięzionego w nim prezydenta, który za nic w świecie nie chciał ustąpić ze stanowiska. Nie pomogły nawet mediacje prowadzone przez arcybiskupa Rio de Janeiro, Sebastiana kard. Leme, który ostatecznie, by zakończyć patową sytuację, wszedł wraz z innych duchownych do Pałacu i najzwyczajniej w świecie wyprowadził prezydenta pod rękę – wszak szarpać się z osobą duchowną nie wypadało. Junta wojskowa dość szybko dogadała się z wywrotowcami i Vargas mógł wkroczyć do ówczesnej stolicy – Rio de Janeiro.

Nowy, choć jeszcze tymczasowy prezydent urodził się w rodzinie hodowców bydła, a jego ojciec zasłużył się dla kraju w wojnie z Paragwajem. Vargas otrzymał wykształcenie wojskowe i prawnicze, wcześnie włączy się również w politykę, zaczynając jako deputowany do federalnego parlamentu, następnie przywódca stanowej grupy deputowanych, ministrem finansów w latach 1926-1928, by wreszcie zostać gubernatorem macierzystego Rio Grande do Sul, dając się na tym stanowisku poznać od bardzo dobrej strony. Wódz zwycięskiego przewrotu obejmując władzę w państwie rozpoczął marsz ku innej Brazylii, zapamiętanej jako Estado Novo – Nowe Państwo.

Już na początku swoich rządów Vargas wysunął, wśród łącznie 17 postulatów odnoszących się do sanacji i reorganizacji państwa, postulat zwołania konstytuanty, która doprowadziłaby do zmiany brazylijskiej konstytucji. 3 lata później, w roku 1933 faktycznie Konstytuanta zebrała się, by rok później przyjąć nową konstytucję. Ustawa zasadnicza utrzymywała dwuizbowy charakter, jednak zreformowana została w duchu korporacjonizmu – swoją reprezentację zyskały organizacje zawodowe (skupiające nie tylko pracowników, ale też pracodawców) i społeczne. Senat, jako izba wyższa składał się z przedstawicieli stanów w liczbie dwóch przypadających na każdy ze stanów. Prezydent wybierany miał być na 4-letnią kadencję i nie miał prawa ubiegać się o reelekcję. Ostatecznie nowy projekt ustrojowy okazał się nieudany, a przynajmniej takim był w oczach samego prezydenta, który postanowił doprowadzić do uchwalenia nowej konstytucji.

Uchwalona nie tak długo po polskiej konstytucji kwietniowej, bo w 1937 roku, brazylijska ustawa zasadnicza wykazywała na tyle daleko idące podobieństwo do swojej polskiej odpowiedniczki, że doczekała się miana „polskiej konstytucji” i tak też często była określana. Nowa koncepcja ustrojowa zdecydowanie stawiała na władzę prezydenta, dając mu silną pozycję i niezbędne środki, by skutecznie blokować wszelkie próby przesunięcia środka ciężkości na inne ośrodki władzy.

Jednym z najbardziej rzucających się w oczy podobieństw była właśnie rola ustrojowa głowy państwa. Wybierany na rok krótsza, bo 6-letnią kadencję prezydent Brazylii wyłaniany był przez specjalnie do tego celu powołane kolegium elektorskie, składające się z 50 przedstawicieli Rady Gospodarki Narodowej (po 25 z grona pracowników i pracodawców; o samej radzie za chwilę), a także 25 osób wskazanych przez parlament, przy czym żaden z elektorów nie mógł być członkiem tegoż, jak również żadnego ze zgromadzeń stanowych. W przypadku, gdyby swojego kandydata na sukcesora przedstawił ustępujący prezydent, należałoby zorganizować głosowanie powszechne. Oczywiście ze względu na lokalną specyfikę sam skład grona elektorskiego nieco się różnie, niemniej całość rozwiązania jest bezpośrednim zapożyczeniem z niedawno przyjętego projektu sanacyjnego.

Wspomniana Rada Gospodarki Narodowej była rozwiązaniem brazylijskim, kontynuacją wspomnianych już rozwiązań korporacjonistycznych (choć trzeba wspomnieć, że i u nas w kręgach sanacyjnych tego typu koncepcje się przewijały, choć ostatecznie nie udało się ich zrealizować). W nowym porządku ustrojowych pełniła rolę niejako „trzeciej izby” parlamentu, choć jej główne zadania były poza parlamentarne. Nie licząc już omówionego udziału w elekcji prezydenta, jak na izbę korporacyjną przystało pośredniczyła w rozwiązywaniu sporów między pracownikami a pracodawcami, promocją rozwiązań korporacjonistycznych oraz pełniła rolę opiniodawczą w zakresie legislacji dotyczącego spraw gospodarczych. Co warte odnotowania, zgodnie z art. 63. ówczesnej konstytucji Rada mogła uzyskać uprawnienia ustawodawcze w całości bądź części spraw z jej działalnością związanych – a zatem miała hipotetyczną możliwość stać się izbą parlamentu z prawdziwego zdarzenia.

Nowy parlament został okrojony ze swych kompetencji, tracąc inicjatywę ustawodawcza na rzecz rządu i utrzymując ją jedynie w sytuacji, gdy wniosek zgłaszany był przez jedną trzecią posłów. Taki projekt jednak łatwo mógł zostać zablokowany – wystarczyło by rząd korzystając ze swojej inicjatywy zgłosił alternatywną propozycję regulacji danej materii. Parlament miał obradować w sesjach (a więc nie stale, jak na przykład obecny Sejm i Senat), zbierając się raz do roku na 4 miesiące lub w sesjach nadzwyczajnych zwołanych przez prezydenta i tylko w ściśle wytyczonym przez niego zakresie.

Izba Deputowanych składała się z posłów reprezentujących każdy ze stanów w liczbie co najmniej 3, a maksymalnie 10. Posłowie wyznaczani byli przez kolegia wyborcze składające się z przedstawicieli lokalnych rad i dokooptowanych do nich elektorów wybieranych w powszechnych wyborach. Natomiast Rada Federalna, która zajęła miejsce Senatu, składała się z 2 reprezentantów stanowych (dla każdego ze stanów) oraz 10 osób wskazanych przez prezydenta. Reprezentacje były wybierane przez zgromadzenia stanowe przy zastrzeżeniu prawa weta dla gubernatora. Co ciekawe ustrój Nowego Państwa nie przewidywał istnienia partii politycznych, zbędnego przeżytku liberalnej demokracji, który dzielił i skłócał naród, dlatego już w grudniu 1937 roku rozwiązano wszystkie partie w kraju.

Okres Nowego Państwa trwał do 1945 roku, kiedy to armia zmusiła prezydenta Vargasa do ustąpienia z urzędu, a następnie przyjęto nową konstytucję. Nie przekreślało to jednak kariery prezydenta, który miał okazję być wybrany senatorem oraz deputowanym, by w 1950 roku odzyskać urząd prezydencki. Ostatecznie popełnił samobójstwo w 1954 roku. Choć bez wątpienia konstytucja „polska” nie była kopią naszej rodzimej konstytucji kwietniowej, to nie sposób zwrócić uwagi na wiele podobieństw zastosowanych rozwiązaniach, ale jeszcze bardziej w ideach, które przyświecały jej uchwaleniu.

W obu przypadkach popularny wśród ludu przywódca starał się wprowadzić silny system prezydencki zastępujący dotychczasowy, nieefektywny parlamentaryzm liberalny. Podobnie dążył do centralizacji państwa oraz poszukiwał środkowej drogi (czy też tzw. „trzeciej drogi”) między lewicą a prawicą, chcąc znaleźć takie rozwiązanie, które zdolne będzie spoić podzielone przez demokratyczne spory społeczeństwo na powrót w jedno. Dlatego też oba autorytaryzmu, polski i brazylijski uderzały chętnie w opozycję tak z lewa, jak i z prawa, tak samo życzliwie patrzyły na rozwiązania korporacyjne w gospodarce, popularne nie tylko w faszystowskich Włoszech i krajach im pokrewnych, ale też w ówczesnych katolickich dyktaturach (jak i demokracjach, jeśli weźmiemy pod uwagę Irlandię pod rządami de Valery) i chętnie promowane przez Kościół, jako zdrowa alternatywa wobec bezbożnego socjalizmu i bezdusznego kapitalizmu.

Polska konstytucja kwietniowa uznawana jest nieraz za jeden z najlepiej dopracowanych aktów prawnych polskiej myśli prawniczej i nie bez przyczyny. Dlatego gdy przyglądamy się dzisiejszej inflacji legislacyjnej warto pamiętać, że gdzieś daleko za oceanem znalazł się kiedyś ktoś, kto uznał że nad Wisłą powstają rozwiązania godne bliższej uwagi. Być może będzie to inspiracja także dla nas, by jednak wrócić do czasów, gdy prawo (bez względu na ocenę konkretnych rozwiązań) w Polsce było na tyle dobre, by inni chcieli korzystać z naszego dorobku.


Zawsze chciałeś pisać, ale nie wiedziałeś gdzie zacząć? Zgłoś się merytoryczny.pl@gmail.com
Sebastian Bachmura

Absolwent prawa, tradycjonalistyczny konserwatysta, publicysta. Współpracuje m.in. z czasopismem "Pro Fide Rege et Lege" oraz "Portalem Myśli Konserwatywnej - konserwatyzm.pl" i portalem "Myśl Konserwatywna".